Rok 2014 był bardzo udany. Znacznie lepszy od 2013, a tegoroczny album roku spokojnie umieściłbym w TOP5 płyt dekady. Powstało także wiele bardzo dobrych polskich albumów, choć nadal to zagraniczne dominują w moim zestawieniu. Zapraszam do przejrzenia mojego zestawienia 50 najlepszych albumów oraz 100 najlepszych utworów 2014 roku.

Albumy

Na liście albumowej mamy 50 pozycji – to o 10 więcej niż w ubiegłym roku. Dodatkowo TOP20 uzyskało nieco dłuższy opis. Z 50 płyt 9 to wydawnictwa polskie, pozostałe 41 – zagraniczne.

Pierwszą dziesiątkę mojego rankingu otwiera album Within Temptation, który miał być mocny, genialny, wspaniały… a jest jedynie dobry. O wiele bardziej przekonały mnie płyty innych metalowych grup – młodszych, a jak się okazuje dojrzalszych, Diabulus in Musica czy Stream of Passion. Tutaj znalazły się także płyty trzech reprezentantów z Polski: xxanaxx, całkiem udany debiut Margaret oraz wielki Vader. Zatrzymać się chciałbym też przy Nicki Minaj. Ja wiem, że kicz, tandeta i bezguście, ale pozbądźcie się uprzedzeń. Jej nowy album zawiera kilka naprawdę dobrych piosenek.

Druga dziesiątka to przede wszystkim albumy dwóch amerykańskich legend R&B – Mary J. Blige oraz Mariah Carey. Pierwsza nich sięgnęła po nowoczesne, świeże rozwiązania, zaś MC nagrała to, co sprawdzone. No i Mary wyszła na tym ociupinkę lepiej. Tutaj mamy także wielki sprzedażowy przebój Taylor Swift, naprawdę zaskakujący krążek Chrisa Browna, Się (która jednak nie zachwyca mnie tak jak na początku) czy interesujący projekt Foo Fighters. No i płytę Delain. Jako całość może się i nie broni, ma kilka dosyć słabych piosenek, jednak ze względu na niesamowite perełki nie mogłem jej nie umieścić.

  1. Christina Perri – Head or Heart
  2. Chris Brown – X
  3. Mela Koteluk – Migracje
  4. Sia – 1000 Forms of Fear
  5. Delain – The Human Contradiction
  6. Foo Fighters – Sonic Highways
  7. Mariah Carey – Me. I Am Mariah… The Elusive Chanteuse
  8. Mary J. Blige – The London Sessions
  9. Taylor Swift – 1989
  10. Anette Olzon – Shine
  1. Toni Braxton & Babyface – Love, Marriage & Divorce
  2. Hozier – Hozier
  3. Tom Petty and the Heartbreakers – Hypnotic Eye
  4. Lenny Kravitz – Strut
  5. Curly Heads – Ruby Dress Skinny Dog
  6. Behemoth – The Satanist
  7. Karolina Czarnecka – Córka
  8. Xandria – Sacrificium
  9. AC/DC – Rock or Bust
  10. Kari Rueslåtten – Time to Tell

Kolejna dziesiątka – coraz lepsze płyty. Tutaj znalazł się m.in. świetny duet Toni Braxton oraz Babyface – solowo nigdy nie brzmieli tak dobrze jak teraz. Dalej mamy emocjonalny debiut Hoziera, który oczarował wszystkich utworem Take Me to Church, nowa zaskakująco znakomita płyta Toma Petty czy też nowe, bardziej drapieżne wcielenie Dawida Podsiadło, czyli grupa Curly Heads. Nie jest to jedyny polski artysta w dziesiątce. Mamy tu także monumentalny krążek Behemotha (ich pierwsza płyta, która w całości do mnie trafiła!) oraz Karolina Czarnecka czarująca niepowtarzalnymi, życiowymi tekstami.

A w TOP20 wielki ból, bo co najmniej kilka płyt z poprzedniej dziesiątki zasłużyło na miejsce w pierwszej dwudziestce… Ale cóż, nie udało się.

Cytaty pochodzą z moich recenzji danych albumów.

  1. Paloma Faith – A Perfect Contradiction

Debiutancki album Palomy uwielbiam, drugi mnie nie zachwycił. Na A Perfect Contradiction czekałem, ale nie wiązałem jakichś wielkich nadziei z tym krążkiem. A niesłusznie. To znakomita, dynamiczna płyta, na której Faith łączy siły z orkiestrą, a gorzkie teksty autentycznie poruszają.

Bardzo podoba mi się fakt, że A Perfect Contradiction to płyta spójna, na którą od początku do końca był pomysł. Całość charakteryzuje się orkiestralnym brzmieniem (wielkie brawa za instrumenty dęte!), jest niebanalna i zapewnia rozrywkę na wysokim poziomie. Paloma bardzo rozwinęła się wokalnie. Choć już na początku kariery brzmiała wspaniale, dziś potrafi niesamowicie modelować swój wokal. I choć niektórzy narzekać będą na monotonię, ja brzmienie trzeciego krążka Faith wielbię.

