W aktualnym roku kalendarzowym artystka Sarsa wydaje bardzo dużo nowego materiału. Powróciła do swojego starego stylu muzycznego i nawet dzieli się z fanami nowymi wersjami swoich największych przebojów, jak w przypadku piosenki Naucz mnie. Jej premiera była ledwo na początku miesiąca, a już możemy odsłuchać kolejnego singla artystki.
Nowy utwór zatytułowany jest Moje usta. Powstał do niego również teledysk, którego autorem jest Michał Pańszczyk.
chciałam zabrać wszystkich w nostalgiczną podróż, w której życie pisze najlepsze scenariusze, a zakochanie staje się subtelną historią. Od jakiegoś czasu bardzo mi się chce melodii – nowy singiel to kolejny wyraz tego. Muzycznie, razem z Adamem Związkiem i Pawłem Smakulskim, weszliśmy w estetykę Electro-pop’u– utwór bazuje na elektronicznych brzmieniach, syntezatorach i wyrazistej rytmice. Produkcja jest dosyć taneczna, a synthwave i brzmienie syntezatorów nawiązuje lekko do estetyki lat 80., z nowoczesnym szlifem.
– opowiada o piosence sama Sarsa.
Jednocześnie artystka zapowiedziała nadchodzący nowy album studyjny. Jego premiera odbędzie się jesienią.
Minęło już wiele czasu od momentu, gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy Royals. Ten niekonwencjonalny utwór wyróżnił się na tle ówczesnych, popowo-radiowych hitów i bez wątpienia nadał wiatru w żagle muzycznej karierze Lorde. Od tamtej pory śledziliśmy rozwój artystki – od debiutanckiego Pure Heroine (2013), będącego muzycznym opus magnum pokolenia nastolatków, idealnie wpisującego się w klimat i estetykę ery Tumblra. Następnie pojawił się równie udany projekt, zagłębiający się w najskrytsze emocje wokalistki. Melodrama (2017) to bez wątpienia teatralne i patetyczne muzyczne doświadczenie, które zapisało się jako najlepsza produkcja Lorde do tamtego momentu.
W okresie pandemicznym artystka przypłynęła do nas na tratwie, prezentując pełen słońca album Solar Power (2021). Zaskoczył on słuchaczy nowym kierunkiem i stonowanym brzmieniem. Był to moment artystycznego eksperymentu, który nie został przyjęty z tak entuzjastycznym odbiorem jak poprzednie albumy, co jeszcze bardziej podgrzało oczekiwania wobec kolejnego dzieła – które, zgodnie z tradycją, pojawia się co cztery lata od 2013 roku.
Osobliwość artystki oraz jej niepodważalna umiejętność tworzenia metaforycznych i emocjonalnych tekstów zaprowadziły ją na ścieżkę szerokiego uznania. Te etykiety nałożyły na Lorde pewną odpowiedzialność i zwiększyły oczekiwania słuchaczy wobec jej muzyki. Czy sprostała im, wydając najnowszy album Virgin? Serce i rozum są skłócone.
Dla fanów nowozelandzkiej artystki końcówka kwietnia była momentem wstrzymania oddechu za sprawą singla What Was That, promującego nadchodzącą płytę. To muzyczny powrót do przeszłości i energii Melodramy. Tempo całkowicie odcina nas od ery Solar Power, co dla wielu było oddechem ulgi i impulsem do jeszcze większych oczekiwań.
Słuchając pierwszego singla, automatycznie przywodzi na myśl Green Light – pierwszy singiel z Melodramy. Powolny początek, dominujący wokal i budujące napięcie instrumentale, które nagle eksplodują euforycznym, szybkim bitem – to niemal lustrzana struktura. Nie jest to jednak zarzut – mimo podobieństw, What Was That broni się oryginalnością. Piskliwe syntezatory otulają powtarzającą się frazę What was that, która szybko wpada w pamięć, choć równie szybko z niej wypada. Lorde po raz kolejny dzieli się swoimi odczuciami wobec nieudanej relacji:
I remember saying then, „This is the best cigarette of my life” / Well, I want you just like that
Lorde, jako artystka słowa, traktuje metafory nie jako ozdobnik, lecz siłę napędową swoich utworów. Choć niektóre z nich na pierwszy rzut ucha mogą brzmieć niezgrabnie, zostawiają po sobie ślad – lekki niesmak, który z czasem przeradza się w fascynację. To paradoks, który sprawia, że wracamy do piosenki, by odkryć ją na nowo.
