Madonna – Ray of Light (1998), recenzja Filipa Wiącka

Madonna miała zarówno wzloty, jak i upadki, jeśli chodzi o sprzedaż albumów. Po komercyjnej porażce Erotici i nieco tylko lepiej radzącym sobie Bedtime Stories stwierdziła więc, że znów jest jej czas. Zatrudniła Williama Orbita, którego – jak sama przyznaje – była wielką fanką i razem stworzyli album. Album wielki. Jest to na pewno najdojrzalsze, a i najlepsze (no, może nieco w tyle za Eroticą, ale to nieznacznie) dzieło Madonny.

Ray of Light nie można porównać do żadnej innej płyty królowej. Madonna poszła tu na całość. W latach 90., gdy elektronika nie była jeszcze tak popularna, ona odważnie (i przede wszystkim niegłupio!) wykorzystała komputerowe brzmienia, łącząc je z popem, trip hopem, a także muzyką house. Brzmi groźnie? Być może, ale nie ma się czego obawiać. Wokalistka w żaden sposób bowiem nie przesadziła, wykorzystała elektronikę z umiarem. Na płycie dominują spokojne utwory.

Krążek promowany był singlem Frozen. Piosenka zyskała sporą popularność, nie doszła jednak  na szczyt Billboard Hot 100 (zablokowała ją ballada My Heart Will Go On Celine Dion). Nie dziwi mnie ogromny sukces tego utworu. Ja kocham go całym sercem. Mam ciarki, gdy go słucham. To bardzo emocjonalny, trochę smutny i – jak sam tytuł mówi – mroźny kawałek. Spokojny, choć momentami mocno podrasowany elektroniką. Od komputerowych dźwięków większe wrażenie robią w nim jednak instrumenty smyczkowe. Swoistą kontynuacją Frozen, przynajmniej w warstwie muzycznej, jest dla mnie To Have and Not to Hold. Równie smutna, delikatna oraz piękna piosenka. Jak dla mnie Madonna stworzyła dwa cudowne dzieła sztuki, które absolutnie uwielbiam.

Pozostałe utwory na Ray of Light są inne. Inne, ale dobre. Warto napisać co nieco o otwierającym album Drowned World / Substitute for Love. Zaczyna się niezwykle cicho, delikatnie i subtelnie. Po pewnym czasie jednak się rozkręca. Dochodzą dźwięki gitar, a wokal Madonny staje się bardziej zdecydowany, drapieżny. Przyjemnie słucha się także do połowy akustycznego, do połowy elektronicznego Swim, w którym ponownie należy pochwalić samo wykonanie artystki. W bardziej trip hopowe rejony zabiera nas posiadające mocniejszą końcówkę Candy Perfume Girl. Dwie spokojniejsze piosenki zostały ponadto wypchnięte na sam koniec płyty. Little Star i Mer Girl to bardzo urocze utwory. Szczególnie ten pierwszy. Podszyty został nieco tanecznym bitem. Mer Girl to natomiast najdelikatniejsza i najmniej elektroniczna pozycja na krążku. Przepiękne zakończenie przygody z Ray of Light. Jednak i te dwie piosenki nie mogą równać się z The Power of Goodbye. Piosenka zachwyciła mnie przede wszystkim swoim klimatem – nieco smutnym, ale i w pewnym sensie radosnym. Bardzo podoba mi się także jej tekst.

http://www.youtube.com/watch?v=tEItzaWmSwY

Wbrew pozorom oprócz spokojnych numerów sporo na Ray of Light tych bardziej tanecznych. Taki jest chociażby kawałek tytułowy. Najbardziej house’owa, chwytliwa, przebojowa i ogólnie skoczna propozycja z płyty. Z początku średnio mi się podobała, dziś jednak uwielbiam do niej wracać. Nieco mniej (ale nadal bardzo) podobają mi się takie utwory jak taneczne Sky Fits Heaven czy posiadające charakterystyczny refren Nothing Really Matters. Jednak najbardziej zakręcone, eksperymentalne oraz oryginalne są Skin oraz Shanti/Ashtangi. Ten pierwszy kawałek jest nieco tajemniczy, wciągający. Choć tanecznych brzmień w nim sporo. Shanti/Ashtangi nawiązuje natomiast do muzyki arabskiej. Madonna śpiewa w nim nawet w tym języku!  Uważam, że oba te utwory są bardzo ważne i na pewno najciekawsze na płycie.

A o czym śpiewa Madonna? Mamy trochę o miłości, głównie nieszczęśliwej (Frozen, The Power of Goodbye), uroczy tekst do Little Star, a także nieco przerażający, mroczny do Swim. Shanti/Ashtangi to natomiast zaadoptowany tekst tradycyjnego Shankaracharya. Najbardziej jednak uwielbiam dwa fragmenty. Jeden z Drowned World / Substitute for Love:

I traded fame for love Without a second thought It all became a silly a game Some things cannot be bought (PL: Utargowałam sławę za miłość Bez dwukrotnego przemyślenia To wszystko stało się głupią grą Niektóre rzeczy nie są do kupienia)

a drugi z Mer Girl:

I ran to the treetops, I ran to the sky Out to the lake, into the rain that matted my hair And soaked my shoes and skin Hid my tears, hid my fears (PL: Uciekłam do koron drzew, uciekłam do nieba Z jeziora, w deszcz, który plącze moje włosy I moczy moje buty i skórę Zakrywa moje łzy, zakrywa moje obawy)

http://www.youtube.com/watch?v=RUiwu8ICrHk

Ray of Light może się z początku wydawać albumem trudnym. W końcu nie jest to taka typowa elektronika, a jej znacznie spokojniejsze i ambitniejsze wydanie. Jednak naprawdę warto dać temu albumowi szansę. Jest to muzyka na najwyższym poziomie. A utwory takie jak Frozen, The Power of Goodbye czy To Have and Not to Hold to istne majstersztyki.

ray-of-light-by-madonna-cover-art

weekend-z-madonna

Czytaj również