Składanki hitów są zawsze miłym prezentem dla fanów. Starsi mogą przypomnieć sobie utwory danego artysty, nowi – poznać część jego/jej twórczości. A pryzy tym sam muzyk może się nieźle dorobić. Coś o tym wie Madonna. Jej pierwsza składanka The Immaculate Collection sprzedała się w ilości około 30 milionów egzemplarzy! Na tym wokalistka nie poprzestała i wydała jeszcze zbiór ballad Something to Remember oraz GHV2, na którym umieszczono nie największe hity, ale piosenki, które sama Madonna lubiła najbardziej. No i jeszcze Celebration. Składanka wyjątkowa. Dwupłytowa. Zmieściło się tu aż trzydzieści sześć utworów.
Tracklistę układano starannie. Nie pominięto żadnego studyjnego albumu artystki, choć wiadomo, że np. z Erotici czy American Life nie wylansowano wielkich hitów. Z pierwszej płyty zatytułowanej po prostu Madonna znalazło się tu miejsce aż dla 5 kawałków. O jeden mniej mamy w przypadku kolejnych krążków królowej: Like a Virgin oraz True Blue. Z kontrowersyjnych Like a Prayer i Erotica znajdziemy tu odpowiednio trzy oraz jeden utwór. Z kolejnych płyt (od Bedtime Stories do Hard Candy) równo po dwie piosenki. Oprócz tego znajdziemy tu takie kawałki jak chociażby Vogue czy Crazy for You, których nie ma na żadnej studyjnej płycie Madonny (choć były wielkimi hitami). Specjalnie na Celebration piosenkarka nagrała ponadto dwie nowości.
http://www.youtube.com/watch?v=n_DkG-_GYRA
Zacznę może od piosenek przygotowanych specjalnie na Celebration. Niestety, Celebration i Revolver to jedne z najgorszych (jak nie najgorsze) piosenek, jakie kiedykolwiek Madonna nagrała. To nudne, mało oryginalne i wręcz plastikowe, electropopowe twory. Choć wokalistka nawołuje Come join the party! It’s a celebration! mnie do tańca nie porwała. Uważam też, że te piosenki spokojnie mogłyby znaleźć się na Hard Candy – ostatniej płycie studyjnej wydanej jeszcze przed Celebration. Pasowałyby tam. W końcu to najgorszy album królowej. Jednak same single z niego pochodzące są całkiem w porządku. Lubię trochę przebojowe 4 Minutes, znacznie gorzej przedstawia się męczące i nudne Miles Away, które tylko pokazuje, jak „wysoki” poziom płyta reprezentuje. Najbardziej z tej płyty podoba mi się singiel Give It 2 Me, który na składance nie został niestety uwzględniony.
Zdecydowanie większy sentyment mam do starszych nagrań wokalistki. Nawet do pierwszych płyt (choć mogą sprawiać wrażenie kiczowatych i słabo wykonanych) lubię wracać. Podobnie myśli chyba sama Madonna – na Celebration bowiem mamy sporo reprezentantów pierwszych trzech płyt. Z albumu Madonna znalazło się tu radosne Holiday, bardziej przebojowe, gitarowe Burning Up, urocze Borderline, taneczne Everybody oraz przyjemne Lucky Star. Wszystkie te piosenki są całkiem niezłe, choć do moich ulubionych nie należą. Wolę single promujące Like a Virgin. Tytułowy kawałek z tej płyty to już symbol lat 80. Podobnie zresztą jak świetne, obrazowane słodkim teledyskiem Material Girl. Nieco tylko gorsze są Into the Groove oraz Dress You Up. Jednak i do nich lubię czasem wracać. Wszystkie te kawałki stały się hitami. Jeszcze bardziej zawrotnego tempa kariera Madonny nabrała przy True Blue. Na składance znalazło się więc miejsce dla prawie wszystkich singli z tego albumu (oprócz True Blue). Najbardziej lubię z nich Papa Don’t Preach, które opowiada o aborcji. Na pewno znacie ten kawałek. Podobnie zresztą jak wakacyjne La Isla Bonita. Nieco mniej popularne (ale też warte uwagi) są piękna ballada Live to Tell oraz pozytywne, taneczne Open Your Heart.
Jeśli chodzi o popularność kolejnych nagrań królowej, to bywało różnie. Zdarzały się zarówno wzloty (Ray of Light, Confessions on a Dancefloor), jak i upadki (American Life, Erotica). Patrząc jednak na ich jakość, widać, że Madonna od początku utrzymuje poziom. Ja osobiście najbardziej lubię single promujące album Ray of Light. Tytułowy numer jest taneczny, radosny, natomiast Frozen to mistrzostwo. Niemniej lubię Eroticę z płyty o tym samym tytule. Nie jestem natomiast zachwycony wyborem utworów z American Life. Die Another Day jest nawet niezłe i promowało Bonda, więc rozumiem, ale czemu Hollywood? Mogli dać tu każdy inny singiel, ale nie ten. Rekompensują mi to trochę utwory z Bedtime Stories (cudowne Secret i piękna ballada Take a Bow) oraz Confessions on a Dancefloor (świetne, dyskotekowe kawałki Hung Up oraz Sorry, w którym wokalistka mówi nawet po polsku przepraszam). Choć płytę Music lubię średnio, to same single – taneczne Music oraz nawiązujące do country Don’t Tell Me – całkiem mi się podobają. No i nie można zapomnieć o Like a Prayer. Single z tego krążka zostały bardzo trafnie dobrane. Tu znalazły się trzy – rewelacyjne Like a Prayer, świetne Express Yourself oraz urocze Cherish.
Na składance nie mogło zabraknąć też singli, które nie znalazły się na żadnym ze studyjnych albumów Madonny, choć hitami były niemałymi. W większości nagrane zostały do filmów takich jak Vision Quest (Crazy for You), I’m Breathless (Vogue), Who’s That Girl (Who’s That Girl) czy Austin Powers: The Spy Who Shagged Me (Beautiful Stranger). Z tych kilku piosenek najbardziej lubię Crazy for You. Jest bardzo ładne. Pozostałe trzy to taneczne hity. Warto posłuchać także Justify My Love pochodzącego z pierwszej składanki przebojów Madonny. Jak dla mnie to taka zapowiedź Erotici. Piosenka tam też mogłaby się znaleźć.
http://www.youtube.com/watch?v=PYNPpzq3EzQ
Celebration jest udaną kompilacją. Piosenek mamy dużo, możemy poznać Madonnę od początku do końca kariery. Uważam też, że to dobrze, że kawałki zostały porozrzucane, nie zachowano chronologii. Raz więc mamy taneczny hit, zaraz balladę, a po chwili bardziej elektroniczny utwór. Składanka pokazuje też, że wokalistka jest osobą wszechstronną, która uwielbia zmiany. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to nowe utwory. Mocno poniżej jej poziomu.


