Madonna – True Blue (1986), recenzja Zuzanny Janickiej

Trzecia, studyjna płyta MadonnyTrue Blue – ukazała się w 1986 roku. Zaledwie 2 lata po hitowym Like a Virgin. Presja była więc ogromna, by nagrać coś, co równie mocno spodoba się słuchaczom i sprawi, że o artystce szybko nie stanie się cicho.

Grupa ludzi, z którymi współpracowała Madonna była mocno okrojona. Zarówno przy Like a Virgin jak i True Blue wokalistce pomagał Stephen Bray. To on jest odpowiedzialny za takie wcześniejsze przeboje jak Angel czy Into the Groove. Przy produkcji płyty ostatnie słowo miała jednak Madonna. Czy to dobrze? Na całym świecie krążek True Blue sprzedał się w około 30-milionowym nakładzie. Trzeba przyznać, że jest to wynik, o jakim dzisiejsze artystki mogą tylko pomarzyć. Z True Blue Madonna wylansowała takie hity jak La Isla Bonita czy Papa Don’t Preach.

Styl Madonny się nie zmienił. To nadal chwytliwy pop i dance. Jedyna bardziej zauważalna zmiana dotyczy wokalu artystki. Na Madonna i Like a Virgin miała bardziej dziecinny, słodki głos. Tutaj brzmi dojrzalej. Tradycyjnie już liczba utworów nie przekracza dziesiątki.

Zaczyna się od Papa Don’t Preach. Jest to piosenka, która ciągle siedzi mi w głowie. Niesamowity numer. Podziwiam również Madonnę za tekst. Nigdy nie spotkałam się, by ktokolwiek poruszał w swoim utworze temat aborcji:

Papa don’t preach, I’m in trouble deep, papa don’t preach, I’ve been losing sleep but I made up my mind, I’m keeping my baby, oh (PL: Tato, nie głoś kazania, jestem w wielkich tarapatach, tato, nie głoś kazania, nie mogę spać spokojnie ale zdecydowałam, zatrzymam dziecko).

Nie powinnam być jednak zaskoczona – w końcu Madonna nigdy kontrowersji się nie bała. Czego nie można powiedzieć o słuchaczach, którzy spowodowali niezłą dyskusję na temat, czy piosenka o takiej tematyce powinna być w ogóle puszczana w radiu.

http://www.youtube.com/watch?v=zOWnq5mEutM

Gorzej sprawa ma się z Open Your Heart. Trochę nijaki numer. Ani mnie ziębi ani grzeje. White Heat też właściwie nie pamiętam. Co innego jednak Live to Tell. Jest to ballada, zaryzykuję stwierdzenie, że być może jedna z najlepszych w repertuarze Madonny. Podoba mi się w niej to, że wywołuje u mnie jakieś uczucia. Raz jej nie cierpię, zaraz potem włączam ją setny już raz. Nie sposób jednak jej nie docenić. Piękna muzyka, całkiem dobry wokal Madonny. To właśnie tym numerem Madonna wywołała skandal podczas koncertu w Rzymie w 2006 roku. Zaśpiewała ją przyczepiona do wielkiego krzyża z koroną cierniową na głowie. Tym samym chciała zwrócić uwagę na ludzi dotkniętych chorobą AIDS.

Z refleksyjnego nastroju wyrywa nas numer Where’s the Party. Pasuje do klimatu płyty. Dużego wrażenia jednak na mnie nie zrobił. Jedynie refren jakoś daje radę. Miałam go w głowie przez kilka dni. Tytułowy numer – True Blue – jest zwykłym popowym kawałkiem. La Isla Bonita to z kolei jeden z najbardziej rozpoznawalnych singli Madonny. Jest bardzo wakacyjna, pełna słońca. Zawiera w sobie elementy latino. Kolejne dwie piosenki – Jimmy Jimmy i Love Makes the World Go Round – są całkiem ok, ale bez rewelacji.

http://www.youtube.com/watch?v=7YzW1nMB9fk

Chociaż mało która piosenka z True Blue zachwyciła mnie tak jak Papa Don’t Preach czy Live to Tell, nie jest to album, który należy sobie darować. Wręcz przeciwnie. Chociaż Madonnę stać na więcej, warto docenić, że nie stoi w miejscu, ale się rozwija i próbuje nowych rzeczy. Etapem jej muzycznej podróży jest właśnie trzeci krążek – dojrzalszy niż poprzednie dwa, poruszający nie zawsze tematy miłości.

madonna-true_blue-frontal

weekend-z-madonna

Czytaj również