„Zawsze chciałabym podkreślać bycie sobą i ukazywanie takiej pewności siebie.” Wywiad z Karoliną Stanisławczyk

Karolina Stanisławczyk wraca z nowym albumem. Trzeci album Błysk łączy kobiecą siłę, klubowe brzmienia i emocjonalną szczerość. W rozmowie z Karoliną porozmawialiśmy o procesie twórczym albumu, o muzycznych inspiracjach, a także wypowiedziała się na temat preselekcji na Eurowizję.

Źródło: Warner Music Poland / Materiały prasowe

Julia Maciąg: Twoja płyta nosi tytuł Błysk. Co oznacza dla Ciebie to słowo?


Karolina Stanisławczyk: Na pewno chciałam podkreślić, że to jest taka imprezowa, trochę „na parkiet” płyta. A sam parkiet kojarzy mi się z szykowaniem się — że właśnie zawsze wybieram jakiś idealny outfit, który błyszczy, a mój make-up musi być po prostu zrobiony idealnie. Chciałam też podkreślić girls power. Dziewczyny często słuchają muzyki, szykując się na imprezy, i chciałabym, żeby właśnie słuchały mojej muzyki.


JM: Już tak nawiązując do tego girls power i do tego siostrzeństwa, o którym wspomniałaś. W jaki sposób to wpłynęło na brzmienia i teksty Twoich piosenek i Twojej twórczości?


KS: Zawsze chciałabym podkreślać bycie sobą i ukazywanie takiej pewności siebie. A wiem, że na przykład, jak rozmawiam z moimi koleżankami, to często słyszę, że one są trochę niepewne siebie, chociaż nie mają w ogóle do tego żadnych powodów. Stwierdzam fakt, że właśnie takie siostrzeństwo, dodawanie sobie otuchy, powiedzenie o drugiej dziewczynie, że jest super i że powinniśmy się wspierać, jest bardzo ważne.


JM: Wspomniałaś w niektórych rozmowach, że tworzyłaś ten album dwa lata. Faktycznie tak jest, ponieważ otwierający utwór jest Twoim najstarszym, czyli Vanilla Baby Ice, bo został wydany w maju 2023. Od początku wiedziałaś, że ten utwór pojawi się na albumie?


KS: Tak. Już pisząc ten utwór, czułam, że „to jest to” — od pierwszych nutek. Bardzo chciałam, żeby znalazł się na początku tracklisty. Jest dla mnie ważny — pełen pewności siebie i kobiecości, które chciałam pokazać. Ja też, w sumie, kiedy pisałam go po raz pierwszy, to tak się pozytywnie, miło zakochałam. Wiedziałam, że to będzie na albumie.


JM: Jak już mowa o tych super, miłych relacjach, to czy na albumie znajduje się taki utwór, który nie wpasowuje się do tej kategorii?


KS: Jeżeli chodzi o album, historię i relacje oraz to, co przemyciłam w piosenkach, to na pewno nie są to tylko te miłe, bo w sumie doświadczyłam też wielu, raczej tych smutniejszych, chwil w związkach właśnie.

Na przykład „Światła Miasta” jest napisana o tym, że cały czas nie mogę się otworzyć i gdzieś tam mam problem z zaufaniem — nawet w relacjach, które są okej. To przez niektóre sytuacje, które mi się przydarzyły w życiu, przez co mam w sobie pewną barierę. W „I tak już nie ma nas” wspominam mój pierwszy związek, gdzie cały czas czułam się winna, ale pomimo tego i tak brnęłam w tamtą relację — i to było bardzo toksyczne. Na tym albumie jest duży wachlarz emocji.

JM: Choć ja zauważyłam też, że twoje piosenki mają sensualny i klubowy brzmienia i to jest taka Twoja mocna sygnatura. I to w szczególności zauważyłam w singlu Oh My God. Czy to jest właśnie taki kierunek, w którym chciałabyś się głównie podążać, jeśli chodzi o tekst oraz brzmienia?

KS: Mam różne inspiracje, ale na pewno sensualność w mojej muzyce jest bardzo ważna. Lubię, kiedy piosenki są zmysłowe— mają linie melodyczne, które są raczej właśnie delikatne. I to mi się podoba — w połączeniu z mocniejszymi brzmieniami, które w muzyce jakoś tak fajnie kontrastują. Więc tak, to na pewno jest jakiś trop, który mnie wyróżnia, i myślę, że to bardzo lubię.


JM: A propos Oh My God, współtworzyłaś ten utwór z Anastazją Maciąg. Jak doszło do tej współpracy?


KS: Z Anastazją już dosyć długo się znamy. Ona jest świetną autorką tekstów, pisze też wielu innym artystom. Ja zazwyczaj piszę teksty sama, chociaż uważam, że pisanie wspólnie i taka burza mózgów też jest super, bo można zaczerpnąć dużo fajnych inspiracji i wychodzą z tego spoko rzeczy. Zresztą Dua Lipa czy inni artyści zza granicy piszą z różnymi twórcami i to jest super.

Pamiętam, że byłyśmy chyba dzień czy dwa wcześniej — jakoś tak spontanicznie się umówiłyśmy. I mówię: „Dobra, Anastazja, bo ja teraz piszę taką piosenkę i myślę, że ty vibem się trochę dopasujesz. Może chciałabyś przyjść na sesję i trochę mi pomóc, bo myślę, że na pewno super to zrobisz”. No i tak totalnie spontanicznie, na drugi dzień, Anastazja przyszła do studia i zrobiłyśmy ten singiel.

JM: Jedną z piosenek, a raczej singli, które wydałaś jest Finlandia. Tam jest wers, „Masz to coś, co spać nie pozwala, chłodny front, jesteś zimny jak Finlandia.” Skąd pomysł właśnie na porównanie do tego państwa?


KS: Finlandia to w sumie dosyć zimny kraj. Chciałam tym przekazać, że najbardziej mnie ciągnie — i zawsze ciągnęło — do osób, które są trochę takie chłodne emocjonalnie i trochę pozamykane. Może tak jak ja.
Wydaje mi się też, z autopsji i z obserwacji, że wiele dziewczyn ma trochę tak, że lubią jakichś „bad boyów”. I o tym jest ta piosenka. Pomimo że nie powinniśmy się z kimś wiązać, bo nie daje nam tego ciepła, to i tak kręci nas ta osoba. I dlatego: „Finlandia” .