Po euforycznym wejściu w nową erę przyszedł czas na kolejny singiel. Man Of The Year ukazuje się z zupełnie innej strony – to emocjonalna ballada z lekko mroczną otoczką i metalicznym syntezatorem obecnym przez cały utwór. Szczególnie istotny jest punkt kulminacyjny – moment, w którym muzyka uderza w całe ciało, zwłaszcza pod koniec, wzbudzając euforię i chwilowe odrealnienie. Takie uderzenia zdarzają się na albumie rzadko, jednak tu udało się je uchwycić w pełni.
Man Of The Year to hymn o odkrywaniu własnej tożsamości i redefinicji siebie. Lorde nadaje temu tematowi patetyczny ton, momentami ocierający się o hyperpop – co czyni z utworu jeden z lepszych i najbardziej charakterystycznych na płycie.
Zabawa dźwiękiem trwa dalej, zwłaszcza w ostatnim singlu przed premierą, Hammer. To powrót brzmieniowo do What Was That – mimo eksperymentalnego bitu i psychodelicznego tła, utwór zdaje się być znajomy. Ponownie mamy poetyckie podejście do cielesności i duchowego odrodzenia. Niezawodne pióro Lorde jest tu jak koło ratunkowe:
Canal Street, they’re piercing my ears / Take an aura picture, read it and tell me who I am
To nowoczesne rytuały duchowe – przekłuwanie uszu jako symbol zmiany, zdjęcie aury jako próba zrozumienia siebie. Powierzchowne gesty nacechowane pragnieniem głębi i sensu. To gra z estetyką new age i miejską duchowością.
Choć single poprawnie wprowadziły nas w kolejną muzyczną podróż, reszta albumu jest już mniej obiecująca. Pozostańmy jednak jeszcze przy pozytywach – Shapeshifter to kolejny mocny fundament, który sprawia, że Virgin nie jest jedynie mdłą produkcją.
Kontynuujemy drogę wewnętrznej przemiany oraz dylematów emocjonalnych i seksualnych. Nieautentyczność wydaje się kluczowym problemem w życiu Lorde – co oczywiście komplikuje życie artystki na pełen etat. Shapeshifter to liryczna spowiedź osoby odgrywającej wiele ról, z każdą kolejną oddalającą ją od prawdziwego „ja”.
Stłumione dźwięki przywodzą na myśl końcówkę imprezy, gdy parkiet pustoszeje, a światła łagodnie oświetlają twarze, kojąc i prowadząc do snu. Momentami eteryczne brzmienia nadają produkcji uroku i tajemniczości. Punkt kulminacyjny pojawia się tu kilkakrotnie, a sam utwór stanowi kulminację albumu.
Favourite Daughter to piąty utwór, który, choć wpływa na emocje i pokazuje relacje dziecka z matką, nie wyróżnia się niczym szczególnym. To najbardziej popowa produkcja na płycie, bez ozdobników i osobliwych dźwięków. Refren momentami drażni, a sam utwór wypada płasko, zwłaszcza zaraz po Man Of The Year.
Current Affair przywodzi na myśl nostalgiczne emocje podobne do tych z Melodramy. Ta melancholijna, oniryczna i jednocześnie energiczna aura głęboko wnika w serce słuchacza. Choć punkt kulminacyjny nie jest tu tak wyraźny, chórki Dexty Dapsy, jamajskiego artysty znanego z dancehallu i reggae, dodają klimatu. To dość nietypowe połączenie, które z początku może „zaszczypać” w uszy, ale po wielokrotnych odsłuchach nabiera sensu i zaprasza do ponownego słuchania. To jeden z najbardziej sensualnych i pikantnych utworów na albumie. Pomimo namiętnych emocji, Lorde dzieli się też silną traumą wynikającą z relacji:
He spit in my mouth like he’s saying a prayer
To celowo szokujące zestawienie duchowości i cielesności pokazuje, jak pożądanie i intymność mogą nabrać niemal religijnego, lecz jednocześnie wyniszczającego charakteru. Gest ten symbolizuje kontrolę, dominację i przekraczanie granic.
