Minęło już wiele czasu od momentu, gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy Royals. Ten niekonwencjonalny utwór wyróżnił się na tle ówczesnych, popowo-radiowych hitów i bez wątpienia nadał wiatru w żagle muzycznej karierze Lorde. Od tamtej pory śledziliśmy rozwój artystki – od debiutanckiego Pure Heroine (2013), będącego muzycznym opus magnum pokolenia nastolatków, idealnie wpisującego się w klimat i estetykę ery Tumblra. Następnie pojawił się równie udany projekt, zagłębiający się w najskrytsze emocje wokalistki. Melodrama (2017) to bez wątpienia teatralne i patetyczne muzyczne doświadczenie, które zapisało się jako najlepsza produkcja Lorde do tamtego momentu.
W okresie pandemicznym artystka przypłynęła do nas na tratwie, prezentując pełen słońca album Solar Power (2021). Zaskoczył on słuchaczy nowym kierunkiem i stonowanym brzmieniem. Był to moment artystycznego eksperymentu, który nie został przyjęty z tak entuzjastycznym odbiorem jak poprzednie albumy, co jeszcze bardziej podgrzało oczekiwania wobec kolejnego dzieła – które, zgodnie z tradycją, pojawia się co cztery lata od 2013 roku.
Osobliwość artystki oraz jej niepodważalna umiejętność tworzenia metaforycznych i emocjonalnych tekstów zaprowadziły ją na ścieżkę szerokiego uznania. Te etykiety nałożyły na Lorde pewną odpowiedzialność i zwiększyły oczekiwania słuchaczy wobec jej muzyki. Czy sprostała im, wydając najnowszy album Virgin? Serce i rozum są skłócone.
Dla fanów nowozelandzkiej artystki końcówka kwietnia była momentem wstrzymania oddechu za sprawą singla What Was That, promującego nadchodzącą płytę. To muzyczny powrót do przeszłości i energii Melodramy. Tempo całkowicie odcina nas od ery Solar Power, co dla wielu było oddechem ulgi i impulsem do jeszcze większych oczekiwań.
Słuchając pierwszego singla, automatycznie przywodzi na myśl Green Light – pierwszy singiel z Melodramy. Powolny początek, dominujący wokal i budujące napięcie instrumentale, które nagle eksplodują euforycznym, szybkim bitem – to niemal lustrzana struktura. Nie jest to jednak zarzut – mimo podobieństw, What Was That broni się oryginalnością. Piskliwe syntezatory otulają powtarzającą się frazę What was that, która szybko wpada w pamięć, choć równie szybko z niej wypada. Lorde po raz kolejny dzieli się swoimi odczuciami wobec nieudanej relacji:
I remember saying then, „This is the best cigarette of my life” / Well, I want you just like that
Lorde, jako artystka słowa, traktuje metafory nie jako ozdobnik, lecz siłę napędową swoich utworów. Choć niektóre z nich na pierwszy rzut ucha mogą brzmieć niezgrabnie, zostawiają po sobie ślad – lekki niesmak, który z czasem przeradza się w fascynację. To paradoks, który sprawia, że wracamy do piosenki, by odkryć ją na nowo.
Po euforycznym wejściu w nową erę przyszedł czas na kolejny singiel. Man Of The Year ukazuje się z zupełnie innej strony – to emocjonalna ballada z lekko mroczną otoczką i metalicznym syntezatorem obecnym przez cały utwór. Szczególnie istotny jest punkt kulminacyjny – moment, w którym muzyka uderza w całe ciało, zwłaszcza pod koniec, wzbudzając euforię i chwilowe odrealnienie. Takie uderzenia zdarzają się na albumie rzadko, jednak tu udało się je uchwycić w pełni.
Man Of The Year to hymn o odkrywaniu własnej tożsamości i redefinicji siebie. Lorde nadaje temu tematowi patetyczny ton, momentami ocierający się o hyperpop – co czyni z utworu jeden z lepszych i najbardziej charakterystycznych na płycie.
Zabawa dźwiękiem trwa dalej, zwłaszcza w ostatnim singlu przed premierą, Hammer. To powrót brzmieniowo do What Was That – mimo eksperymentalnego bitu i psychodelicznego tła, utwór zdaje się być znajomy. Ponownie mamy poetyckie podejście do cielesności i duchowego odrodzenia. Niezawodne pióro Lorde jest tu jak koło ratunkowe:
Canal Street, they’re piercing my ears / Take an aura picture, read it and tell me who I am
To nowoczesne rytuały duchowe – przekłuwanie uszu jako symbol zmiany, zdjęcie aury jako próba zrozumienia siebie. Powierzchowne gesty nacechowane pragnieniem głębi i sensu. To gra z estetyką new age i miejską duchowością.
Choć single poprawnie wprowadziły nas w kolejną muzyczną podróż, reszta albumu jest już mniej obiecująca. Pozostańmy jednak jeszcze przy pozytywach – Shapeshifter to kolejny mocny fundament, który sprawia, że Virgin nie jest jedynie mdłą produkcją.
Kontynuujemy drogę wewnętrznej przemiany oraz dylematów emocjonalnych i seksualnych. Nieautentyczność wydaje się kluczowym problemem w życiu Lorde – co oczywiście komplikuje życie artystki na pełen etat. Shapeshifter to liryczna spowiedź osoby odgrywającej wiele ról, z każdą kolejną oddalającą ją od prawdziwego „ja”.