JM: W swoich piosenkach miałaś wzmiankę o dwóch innych artystach, a konkretniej o Taylor Swift oraz o Lady Pank. Czy Ci wykonawcy albo inni są twoją inspiracją do tworzenia piosenek?


KS: Kocham Lady Pank z lat osiemdziesiątych i ich utwory. Zawsze królują na
parkiecie w moim domu — na każdej imprezie. Więc tutaj to było po prostu z życia wzięte.


A jeżeli chodzi o Taylor Swift — może muzycznie nie inspiruję się nią aż tak bardzo, ale to, jaki ogrom pracy wkłada w to, co tworzy, i w jaki sposób wszystko dopinane jest na ostatni guzik — jest perfekcyjne. Na pewno chciałabym kiedyś być tam, gdzie Taylor Swift.

JM: Wcześniej wspominałyśmy o tych trudnych relacjach i piosenkach, ale ja też przeczytałam, że Śnieg jest też piosenką o toksycznej relacji. Jaką mogłabyś przekazać wiadomość słuchaczowi, który właśnie jest takiej toksycznej relacji?


KS: Wiesz co, podeszłabym do tego tak, jakbym teraz mogła mojej przyjaciółce
powiedzieć, że warto czasem spojrzeć na siebie i być trochę egoistą — ale nie w toksycznym sensie, tylko patrzeć na to, co mnie boli, co mnie rusza, i zrobić sobie taki rachunek sumienia: czy ta osoba faktycznie jest dla mnie dobra, czy spełnia wszystkie rzeczy, dzięki którym czuję się przy niej bezpiecznie. I podejść do tego z rozumem, nie z sercem. A wiadomo, że to nie jest łatwe, więc ja to tak mogłabym wyrazić… ale z drugiej strony — nie zawsze jestem taka mądra, jeśli chodzi o relacje.


JM: Ocean i La Casa to są piosenki, w których zwalniasz tempo, są takimi można powiedzieć przerywnikami od tej klubowej zabawy. Skąd taka potrzeba, by na tej pulsującej, wręcz tanecznej płycie nagle zwolnić?


KS: Zawsze chciałam stworzyć jakieś ballady — romantyczne, bardziej powolne, spokojne piosenki. Ja też dużo słucham takiej muzyki. Lubię na przykład Lanę Del Rey — uwielbiam ją — czy The Neighbourhood.

Jeżeli chodzi o nagranie tych piosenek, to zawsze zaczynam od pomysłu. Zdarzało mi się zaczynać kilka utworów, które były właśnie spokojne, i nigdy ich nie kończyłam, bo gdzieś w połowie myślałam sobie: „Nie, to jest za wolne, trzeba to przyspieszyć”. Ale teraz, akurat jak pisałam „Ocean”miałam taki vibe, że byłam smutna i chciałam napisać coś totalnie na przeprosiny, bo połączyłam się z ważną osobą. Więc stwierdziłam: „Dobra, nie mogę tego przyspieszyć”. To też ma swój bajkowy zarys.

A jeżeli chodzi o „La Case”, to totalna inspiracja Laną. Chciałam zrobić taką wakacyjną, spokojną, frywolną piosenkę, która będzie jak wiatr we włosach — tutaj ja sobie leżę na leżaczku i, wiesz, vibe’uję sobie. Więc takie dwie piosenki — myślę, że fajny, spokojny przerywnik na płycie.

JM: Kilka lat temu brałaś udział w preselekcjach do Konkursu Piosenki Eurowizji. Uważasz, że jakaś piosenka z Błysku nadawałaby się na ponowny udział w preselekcjach?


KS: Może „Vanilla Baby Ice” ale po angielsku? Coś w tym stylu? Myślę, że może, ale nie wiem. Może jakoś w przyszłości bym powróciła z jakimś pomysłem eurowizyjnym, myślę cały czas nad tym.


JM: Eksperymentujesz ze swoimi brzmieniami. Nawiązując do twojego pierwszego albumu Cliché, jak oceniasz swoją ewolucję muzyczną od tamtego momentu do dziś?

KS: Cały czas się rozwijam. Mam też wrażenie, że rozwijam się tekstowo — bywam na różnych warsztatach i cały czas się w tym szkolę. Więcej piszę, jestem bardziej odważna w pisaniu. Na pewno też lepiej wiem, czego chcę, i staram się pilnować swojego zdania, żeby było zawsze ujęte.
Ale tak naprawdę — muzyka cały czas jest nowa, cały czas coś się dzieje, a ja to po prostu chłonę i żyję tym. Mam wrażenie, że od tamtego momentu nie minęła mi zajawka, i po prostu cały czas tak samo się cieszę, jak robię muzykę.


JM: Ja też się cieszę, że wydałaś ten album i dzięki bardzo za rozmowę.


KS: Dziękuję bardzo.

Głosy, które łączą folk, rock i emocje – Avi Kaplan, Cian Ducrot, Nick Mulvey i Larkin Poe na żywo

W świecie, który coraz głośniej krzyczy, czterech artystów przypomina nam, że największa siła często tkwi w emocjonalnej szczerości i muzyce granej od serca. Avi Kaplan, Cian Ducrot, Nick Mulvey i Larkin Poe – choć różni ich styl i pochodzenie, łączy ich niezwykła umiejętność budowania intymności z publicznością.

Avi Kaplan – głos, który rezonuje z duszą

Warszawa – 5 listopada, Hybrydy

Kraków – 6 listopada, Zaścianek

Były bas z Pentatonix dziś działa na własnych zasadach. Avi Kaplan porzucił świat mainstreamowego a cappella, by odnaleźć siebie w folkowej ciszy i mroku kalifornijskich lasów. Jego głęboki, niepokojąco czuły wokal niesie opowieści o naturze, duchowości i wewnętrznym wyciszeniu. W 2024 roku wydał EP-kę Feel Alright, a jego solowe koncerty przypominają bardziej rytuał niż typowe występy.


Cian Ducrot – od ballad do stadionowych emocji

Warszawa – 16 września, Klub Palladium

Irlandzki singer-songwriter Cian Ducrot to artysta, który nie boi się łez. Jego debiutancki album Victory (2023) był listem miłosnym do matki i wszystkich, którzy zostali złamani, ale wciąż trzymają się życia. Jego druga płyta All Our Days (1 sierpnia) zapowiadana była singlami pełnymi emocjonalnej szczerości i rozmachu. W Warszawie zagra jesienią – i wszystko wskazuje na to, że po raz kolejny udowodni, że szczerość to jego największa siła.