Delikatność i minimalizm otulają nas w kolejnym utworze, Clearblue, który jest najbardziej osobliwą produkcją na albumie, poruszającą temat niezabezpieczonego seksu i emocji towarzyszących zrobieniu testu ciążowego. To moment, który po prostu miażdży. Głos Lorde jest tu wysunięty na pierwszy plan, a spokojna melodia buduje intymność idealnie wpasowującą się w temat. To zaskoczenie na płycie, ale nie na tyle, by zatęsknić za nim w przyszłości.
Pozostałe utwory na Virgin, choć tekstowo dobre, są łatwe do zapomnienia. Powtarzalność tempa i przewidywalność wokalu sprawiają, że gdyby album zatrzymał się na Clearblue, trudno byłoby zauważyć różnicę. GRWM porusza temat upływu czasu, używając metafory dorosłej kobiety w dziecięcej koszulce jako symbolu więzi z młodszą wersją siebie. Brokenglass, chyba najsłabszy utwór na albumie, zniechęca od pierwszych dźwięków. Powtarzalność trwa i sprawia, że powoli usypiamy.
Przedostatni utwór nabiera nieco oryginalności dzięki charakterystycznemu mruczeniu Lorde, które buduje napięcie i kieruje nas do punktu kulminacyjnego – niestety, ten nigdy nie następuje, a wracamy do przewidywalności i sennych refrenów. Utwór ma potencjał duchowości i mistycyzmu, które Lorde serwuje z rozmachem:
I hear the voices of the ancients… I’m a mystic, I swim in waters that would drown so many other bitches
To emancypacyjna, osobista mantra z ogromnym potencjałem, niestety trochę zmarnowanym.
Zakończenie albumu to David – utwór o dużym ładunku emocjonalnym, lecz zbyt zachowawczy pod względem wykonania, co może sprawić, że łatwo go przeoczyć po kilku odsłuchach. Mimo to warto docenić szczerość tekstu i osobisty charakter kompozycji.
To właśnie ta kłótnia między sercem a rozumem, o której wspomniałem na początku recenzji. Serce zmusza do docenienia metaforycznej głębi artystki, która wielokrotnie udowodniła, że zasługuje na miano jednej z najważniejszych artystek nowego pokolenia. Rozum natomiast wzywa do chłodnej analizy i racjonalnego podejścia. Porównania do Melodramy bywają uciążliwe, ale trudno je powstrzymać – drugi album Lorde był na tyle wpływowy, że zapisał się jako jedna z najlepszych popowych produkcji poprzedniej dekady.
Virgin to album dojrzały, spójny tekstowo i momentami intrygujący w swojej osobliwości — „dziwny” w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Tytuł nie jest jednoznaczny, jest to pewna forma odrodzenia artytski i forma czystości w nowych realiach. Lorde z wyczuciem balansuje tu między intymnością a konceptualną konstrukcją, nie tracąc charakterystycznej dla siebie poetyckiej wrażliwości. Jednak w drugiej połowie płyty wyraźnie zaznacza się pewna przewidywalność — strukturalna i emocjonalna — która odbiera całości wyrazistość. Choć Virgin bezsprzecznie prezentuje artystkę w wersji dojrzalszej i bardziej introspektywnej, to w kontekście jej dotychczasowej dyskografii trudno uznać ten materiał za przełomowy. Co więcej, paradoksalnie to niedocenione Solar Power, mimo swojej kontemplacyjnej formy i chłodnego przyjęcia, zdaje się oferować większą odwagę formalną i artystyczną tożsamość niż jej najnowsze wydawnictwo.
21 października 2024 – Międzynarodowa gwiazda Lionel Richie ogłosił europejską trasę koncertową pod nazwą „Say Hello To The Hits”. Znany z gładkiego głosu i ponadczasowych hitów, wielokrotnie nagradzany muzyk wyruszy w serię elektryzujących występów.
