Madonna – American Life (2003), recenzja Filipa Wiącka

Po kontrowersyjnych Like a Prayer oraz Erotica można by stwierdzić, że Madonna trochę się uspokoiła. Później nadeszły bowiem albumy Bedtime Stories oraz Ray of Light pełne spokojniejszej, dojrzałej, ale już nie tak szokującej muzyki. Podobnie zresztą taneczne Music – mimo seksownego teledysku do piosenki tytułowej nie wywołało większych kontrowersji. Co innego American Life. Ta płyta to istne fuck you wycelowane w Amerykę.

Wszystko zaczęło się od wypuszczenia na singlu tytułowego American Life. Szczery tekst i mocny teledysk (dodajmy, że niedługo po wydaniu zakazany) wywołały sporo szumu. Sama Madonna zaangażowała się kampanię przeciwko wojnie w Iraku. Potem wyszła cała płyta. I w rodzimym kraju wokalistka została niemal pogrzebana, co przełożyło się na słabą sprzedaż krążka (wiadomo, w USA więcej płyt kupują). Co jednak ciekawe, w Europie album zyskał zupełnie inne recenzje oraz znacznie lepiej sobie poradził na listach przebojów. Ze zjawiskiem: ja mieszkam tutaj, to muszę zjechać się jeszcze nie spotkałem. Cała Madonna.

Za piosenki zawarte na American Life odpowiada producent Mirwais Ahmadzaï we współpracy z samą wokalistką. Oboje napisali do nich również teksty. Choć razem pracowali także przy Music, efekt, jaki osiągnęli przy American Life, jest zupełnie inny. Choć nadal piosenki zawierają w sobie sporo elektroniki (ale i akustycznych elementów), to sprawiają wrażenie mniej luźnych i imprezowych. Muszę też bardzo pochwalić samą Madonnę za popracowanie nad głosem. Na płycie American Life brzmi naprawdę rewelacyjnie, choć w kilku momentach jej wokal został poddany obróbce (Mother and Father, Nobody Knows Me).

Nie mógłbym zacząć inaczej jak od utworu tytułowego. Jest to świetny elektroniczny kawałek z mocnym, zdecydowanym wokalem królowej oraz rapowaną końcówką. Może muzycznie wokalistka miała ładniejsze i przyjemniejsze kompozycje, nie można nie docenić American Life za tekst. Jeden z najlepszych na krążku:

I’d like to express my extreme point of view I’m not Christian and I’m not a Jew I’m just living out the American dream And I just realised that nothing Is what it seems (PL: Chciałabym wyrazić swój skrajny punkt widzenia Nie jestem chrześcijanką i nie jestem żydówką Ja po prostu żyję amerykańskim snem I właśnie zdałam sobie sprawę, że nic nie jest takie Na jakie wygląda)

Teksty to ogólnie mocna strona albumu. Bardzo podoba mi się także ten do Mother and Father, w którym Madonna śpiewa o śmierci swojej matki. Mimo tego sama piosenka jest taneczna, a wokal piosenkarki brzmi w niektórych momentach nieco dziecięco. Ciekawy zabieg. W utworze Hollywood opowiada natomiast o zagrożeniach sławy i byciu gwiazdą. Do tematu miłości powraca w Nothing Fails (nawiązując przy tym do religii) oraz Love Profusion.

Od strony muzycznej płyta również bardzo mi się podoba. Materiał na niej zawarty został podzielony mniej więcej równo. Więcej piosenek jest jednak tanecznych, elektronicznych, mniej z kolei spokojnych, balladowych. Ze spokojniejszej części wszystkie utwory przypadły mi do gustu. Polecam chociażby spokojne X-Static Process, w którym wokal artystki został zwielokrotniony, sprawiając wrażenie, że piosenkę śpiewa kilka Madonn, czy też mniej delikatne Intervention. Bardziej jednak do gustu przypadło mi Nothing Fails z niesamowitą partią chóru gospel w końcówce i piękną, akustyczną melodią. Nie można zapomnieć także o Easy Ride, które w przeciwieństwie do innych ballad jest bardziej rozbudowane. Oprócz samej gitary akustycznej pojawiają się w nim i instrumenty smyczkowe nadające cudowny klimat. Jeśli chodzi o taneczne kawałki przygotowane przez Madonnę. Najlepszym z nich jest oczywiście American Life, ale i pozostałe całkiem lubię. W I’m So Stupid podoba mi się fragment, w którym piosenkarka niemalże krzyczy, Love Profusion słucha się przyjemnie. Nieco gorzej sprawa ma się z nudnym i mało wyrazistym Hollywood. Co innego jednak wspomniane wyżej, taneczne Mother and Father czy mocno skomputeryzowane, ale nieprzesadzone Nobody Knows Me. Choć elektroniki w nich sporo, nie razi to ani nie denerwuje. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o nieco tajemniczym (te smyczki!), ale i tanecznym Die Another Day. Piosenka została wykorzystana w jednym z filmów o Bondzie.

http://www.youtube.com/watch?v=Ab18yH1WVyM

Po średnio udanym Music Madonna zrobiła najlepsze, co mogła zrobić. Nagrała album niby elektroniczny, ale w gruncie rzeczy niekomercyjny, prowokujący i kontrowersyjny. I choć płyta co niektórych krytyków zszokowała, pokazała też, że artystka ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko skandale. Dobra robota.

madonna american life

weekend-z-madonna

Czytaj również