Nick Mulvey – kiedy songwriter staje się przewodnikiem

Warszawa – 30 listopada, Klub Niebo

Nick Mulvey od lat tworzy muzykę, która balansuje między piosenką a medytacją. Jego teksty – inspirowane filozofią, ekologią i duchowością – brzmią jak osobisty manifest: delikatny, ale niepozbawiony mocy. Na scenie jest jak podróżnik, który zaprasza słuchacza do wspólnej drogi. Jego jesienny koncert w Polsce zapowiada się jak doświadczenie transformacyjne.

Larkin Poe – blues z pazurem i siostrzaną siłą

Warszawa – 28 października, Klub Stodoła

Jeśli reszta tej czwórki porusza serce, Larkin Poe atakuje żywioły. Siostry Rebecca i Megan Lovell to nie tylko mistrzynie slide guitar i południowego groove’u – to też kobiety, które pokazują, że blues może być surowy, energetyczny i bardzo aktualny. Ich albumy to hołd dla amerykańskiej tradycji, ale na scenie niosą bunt i siłę nowoczesnego rocka. Jesienią znów zawitają do Polski.

Niezależnie, czy będzie to głęboki bas Avi Kaplana, łamiący głos Ciana Ducrota, hipnotyzujące frazy Nicka Mulveya czy elektryzujący blues Larkin Poe – każda z tych chwil jest zaproszeniem, by się zatrzymać i naprawdę posłuchać. Bo najcenniejsze w muzyce nie są ani liczby, ani trendy. To momenty, w których czujesz, że ktoś śpiewa dokładnie o Tobie.

Organizatorem koncertów jest agencja Live Nation. Bilety znajdziecie na oficjalnej stronie internetowej.

Źródło: Informacja prasowa Organizator.

„Jestem pewien, że ta EP-ka to jest takie nowe rozdanie.” Wywiad z Mateuszem Gędkiem

Mateusz Gędek w tym roku wydał debiutancką EP-kę PO FAKCIE. Z pomocą najbliższych, ale na własnych zasadach, stworzył materiał surowy, osobisty i autentyczny. Wydawnictwo promuje singiel Garnitury. Z Mateuszem porozmawialiśmy o procesie tworzenia EP-ki, o utworach oraz o swoich przemyśleniach jako oficjalny debiutant.

Mateusz Gędek
Źródło: MAGIC RECORDS / materiały prasowe

Julia Maciąg: W końcu spotykamy się na premierze twojej EP-ki. Do trzech razy sztuka
można powiedzieć, bo to jest nasza trzecia rozmowa. Jak się czujesz jako debiutant?


Mateusz Gędek: Bardzo jestem szczęśliwy, że to wyszło. Mam wrażenie, że oddałem jakiś taki bardzo znaczący projekt w moim życiu w ręce ludzi. I chyba jest to
najważniejsza premiera w moim życiu. Jestem bardzo dumny z tego, że też udało mi się ten projekt dowieźć. Nie ponosząc jakichś ogromnych kosztów i nie angażując w to jakiejś ogromnej ilości ludzi. Bo na tym mi trochę zależało, żeby jednak to był bardzo indywidualny projekt. Projekt, który jest tworzony przez hermetyczne grono osób, które po prostu doskonale wiedzą, jaka jest wizja na cały ten projekt. I myślę, że to się udało.


JM: Jednak na tej EP-ce nie ma żadnej piosenki Twojej, którą wydałeś w zeszłych latach.
Dlaczego?


MG: Jestem pewien, że ta EP-ka to jest takie nowe rozdanie. Takie całkowite pokazanie, że ja się odnalazłem twórczo i gatunkowo. To jest swego rodzaju otwarcie nowego etapu w moim życiu. I nie powinno tam być tych utworów, do których ja nie do końca byłem
przekonany. Z których jestem dumny, wiadomo, ale to było poszukiwanie czegoś, to było
eksperymentowanie z dźwiękiem, to było eksperymentowanie ze słowem. Chciałem, żeby na tej EP-ce znalazły się rzeczy, które odnoszą się do bardzo konkretnych emocji w moim życiu. I są bardzo określone.


JM: Uważasz, że teraz jesteś w takim swoim najlepszym czasie muzycznym?


MG: Ciężko mi to powiedzieć, bo prawdopodobnie jest duża szansa na to, że obudzę się za rok i powiem, że to właśnie wtedy będę w najlepszym czasie muzycznym w swoim życiu. Ale na chwilę obecną tak, jest to najlepszy czas od dawna, w zasadzie od samego początku tej mojej drogi. Jednak to też nie jest tak, że zamykam się na jakieś dalsze kombinowanie z muzyką. W tym projekcie mi zależało, żeby on był po prostu spójny ze sobą. Jestem jak najbardziej otwarty na jakieś dalsze eksperymenty. Tutaj tylko chodziło o spójność całej wizji na EP-kę.


JM: Tytuł to PO FAKCIE. Właściwie po jakim fakcie?


MG: Tytuł odnosi się do tego, że właśnie każdą z tych rzeczy, o której ja śpiewam,
dowiedziałem się po prostu za późno o konsekwencjach tych działań. To były zwyczajnie złe decyzje i dotarło to do mnie zdecydowanie za późno i że moje decyzje były błędne. I to jest takie swego rodzaju rozliczenie się z tym, ze wszystkimi złymi decyzjami, które podjąłem przez dwa lata mieszkając tutaj w Warszawie, a mam wrażenie, że podjąłem ich bardzo dużo. Dostaje mi się za to, że wsiadając do takiego pędzącego pociągu i próbując się odnaleźć tutaj i tak pozostać na powierzchni, bardzo wiele rzeczy zaniedbałem. W bardzo wielu przypadkach się nie odezwałem, nie zaprotestowałem w jakiejś kwestii. I w wielu przypadkach też zwyczajnie skrzywdziłem kogoś, kto był mi naprawdę bliski.


JM: Czyli wyprowadzając się ze swojego rodzinnego domu w opolskim do Warszawy,
zmienił się też Twój światopogląd na wszystko, co się w tym dzieje?