Trasa „Say Hello To The Hits” rozpocznie się w SSE Arena w Belfaście 31 maja, zagości w 16 krajach i obejmie łącznie 27 koncertów. 5 lipca Richie wystąpi w Polsce rozświetlając Atlas Arenę w Łodzi. Trasa zakończy się wielkim finałem w Wizink Center w Madrycie 2 sierpnia. Trasa „Say Hello To The Hits” będzie miała nową oprawę sceniczną, nigdy wcześniej nie prezentowaną w Wielkiej Brytanii i Europie.
Lionel Richie, zdobywca Grammy®, Oscara® i Złotego Globu®, sprzedał ponad 125 milionów płyt na całym świecie. Jest jedną z najbardziej uznanych postaci w historii muzyki. Jego wspaniała kariera obejmuje dekady, przynosząc niezapomniane przeboje takie jak: „Hello”, „All Night Long”, „Say You Say Me”, „We Are The World”, „Easy” i wiele innych.
Koncerty Richiego to połączenie nostalgii i niespożytej energii, to mistrzowskie występy na żywo podczas których artysta łączy się z fanami z różnych pokoleń. Jego występ jako głównej gwiazdy na scenie Pyramid podczas Glastonbury 2015 przyciągnął największą publiczność festiwalu w tamtym roku, umacniając jego pozycję jako ponadczasowego artysty scenicznego.
Międzynarodowa supergwiazda Lionel Richie ma na swoim koncie dyskografię, która nie ma sobie równych. Z ponad 125 milionami sprzedanych albumów na całym świecie, Oscarem®, Złotym Globem® i czterema nagrodami Grammy Awards®, Richie został również uhonorowany wieloma wyróżnieniami, w tym tytułem MusicCares Person of the Year w 2016 roku oraz Kennedy Center Honors w 2017 roku. W marcu 2018 roku artysta ugruntował swoją pozycję, odciskając dłonie i stopy w słynnym Chińskim Teatrze TCL w Hollywood. W 2022 roku został wprowadzony do Rock & Roll Hall of Fame, otrzymał nagrodę Icon Award podczas American Music Awards 2022 oraz Nagrodę Gershwina za Piosenkę Popularną przyznawaną przez Bibliotekę Kongresu.
We wrześniu 2023 roku Richie zakończył pierwszą część swojej wyprzedanej trasy „Sing a Song All Night Long”, obejmującej 20 miast razem z zespołem Earth, Wind & Fire. Trasa kontynuowana była w 2024 roku z 13 dodatkowymi koncertami w USA. W tym samym roku Lionel kontynuuje również swoją rezydencję w Wynn Encore Theater. Richie od siedmiu sezonów jest jurorem w programie „American Idol. Niedawno artysta zadebiutował jako współproducent w filmie dokumentalnym „The Greatest Night in Pop”, który miał swoją premierę na Festiwalu Filmowym w Sundance w 2024 roku i spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem krytyków. „The Greatest Night in Pop” zadebiutował na szczycie listy anglojęzycznych filmów na Netflix w pierwszym tygodniu z 11,9 mln odsłon i został nominowany do trzech nagród Primetime Emmy.
Gościem specjalnym koncertu będzie zespół Varius Manx, którzy wystąpią razem z Kasią Stankiewicz. Varius Manx to zespół, którego nikomu przestawiać nie trzeba! Wielkie przeboje, miliony sprzedanych płyt, szczyty list przebojów, hity takie jak „Zamigotał świat”, „Ruchome piaski”, „Orła Cień”, „Piosenka księżycowa”, „Pocałuj noc” czy „Zanim zrozumiesz”, które potrafią zanucić miliony Polaków. W 2016 roku ponownie doszło do połączenia sił zespołu z charyzmatyczną, obdarzoną niezwykłym głosem Kasią Stankiewicz.