Stłumione dźwięki przywodzą na myśl końcówkę imprezy, gdy parkiet pustoszeje, a światła łagodnie oświetlają twarze, kojąc i prowadząc do snu. Momentami eteryczne brzmienia nadają produkcji uroku i tajemniczości. Punkt kulminacyjny pojawia się tu kilkakrotnie, a sam utwór stanowi kulminację albumu.
Favourite Daughter to piąty utwór, który, choć wpływa na emocje i pokazuje relacje dziecka z matką, nie wyróżnia się niczym szczególnym. To najbardziej popowa produkcja na płycie, bez ozdobników i osobliwych dźwięków. Refren momentami drażni, a sam utwór wypada płasko, zwłaszcza zaraz po Man Of The Year.
Current Affair przywodzi na myśl nostalgiczne emocje podobne do tych z Melodramy. Ta melancholijna, oniryczna i jednocześnie energiczna aura głęboko wnika w serce słuchacza. Choć punkt kulminacyjny nie jest tu tak wyraźny, chórki Dexty Dapsy, jamajskiego artysty znanego z dancehallu i reggae, dodają klimatu. To dość nietypowe połączenie, które z początku może „zaszczypać” w uszy, ale po wielokrotnych odsłuchach nabiera sensu i zaprasza do ponownego słuchania. To jeden z najbardziej sensualnych i pikantnych utworów na albumie. Pomimo namiętnych emocji, Lorde dzieli się też silną traumą wynikającą z relacji:
He spit in my mouth like he’s saying a prayer
To celowo szokujące zestawienie duchowości i cielesności pokazuje, jak pożądanie i intymność mogą nabrać niemal religijnego, lecz jednocześnie wyniszczającego charakteru. Gest ten symbolizuje kontrolę, dominację i przekraczanie granic.
Delikatność i minimalizm otulają nas w kolejnym utworze, Clearblue, który jest najbardziej osobliwą produkcją na albumie, poruszającą temat niezabezpieczonego seksu i emocji towarzyszących zrobieniu testu ciążowego. To moment, który po prostu miażdży. Głos Lorde jest tu wysunięty na pierwszy plan, a spokojna melodia buduje intymność idealnie wpasowującą się w temat. To zaskoczenie na płycie, ale nie na tyle, by zatęsknić za nim w przyszłości.
Pozostałe utwory na Virgin, choć tekstowo dobre, są łatwe do zapomnienia. Powtarzalność tempa i przewidywalność wokalu sprawiają, że gdyby album zatrzymał się na Clearblue, trudno byłoby zauważyć różnicę. GRWM porusza temat upływu czasu, używając metafory dorosłej kobiety w dziecięcej koszulce jako symbolu więzi z młodszą wersją siebie. Brokenglass, chyba najsłabszy utwór na albumie, zniechęca od pierwszych dźwięków. Powtarzalność trwa i sprawia, że powoli usypiamy.
Przedostatni utwór nabiera nieco oryginalności dzięki charakterystycznemu mruczeniu Lorde, które buduje napięcie i kieruje nas do punktu kulminacyjnego – niestety, ten nigdy nie następuje, a wracamy do przewidywalności i sennych refrenów. Utwór ma potencjał duchowości i mistycyzmu, które Lorde serwuje z rozmachem:
I hear the voices of the ancients…
I’m a mystic, I swim in waters that would drown so many other bitches
To emancypacyjna, osobista mantra z ogromnym potencjałem, niestety trochę zmarnowanym.
Zakończenie albumu to David – utwór o dużym ładunku emocjonalnym, lecz zbyt zachowawczy pod względem wykonania, co może sprawić, że łatwo go przeoczyć po kilku odsłuchach. Mimo to warto docenić szczerość tekstu i osobisty charakter kompozycji.
To właśnie ta kłótnia między sercem a rozumem, o której wspomniałem na początku recenzji. Serce zmusza do docenienia metaforycznej głębi artystki, która wielokrotnie udowodniła, że zasługuje na miano jednej z najważniejszych artystek nowego pokolenia. Rozum natomiast wzywa do chłodnej analizy i racjonalnego podejścia. Porównania do Melodramy bywają uciążliwe, ale trudno je powstrzymać – drugi album Lorde był na tyle wpływowy, że zapisał się jako jedna z najlepszych popowych produkcji poprzedniej dekady.
Virgin to album dojrzały, spójny tekstowo i momentami intrygujący w swojej osobliwości — „dziwny” w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Tytuł nie jest jednoznaczny, jest to pewna forma odrodzenia artytski i forma czystości w nowych realiach. Lorde z wyczuciem balansuje tu między intymnością a konceptualną konstrukcją, nie tracąc charakterystycznej dla siebie poetyckiej wrażliwości. Jednak w drugiej połowie płyty wyraźnie zaznacza się pewna przewidywalność — strukturalna i emocjonalna — która odbiera całości wyrazistość. Choć Virgin bezsprzecznie prezentuje artystkę w wersji dojrzalszej i bardziej introspektywnej, to w kontekście jej dotychczasowej dyskografii trudno uznać ten materiał za przełomowy. Co więcej, paradoksalnie to niedocenione Solar Power, mimo swojej kontemplacyjnej formy i chłodnego przyjęcia, zdaje się oferować większą odwagę formalną i artystyczną tożsamość niż jej najnowsze wydawnictwo.