MG: Definitywnie. Myślę, że ten mój światopogląd się na chwilę zgubił po wyjeździe z
mojego rodzinnego miasta. Miałem jakieś określone poglądy, po czym wyjeżdżając tutaj,
mam wrażenie, że zgubiłem je wszystkie na moment. I odnalazłem je chyba w momencie, kiedy skończyliśmy. Kiedy pozbierałem sobie te wszystkie swoje emocje. Wtedy się okazało, że rzeczywiście mam zdecydowanie inne podejście do wielu rzeczy. Wydaje mi się, że stałem się po tym albumie też w jakiś sposób dojrzalszy. Stałem się bardziej świadomym człowiekiem. Takim, który nosi trochę więcej na barkach, ale któremu też daję to pełno pewnego rodzaju świadomości.


JM: Tę EP-kę wyprodukowałeś Ty, Tyński oraz Krzysztof Baranowski. Jednak tu chcę się
skupić na Tobie, ponieważ jakie to jest uczucie pisać i produkować od zera dosłownie swoje
własne utwory?


MG: To jest fantastyczne uczucie. Tak jak mówiłem, mi bardzo zależało na tym, żeby to była taka moja EP-ka. Ja ją zrobiłem z bardzo dużą premedytacją, bo ja bardzo wielu osobom chciałem pokazać, że ja nie jestem chłopcem od popu. To nie jest niczym złym, podkreślmy to, ale że to nie jest tak, że ja potrafię robić tylko fajny, komercyjny pop, który jest fajny, ale w gruncie rzeczy to jest tego dużo i tak nie wiadomo, czy tego słuchać, czy nie słuchać. Takie informacje dostawałem z zewnątrz też, że tak to trochę wygląda.
Ja chciałem pokazać, że ja potrafię tworzyć naprawdę ambitną muzykę, która ma coś do
powiedzenia sobą i przy okazji jest fajna brzmieniowo. Super było to, że mogłem do tego
usiąść sam, że miałem na tyle wiedzy, żeby zrobić to samemu z pomocą chłopaków właśnie Tomka i Krzysztofa Baranowskiego. Jestem bardzo szczęśliwy, że to się wydarzyło, szczególnie, że my też to wszystko zrobiliśmy w domu. Nie pojechaliśmy ani razu do studia, tylko za każdym razem te sesje się odbywały u nas w mieszkaniu. Uważam, że mamy dosyć bijący artyzm w mieszkaniu i to dawało takie poczucie komfortu i pełnej swobody twórczej. Jak pojedzie się do studia to jest to poważne miejsce, tam robimy poważne rzeczy, poważną muzykę. My nie chcieliśmy, żeby podchodzić do tego poważnie. Chcieliśmy podejść do tego
tak najswobodniej, jak się dało.


JM: Cały ten projekt otwiera utwór Garnitury. Na swoim TikToku zapisałeś Uważam, że to
co dzieje się w polskiej polityce jest wybitnie żałosne.:)
Czy to był pretekst właśnie to, co się
dzieje obecnie do stworzenia tego utworu?


MG: Tak. Dosłownie pierwsze jakieś tam przedwyborowe afery, które zaczęły się pojawiać parę miesięcy temu, były dużym plusem do tego, żeby coś takiego powiedzieć w utworze. Gdyby ktoś mnie rok temu zapytał, co ja sądzę o polityce, to ja bym powiedział, że się w to nie mieszam, że w sumie to ja robię muzykę, ja chcę żyć sztuką, ja chcę żyć artyzmem i tym się zajmować. A polityka jest kwestią drugorzędną. Okazuje się, że to nieprawda, bo ta polityka ma realny wpływ na to, jak ja żyję, jak my żyjemy.
Myślę, że też na pewno wiesz, o co mi chodzi, kiedy jesteś człowiekiem, który przyjeżdża do dużego miasta realizować swoje marzenia, pasje. Często jest tak, że Ci ludzie, którzy
dowodzą tym całym cyrkiem po prostu nie zajmują się tym, tylko zajmują się tym, żeby
ścigać siebie nawzajem, zamykać się za coś, za jedno, za tamto. Prawda jest taka, że my nawet nie mamy gwarancji, czy będziemy mieli okazję i szansę na kupno swojego
mieszkania, jeśli się nie postaramy naprawdę bardzo, a chciałbym, żeby to było możliwe.

Chciałbym, żebyśmy my wszyscy jako młodzi ludzie z ambicjami mieli po prostu szansę się rozwijać, tylko ktoś musi powiedzieć, że coś jest nie tak, żeby z tym nie tak coś zrobić.


JM: Uważasz, że głos naszego pokolenia jest ważny, nawet dzięki muzyce?


MG: Tak. Uważam, że muzyka jest świetnym medium do przekazywania takich informacji i że o takich rzeczach też się powinno w muzyce mówić. Zdecydowanie wkręciliśmy się w ten wir piosenek o miłości. One są super, sam je kocham. Jednak myślę, że czasami
powinniśmy się nie bać zrobić czegoś takiego, porozmawiać o tematach społecznych.


JM: Jak już mamy garnitur, to inną częścią garderoby, którą masz…


MG: To jest fenomenalny żart, tak (śmiech).


JM: Wiem (śmiech). Płaszcz to jest kolejna i właśniwie ostatnia piosenka, która odnosi się do części garderoby. (śmiech) Wracając. Jest to właśnie ballada gitarowa z trochę takim depresyjnym tonem, takim przygnębiającym. Czym jesteś tak przygnębiony w tej piosence?


MG: „Płaszcz” opowiada o takim stanie dosyć przykrym, w którym byłem parę miesięcy przed wydaniem. Był to czas, kiedy ja popełniłem naprawdę głupią decyzję związkową. Przy okazji byłem bardzo, bardzo, bardzo zmęczony tym, co się dzieje dookoła. Miałem wtedy kłopoty z pracą. To był czas, kiedy naprawdę rozważałem to, czy rzeczywiście muzyka jest dla mnie. Zadzwoniłem tego wieczoru do mojej mamy i powiedziałem, że nie wiem, czy jestem w stanie, bo od dłuższego czasu nie potrafię nic napisać.
To był chyba trzeci miesiąc, kiedy ja już miałem w planie EP-kę, był ustalony deadline, a ja nie miałem nic, absolutnie nic. Byłem w takim dużym kryzysie twórczym i mówię, nie wiem, czy ja się nie skupię po prostu na studiach i czy to nie będzie to.
Może się wydawać, że ja mam te 21 lat i że jeszcze trochę o tej branży nie wiem nic. Tylko, że ja w niej jestem od 7 lat na dobrą sprawę, przez zespół 4Dreamers. Trochę już mi pewnych rzeczy naobiecywano, trochę o pewnych rzeczach już mi powiedziano.