Efektem tej współpracy są sale koncertowe wypełnione po brzegi w Polsce i za granicą. Po sukcesach wydawniczych płyt „25live” oraz „Ent”, na czele z przebojem „Kot bez ogona” dziś zespół przygotowuje nowe piosenki. Pod koniec grudnia 2024 grupa zaprezentowała najnowszy singiel „Do dna”. Premierowy utwór to kolejna niespodzianka od zespołu, który w tym roku świętuje 35 lat pracy artystycznej. Aktualnie Varius Manx & Kasia Stankiewicz przebywają w trasie koncertowej 90/35, która trwa w najlepsze i cieszy się spektakularnym sukcesem. Nowe utwory i znane hity, mnóstwo wyjątkowych emocji oraz niezapomnianych przeżyć!
Jak widać, Ich Troje wciąż mają energię, by tworzyć nową muzykę. 27 czerwca do sprzedaży trafił ich nowy album zatytułowany Wybiła 11. Jest to symboliczne nawiązanie do jedenastej płyty w ich dorobku, ale także nawiązanie do swojego artystycznego przebudzenia.
Ich poprzedni album, Projekt X wydany w 2022 roku, spotkał się co prawda z pozytywnym odbiorem, jednak pojawiły się też głosy, że zabrakło mu świeżości i innowacyjności. Tym razem jednak zespołowi udało się skutecznie połączyć swój charakterystyczny styl z nowoczesnością, pokazując, że wciąż potrafią zaskakiwać.
Wybiła 11 jest czymś więcej niż tylko kolejną płytą. To podsumowanie 30 lat istnienia zespołu, a jednocześnie świeże spojrzenie na ich twórczość. Album łączy charakterystyczną dla Ich Troje emocjonalność i teatralność z nowoczesnym brzmieniem. Teksty poruszają tematy zmian i trudnych wyborów, ale nie brakuje też utworów o miłości i nadziei.
Płyta tworzy spójną i emocjonalną całość, głęboko zakorzenioną zarówno w osobistych, jak i społecznych realiach. Ich Troje, choć dojrzalsi, wciąż emanują energią i odwagą.
To album, który nie stara się nikomu przypodobać – ale za to oferuje coś ważniejszego: szczerość, różnorodność i pełen wachlarz emocji. To z jednej strony powrót do korzeni, z drugiej – krok naprzód. To nie tylko płyta. To list. A czasem – spowiedź. To płyta, która nie chce być ładna. Ona chce być prawdziwa. I właśnie dlatego – wygrywa
mówi Michał Wiśniewski
Na albumie znajduję się 16 utworów. Każdy opowiada inną historię, jednak dopiero razem układają się w spójną całość — muzyczny portret zespołu, który dorósł, lecz wciąż pozostaje wierny swojej tożsamości.
Zaledwie dzień po premierze albumu, Ich Troje wystąpili z jubileuszowym koncertem w Operze Leśnej w Sopocie, prezentując na żywo nowe utwory.
Z jubileuszem w tle i nowym pokoleniem w składzie, Ich Troje udowadniają, że wciąż mają coś do powiedzenia.
„Building the Band” zadebiutuje na platformie streamingowej już 9 lipca. To wyjątkowy hołd dla Liama Payne’a, który zaangażował się w projekt. Wokalista One Direction zdążył nagrać materiał do produkcji przed nieszczęśliwą śmiercią.
Muzyczne show Netflixa będzie opierać się na względnie nowych, choć podobnych do innych formatów zasad. W programie udział wzięło 50 muzyków, którzy zostaną podzieleni na kilka zespołów.
Na tym etapie zacznie robić się ciekawie: cały proces będzie odbywać się bez zaangażowania zmysłu wzroku, w zaciszu indywidualnych kabin. Decyzje mają zostać podjęte wyłącznie na podstawie muzycznej kompatybilności, emocji i vibe’u.
Głową trzyosobowego jury będzie Nicole Scherzinger, piosenkarka legendarnego girlsbandu The Pussycat Dolls. U jej boku pojawią się Kelly Rowland z Destiny’s Child oraz Liam Payne. Trio podzieli się z uczestnikami wiedzą i osobistym doświadczeniem o funkcjonowaniu zespołów.
Liam Payne zginął w wyniku wypadku 16 października 2024 roku w Buenos Aires. Muzyk zmarł w wyniku zewnętrznych i wewnętrznych obrażeń po upadku z balkonu.