I po prostu wszystko się tak jakoś ponakładało w danym momencie, że ja siedziałem zamknięty w tym pokoju i bardzo nie chciałem mieć kontaktu ze światem zewnętrznym. Pozamykałem się w tym pokoju z tymi potworami swoimi, tekstowymi.
To opisuje po prostu ten moment, w którym siedziałem w pokoju na balkonie, nie ruszałem się stamtąd i zwyczajnie próbowałem jakkolwiek przepracować to, co się działo w tym momencie mojego życia. To się udało koniec końców, ale cały utwór jest po prostu
zwyczajnie opisem tego, co się dzieje w tym pokoju.

JM: Rozmawialiśmy dwa lata temu o tym, co powiedziałbyś młodszemu sobie, kiedy zaczynałeś karierę muzyczną. I teraz, na dobrą sprawę, co teraz byś powiedział w sumie temu Mateuszowi dwa lata temu?


MG: Słuchaj siebie, myśl dużo, rozmyślaj dużo na temat tego, jak możesz zrobić
poszczególne rzeczy. Bądź uczciwy, mów prawdę. Nie zrezygnowałem, ja też z tego nie
zrezygnowałem. W ogóle nie myśl o tym, żeby kiedykolwiek z tego rezygnować.

JM: To jest akurat jedna z moja ulubiona piosenka na EP-ce i zarazem najbardziej
intrygująca, a konkretniej Masochizm. Skąd w ogóle pomysł na ten tytuł i czy to jest właśnie
takie romantyzowanie toksycznych relacji?


MG: Uważam, że to jest nadanie ludzkich cech, trochę uczłowieczenie pewnych rzeczy,
które można w życiu zrobić, które nie są dla siebie dobre. Ja z reguły staram się nie
opowiadać o tym numerze, bardzo dosłownie staram się nie dawać jego pełnego znaczenia, ponieważ ono jest dosyć, nie chcę mówić kontrowersyjne, ale jest definitywnie ciekawe. I uważam, że bardzo warto jest się zagłębić w ten utwór samemu i samemu znaleźć to drugie dno. Wydawałoby się, że ta piosenka opowiada o właśnie toksyczności relacji, w której się jest i jednoczesnym zachwycie nad tym, jak ta relacja na ciebie wpływa. Ale jakby się tak zamieniło pewne rzeczy, zamieniło się pewne osoby ludzkie na coś innego, można z tego wyrzucać zupełnie inne znaczenie. Są tu pochowane słowa, klucze, które mogą sugerować, o co tu może chodzić. Ja po prostu mogę powiedzieć o tym, że jest to piosenka o tym, czego się zrobić nie powinno, a co się tak po prostu zrobiło o jakichś takich rzeczach zakazanych, których nie powinno się robić, o stanach, w których nie powinno się być.


JM: Za to dobrym kontrastem są Na części pierwsze, które przy okazji są najpopularniejszą
piosenką na Spotify. Mimo takiej tematyki troszeczkę bardziej przygnębiającej, to jakoś
wyróżnia się na tle tej piosenki oraz Płaszcza.


MG: Wydaje mi się, że to jest po prostu piosenka, która ma najwięcej tej mojej wizji w sobie. To był numer, który powstał w ogóle bardzo na krótko przed premierą całej EP-ki. Ja nie miałem wtedy jeszcze gotowego numeru, miałem w planie wykorzystać coś ze swoich starszych projektów, ale jeden wieczór zadecydował o tym, że rzeczywiście ten numer powstał. I myślę, że to jest numer po prostu z najsilniejszą emocją, która towarzyszyła mi i owarzyszy w sumie w tym czasie. To jest numer o kobiecie, która bardzo, bardzo pomogła też w moim życiu i z którą jestem bardzo szczęśliwy.

To jest też utwór, do którego najmniej przyłożyła się cała reszta towarzystwa, z którą
współpracowałem. W zasadzie Tomek nie wnosił tutaj za dużo do produkcji, w zasadzie
Krzysiek nie uczestniczył przy projekcie, a Tomek zrobił mix master i zrobił kilka breaków
między poszczególnymi partiami. Ale poza tym to jest czysta moja produkcja, to jest dosłownie najczystsze brzmienie, który chciałem uzyskać. Ten utwór może być najpopularniejszym i moim ulubionym zarazem, bo po prostu nie ma
tam żadnych składników, których ja nie chciałem. Jest tam dosłownie wszystko, co mi się
tam założyło. Może z perspektywy czasu zrobiłbym tam więcej rzeczy, ale poza tym byłem bardzo zadowolony z tego utworu.


JM: Najkrótszą, a zarazem ostatnią piosenką jest Komunikat. Co chciałbyś nim właśnie przekazać światu?

MG: Poznałem tydzień temu na kampie Marcusa z Przebiśniegów. Jest świetnym człowiekiem, z którym już mamy duże plany. To Marcus właśnie powiedział mi, że ta EP-ka jest zrobiona z premedytacją. Jest fajna, ona jest super brzmi, ale jest zrobiona z premedytacją. Ja powiedziałem mu, że ma rację, bo nie myślałem o tym wcześniej. Ja chciałem komuś coś udowodnić, chciałem coś komuś pokazać, ale wydawało mi się, że głównie sobie to chciałem pokazać. Jednak była taka przekora, która powiedziała, a ja zrobię inaczej, ja wam wszystkim teraz pokażę. I to jest coś, co chciałbym wyrównać w sobie, w tym procesie twórczym, bo główne założenia EP-ki zostały spełnione, czyli odklejenie tych łatek zespołowo-popowych moich różnych tam przygód.
Bardziej kierowała mną premedytacja i taka silna emocja potrzeby udowodnienia czegoś, a nie takie sensowne, analityczne myślenie na temat tego, jak te utwory powinny brzmieć. Dlatego z perspektywy czasu uważam, że były one nie przesadzone, ale można by było je
zrobić delikatnie inaczej.

No i „Komunikat” jest taką esencją tej przekory, która tutaj była i taką
esencją tej premedytacji. Teraz zobaczycie, jak Gędek to robi. I to jest super, bo wydaje mi się, że to było po prostu potrzebne.
Ta EP-ka musiała mi ulżyć w pewien sposób, musiała mi dać lekarstwo na coś, co od dawna mnie męczyło i zrobiła to w świetny sposób. Komunikat jest takim absolutnym wyrzuceniem z siebie tych wszystkich emocji, które się we mnie kisiły przez dwa lata. To jest jakby dojście do tej furtki, która zamyka to, ale przejście przez nią, zostawienie absolutnie otwartej, bo wiem, że jest to otwarcie zupełnie nowego rozdziału w moim życiu. I
musiałem się wykrzyczeć na tym Komunikacie. To było takie, to jest nieładne określenie, ale takie wyrzyganie każdego żalu, który gdzieś tam się pojawiał.


JM: Co chciałbyś przekazać nowemu słuchaczowi, który zapoznaje się właśnie z Twoją EP-ką i odkrywa właśnie Twoje starsze piosenki?

MG: Słuchaczu, myślę, że masz do czynienia z jednym z najbardziej znaczących w mojej
karierze skoków rozwojowych. Przestałem się bać mówić pewnych słów, w zasadzie
przestałem się bać mówić o czymkolwiek. Zacząłem mówić o wszystkim i myślę, że Ci się to spodoba, więc zapraszam.


JM: Tym samym chciałabym podziękować za naszą rozmowę i przede wszystkim gratulacje.


MG: Dziękuję, bardzo mi jest miło.

OFF Festival 2025 – Katowice. Alternatywna rzeczywistość, do której chce się wracać (Relacja)

Festiwale to nie tylko line-upy, światła scen i kilometry przewijanych opasek na nadgarstkach. To wydarzenie, które żyje przez wiele godzin – raz intensywnie, raz w zwolnionym tempie, czasem w deszczu, czasem w słońcu – ale zawsze prawdziwie. Jest taki moment, kiedy stoisz po kolana w błocie, masz zimną wodę w bucie, a nad Twoją głową trzepocze plastikowy płaszcz przeciwdeszczowy, który ledwo trzyma się na ramionach – i mimo to jesteś szczęśliwy. Tak wyglądał OFF Festival. To nie jest impreza, gdzie szukasz luksusu. OFF to wyłom w czasie, muzyczny mikrokosmos rządzony przez emocje. I właśnie o nich, wraz z Kasią Rynkiewicz, wam opowiem.

OFF25_ZUZASOSNOWSKA
OFF25_ZUZASOSNOWSKA
OFF25_MKUCZYNSKA
OFF25_ZUZASOSNOWSKA

OFF 2025 to sześć scen, kilka pokoleń słuchaczy, dziesiątki koncertów i setki emocji. To także ostatni raz, gdy… zapomniałem kaloszy. Ale po kolei.

DZIEŃ PIERWSZY: Od dudniącego basu do legend elektroniki

Zacznę od lekkiego chaosu organizacyjnego na start. I choć większość tych rzeczy można zrzucić na „urok wielkich wydarzeń”, to jednak tłumy w kolejce po opaski, które sięgały poza granice Doliny Trzech Stawów i miały cierpliwość mierzoną deszczem, nie są czymś, co powinno się powtórzyć. Start koncertów planowany był na 17:00 – dla wielu osób realny „start” wydarzenia nastąpił dopiero około 19:00, bo dwugodzinne stanie pod bramkami to nie był performance art, tylko frustrująca rzeczywistość.

Ale potem… zaczęło się.

OFF25_THE_CASSINO_ZUZASOSNOWSKA

Mój festiwal otworzyło The Cassino – i choć chłopaki grali z ogniem i od serca, to realizatorzy dźwięku chyba za bardzo polubili suwak od basu. Dźwięk dudnił tak potężnie, że niektóre riffy znikały pod ciężarem subwoofera. Trudno było złapać rytm, kiedy scena miała więcej do powiedzenia niż sam zespół. Panie realizatorze: bas ma robić milusio na brzusiu, a nie wywalać bebechy do góry nogami ;) Następnie na tej samej scenie występowała Nilüfer Yanya – artystka pełna subtelności i melancholii. Jej głos miał w sobie coś z dymu i deszczu, które właśnie zaczęły unosić się nad Katowicami.

Później zaliczyłem bieganinę po różnych scenach – Os Mutantes zabrali nas w psychodeliczną podróż przez brazylijskie tropiki, a ich energia, choć oparta na dziesięcioleciach scenicznej historii, była zaskakująco świeża. Ale prawdziwym nokautem emocjonalnym okazał się Kneecap – trio z Belfastu, które mówi prawdę głośno i bez ceregieli. Ich występ był jak zderzenie z czołgiem – agresywny, polityczny, z przekazem ostrym jak szkło. Problemem znów była realizacja: soprany na wokalach waliły tak mocno, że momentami trzeba było się cofać o kilka rzędów. 

OFF25_KRAFTWERK_MKUCZYNSKA

Finałem pierwszego dnia był Kraftwerk. Na scenie Perlage stanęła legenda. Ja może nie jestem ich wielkim fanem, ale ich miłośnicy mówią jedno: ten koncert to nie było retro – to był rytuał. Ekrany rozbłysły geometrycznymi animacjami, a The Robots, Autobahn czy Numbers pulsowały niczym kod źródłowy muzyki elektronicznej. Publiczność nie potrzebowała skakania – wystarczyło patrzeć, słuchać i… być częścią tej maszyny.

Pierwszy dzień zakończyłem z mokrymi butami i sercem pełnym wrażeń. British summer w polskim wydaniu? Tak, ale mimo kałuż i wpadek – wracałem do domu z uśmiechem.

Wojciech Grabarczyk

DZIEŃ DRUGI: OFF w pełnym spektrum emocji

Drugi dzień festiwalu przywitał nas pełnym słońcem, postanowiłam skorzystać z pięknej pogody, usiąść na trawie i wsłuchać się w polski skład Omasta, który wybrzmiewał z głównej Sceny Perlage i prezentował album Madvilliany. Gdy zaczerpnęłam wystarczająco dużo słońca, wybrałam się na scenę mBank i Visa, aby skonfrontować się na żywo z twórczością Eliasa Roonenfelta. Duński wokalista zaprezentował alt-country, który słuchało się po prostu dobrze.

Kolejnym punktem tego dnia był wytęp punkrockowego składu z Brighton – Lambrini Girls. Nie ukrywam, że na OFFa przyjechałam z kilkoma „must see” i zespół z Anglii było jednym z nich. Co to była za energia i charyzma! Rok temu brakowało mi damskiego, punkowego grania i w końcu je dostałam. Były nawiązania do aktualnej sytuacji na świecie, była interakcja z publicznością, ale nie zabrakło również dobrego grania. Wokalistka Phoebe Lunny bezkompromisowo wykorzystywała całą przestrzeń do poruszenia tematów ważnych, nie zapominając przy tym o muzyce i zabawie. Koncert, który został zwieńczony piramidą z ludzi, zdecydowanie zabłyśnie w mojej topce tego festiwalu.

OFF25_LAMBRINI_GIRLS_ZUZASOSNOWSKA

O Have A Nice Life, słyszałam jedynie w opowieściach, bo przy ulewie i burzy które dotarły nad teren Doliny Trzech Stawów, nie udało mi się tam dotrzeć. Zahaczyłam o Janna, który w oprawie burzowej prezentował swój materiał specjalny i to zdecydowanie dodało magii całemu występowi jaki zaoferował na scenie Perlage. Gdy pogoda się uspokoiła, zebrałam energie, wypiłam kawę i kulturalnie wyczekiwałam, aż na głównej scenie pojawi się headliner tego dnia – James Blake. Od samego początku, wspaniała wrażliwość, teksty i wokal porwały mnie w pełni. Blake nie jest królem interakcji ale momentami angażował publikę do śpiewania jego tekstów co tworzyło niesamowitą aurę, którą wypełniał wstawkami elektronicznymi.

Ten koncert to była finezja w pełnej postaci.

Kasia Rynkiewicz

DZIEŃ TRZECI: To była ich noc. Ale również i moja

Willa Kosmos otworzyła scenę eksperymentalną: było przestrzennie, trochę lo-fi, trochę jakby kosmicznie (nomen omen). Równocześnie na scenie mBank/Visa Metro zagrali koncert, który z jednej strony flirtował z synthwave’em, z drugiej – z brudem polskiego podwórka. Ciśnienie chwilę później dało koncert intensywny i gęsty – coś jak SWANS, tylko po polsku, po OFF-owemu.

Mój osobisty highlight? MJ Lenderman. Nie znałem ich wcześniej, ale gdy zaczęli grać, poczułem, jakbym siedział na werandzie w Wyoming, popijał tanią whisky i słuchał historii opowiadanych przy ognisku. To był klimat rodem z amerykańskich pustkowi, ale podany bez patosu. Delikatne i zagrane z wyczuciem gitary oraz głos, który brzmiał jak przyjaciel, którego dawno nie słyszałeś. Prosty amerykański rock z duszą. Piękne to było.

Soft Play – duet, który udowodnił, że punk wciąż ma moc. Świetny kontakt z publicznością, brudne brzmienie, szczerość. Widziałem wokalistę, który wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać, wykrzykując słowa bardzo emocjonalnego numeru „Everything and nothing”. I choć z głośników płynęło sporo hałasu, to z serca – jeszcze więcej. To zespół, którego koncert zawierał wszystko – energiczne zejścia ze sceny do publiczności (niezależnie od plączącego się za nimi kabla od mikrofonu), podejmowanie istotnych tematów (obok wojny w Strefie Gazy poruszali m.in. kwestie zdrowia psychicznego), surową, bezkompromisową estetykę i wyrazistą osobowość sceniczną, a przy tym zapewniali po prostu świetną zabawę – np. grając numer znany z filmów o Johnie Wicku.

OFF25_SOFT_PLAY_mmurawski

Imponowała również ich forma fizyczna – choć tworzą duet, ich sceniczna energia dorównywała pełnemu składowi. W trakcie występu zamieniali się instrumentami, a momentami jednocześnie krzyczeli do mikrofonu i z impetem uderzali w bębny. Przed utworem „Girl Fight” wokalista zaapelował, by pod sceną powstał mosh pit złożony wyłącznie z kobiet. Było to piękne nawiązanie do idei promowanych przez ruch Riot grrrl, zwłaszcza do hasła „girls to the front” – a jeszcze piękniej jest zobaczyć, jak męski skład wciela je w życie.

Na scenie Trójki grał Georgie Greep, którego dźwięki mogę opisać tylko jako hardcore jazz. Trochę jakby Tom Waits zagrał noise’owy set po LSD. Dał koncert tak abstrakcyjny, że czułem się, jakbym był w środku filmu Lyncha. Jazz wymieszany z noise’m. Bardzo technicznie zagrany, a jednocześnie pełen chaosu. Niesamowite przeżycie.

I wreszcie – Fontaines D.C.

Jedna z najważniejszych nazw we współczesnej muzyce alternatywnej i przy okazji – istna OFF-owa historia sukcesu. Gdy w 2018 roku występowali na katowickim festiwalu, trafili na dość niewdzięczną pozycję w programie – grali równolegle z headlinerką dnia, M.I.A. Jednak ci, którzy wtedy wybrali małą scenę i mało jeszcze znaną dublińską grupę, wyszli z namiotu poruszeni. Mówili, że to było coś.

Na scenę weszli punktualnie. Bez słów, bez ozdobników. Zagrali tak, jakby od tego zależało ich życie. Set był podróżą przez wszystkie etapy ich kariery: od surowości Dogrel, przez refleksyjność A Hero’s Death, aż po intensywną dojrzałość Romance. Udało mi się podejść bardzo blisko sceny. Zostałem wciągnięty w pogo podczas jednego z numerów i chyba tylko dlatego zauważyłem, że ugrzęzłem po kostki w błocie. Byłem tak zahipnotyzowany, że wcześniej tego nawet nie poczułem. Czas całego seta zleciał błyskawicznie. Muzyka broniła się sama. Setlista została ułożona z dużym wyczuciem – narastające napięcie i zmieniająca się energia świetnie prowadziły przez cały koncert.

Grian Chatten – oszczędny w słowach, ale hojny w emocjach. „Thank you so much” – to wszystko, co powiedział do publiczności. Ale nic więcej nie było potrzebne. Całą resztę opowiedziała muzyka. Grali numery z najnowszego Romance, ale też te, które poruszają serca od czasów Dogrel. Zaczęli od tytułowego kawałka z ostatniej płyty, a zakończyli najmocniejszym bangerem z tego samego albumu – Starburster. Po drodze – Boys in the Better Land, Jackie Down the Line, najnowszy singiel It’s Amazing to Be Young i przejmujące I Love You z wyświetlanym hasłem FREE PALESTINE wymownie podczas recytowania zwrotki o ludobójstwie.

(…)Selling genocide and half-cut pride(…)

Na koniec na telebimach pojawił się apel:

Izrael popełnia ludobójstwo. Użyj swojego głosu.

Ten pełen emocji i chyba najbardziej polityczny utwór w dorobku grupy idealnie współgrał z przekazem. Miałem ciarki od karku po stopy. Zespół otwierał się przed publicznością całym sercem i duszą, a tłum odpowiadał, śpiewając niemal każdy wers.

Wyszedłem spod sceny Perlage z sercem na dłoni – ich koncert był emocjonalnym blitzkriegiem. To była ich noc. I trochę też moja.

Detale i atmosfera – czyli miasteczko OFF-a w 2025.

OFF25_KRZYSZTOF_SZLEZAK
OFF25_ZUZASOSNOWSKA
OFF25_MKUCZYNSKA

Gdy tylko zapadał zmrok, Dolinę Trzech Stawów rozświetlały lampki i kolorowe światła – ciepłe żarówki rozwieszone między drzewami, świecące girlandy przy foodtruckach i strefach chilloutu. Każdy zakątek miał swój klimat. Gdzieś na uboczu, między OFF’n Jazz Clubem a sceną BLIK, rozłożono hamaki i leżaki. Scena gastro w tym roku dała radę. Oferta jak z kulinarnego przewodnika po świecie: burrito, currywurst, pierożki wonton, burgery, ramen, greckie pity, kiełbasy, kanapki z rybami i klasyki spod znaku frytek i zapiekanek. Wszystko, czego dusza zapragnie – i co ważne, naprawdę smaczne.

Ale nie wszystko było jak z katalogu.

Jeśli OFF ma coś do poprawienia na przyszłość (poza kwestią kolejek po opaski), to z całą pewnością chodzi o infrastrukturę toaletową. Toi-toie, choć liczne, momentami nie nadążały za potrzebami publiki. Może warto pomyśleć o większej liczbie kabin, lepszym rozmieszczeniu i częstszej obsłudze serwisowej? Serio – OFF zasługuje na toalety, które nie straszą. Umywalki z bieżącą wodą to też festiwalowy must-have, a nadal jest ich zbyt mało jak na taką liczbę uczestników. Warto też zagadać do Katowickich Wodociągów o Dużą Beczkę – idealnie sprawdza się na takich eventach. Szczególnie że woda powinna być darmowa.

Bo klimat OFF-a tworzy się nie tylko na scenach. Tworzy się w drobiazgach – w świetle lampki, w dymie, w parze nad kubkiem kawy, w rozmowie z nieznajomym na ławce przy strefie chilloutu. I choć przez trzy dni przewija się tu kilka tysięcy ludzi, wszyscy zdają się mówić tym samym językiem: językiem festiwalowej wspólnoty.

Nie żegnam – tylko do zobaczenia

OFF to miejsce, gdzie alternatywa nie jest modą, ale postawą. Gdzie jazz spotyka elektronikę, punk ściska się z rapem, a klasyczne brzmienia przeplatają się z tym, co dopiero przed nami.

Właśnie! Jeszcze jedna rzecz… Polskie lato coraz bardziej przypomina British Summer. Myślę, że najwyższy czas zaopatrzyć się na przyszłość w solidną parę kaloszy, których w tym roku zdecydowanie mi zabrakło ^^

Reneé Rapp wydała nowy album. Jeżeli go lubicie, macie rację, a jeżeli nie, to jesteście w błędzie

Takimi słowami Reneé Rapp zakończyła swój występ w brooklyńskim klubie Warsaw podczas imprezy świętującej wydanie jej nowego albumu Bite Me. Ten cytat doskonale oddaje energię całej płyty.

W dzisiejszym popie coraz mniej chodzi o desperackie próby trafienia w gusta masowej publiczności, a coraz bardziej o autentyczną autoekspresję. Tak jak Lola Young mówiła o swoim albumie This Was Not Meant For You Anyway, nie przejmuje się tymi, którym jej muzyka się nie podoba – w końcu to nie dla nich. Podobna energia bije z krążka Reneé. Jeśli ci się nie podoba… cóż, ona i tak ma to gdzieś.

Na Bite Me znajdziemy dobrze znane już Leave Me Alone, Mad i Why Is She Still Here. Poza nimi jest jeszcze dziewięć solidnych, popowych kawałków. Tematyka miłosna? Obowiązkowo. Ale to podejście jest bardziej realistyczne: trochę zazdrości, czasem dojrzałe pogodzenie się z tym, że do kogoś po prostu nie pasujemy. Czasem smutna refleksja, że szczęście nie zawsze przychodzi łatwo, ale też nadzieja, że gdzieś tam jest ta właściwa osoba, która potrafi onieśmielić nawet najbardziej pewną siebie i „hot” wersję nas samych.

Ten album istnieje gdzieś pomiędzy chaosem po rozstaniu a momentem, w którym zaczynasz na nowo odnajdywać siebie. To reprezntacja momentu, w którym wszystko się wali, ale właśnie wtedy zaczyna się coś nowego. Lepszego.

Sama wokalistka podzieliła się sporą ilością informacji o procesie tworzenia albumu, nad którym długo i ciężko pracowała. Choć próbuje sprawiać wrażenie, że nic jej nie obchodzi, da się zauważyć, że jednak jej zależy. Przy tworzeniu albumu pomagała jej nawet dziewczyna, Towa Bird. Całość nagrań powstała we współpracy z ludźmi, którym naprawdę zależy na Reneé.

Bite Me to zestawienie emocjonalnych piosenek oraz pełnych flirtu utworów. Jednak trudno o lepsze podsumowanie całego albumu niż jej własne słowa.

[Album] został napisany dla mnie, ale stworzony dla was.

pisze Reneé Rapp na Instagramie

Choć wystąpiła w amerykańskim klubie Warsaw, do prawdziwej Warszawy ani żadnego innego miasta w Polsce niestety nie przyjedzie. Reneé już wkrótce rozpocznie swoją trasę koncertową BITE ME TOUR, zaczynając od występów w Stanach Zjednoczonych. W 2026 roku odwiedzi Europę, gdzie zagra siedem koncertów.

Zatem daj szansę wokalistce, która naprawdę włożyła w tę płytę całe serce i posłuchaj Bite Me!