  1. Artur Rojek – Składam się z ciągłych powtórzeń

To prawda, że bardzo dużo narzekałem na ten album w swojej recenzji. Początkowo byłem nim rozczarowany i właściwie żaden kawałek nie przypadł mi do gustu. Z czasem zacząłem jednak odkrywać coraz więcej smaczków tego wydawnictwa i dziś uważam je za świetne. Arturowi rozstanie z Myslovitz zdecydowanie wyszło na dobre i liczę na więcej tak dobrych utworów jak Kokon czy Czas który pozostał w przyszłości.

Przeczytaj moją recenzję, choć dziś wyglądałaby zupełnie inaczej.

  1. Katy B – Little Red

Na swoim nowym albumie Katy B zaprezentowała swoją nową, może bardziej delikatną stronę. Jest mniej elektronicznie niż na debiucie. Nadal jednak jej piosenki mają w sobie niezwykle pozytywną energię, zachowały także świeżość. Bardzo mnie to cieszy, a co więcej – uważam Little Red za najlepszy tegoroczny krążek w kategorii „muzyka imprezowa”.

  1. Eluveitie – Origins

Do wcześniejszej twórczości Eluveitie podchodzę z dystansem. Szanuję ich muzykę, wiem, że to giganci folk metalu, lecz mnie nigdy niczym szczególnie nie ujęli. Aż do teraz. Ich nowy album Origins jest bardzo eklektyczny – łączy fragmenty delikatne, folkowe z utworami dynamiczniejszymi, niemalże przebojowymi (hicior The Call of the Mountains), aż po death metal. A to wszystko wyśpiewane przez niesamowicie utalentowaną Annę Murphy i partnerującego jej Chrigela.

Teoretycznie nowy album nie jest niczym nowym – to wciąż folk metal, czasem bardziej folkowy (Celtos), czasem bardziej metalowy (The Nameless, From Darkness). Nie ma tu może tak mocno rozbudowanych fragmentów z samymi instrumentami ludowymi jak np. na debiucie czy też nie ma tyle death metalu co na Slanii, ale całości słucha się wyśmienicie. Krążek jest różnorodny, następują liczne zmiany tempa, klimatu, nastroju. Ważne okazują się także wplecione tu cztery intra stanowiące swoistą klamrę kompozycyjną.

  1. Amy Lee – Aftermath

Nie należę do fanów twórczości Amy Lee z Evanescence, lecz uważam, że dysponuje niesamowicie pięknym wokalem. Potrafi też napisać naprawdę dobre kompozycje. Udowodniła to na Aftermath, niemal całkowicie instrumentalnym soundtracku. Nikt chyba nie potrafi w tak wyśmienity sposób połączyć muzyki klasycznej z elektroniką.

Po premierze Aftermath słyszałem o nim bardzo różne opinie. Zagorzali fani Amy Lee w większości byli zawiedzeni, oczekując większej ilości utworów wokalnych. Ja jednak cieszę się z obecnego stanu albumu. Wokalistka pokazała nam bowiem, że oprócz śpiewania jest fantastyczną pianistką oraz kompozytorką. A jak jeszcze współpracuje z tak wspaniałym wiolonczelistą (brawa dla Dave’a Eggara) – nic, tylko się zachwycać. Już teraz czuję też, że krążek będzie towarzyszył mi podczas długich, jesiennych wieczorów.

  1. Sam Smith – In the Lonely Hour

Z początku wydawał mi się mało rozgarniętym mężczyzną, który piskliwym głosem wyśpiewywał Money on My Mind. Z Samem Smithem przeprosiłem się jednak już po pierwszym przesłuchaniu In the Lonely Hour. Artysta na swoim debiutanckim albumie zaprezentował swoje ogromne pokłady wrażliwości. Jego składający się z soulowo-rhythm and bluesowych utworów pamiętnik poruszy nawet największych twardzieli.

Przeczytaj recenzję Piotra Krajewskiego, zgadzam się w zupełności.

  1. Jessie Ware – Tough Love

Nowy album Jessie Ware jest w moim odczuciu trochę słabszy od pierwszego. To dzieło bardziej komercyjne, może i bardziej oczywiste. Mimo tego jest to jednak zestaw naprawdę świetnych piosenek, począwszy od singlowego Tough Love, przez rozczulające Say You Love Me i Pieces, a na dynamicznym Want Your Feeling kończąc.

Płyta Tough Love na pewno jest łatwiejsza w odbiorze i przyjemniejsza od chłodnego Devotion. I nawet jeśli nie zachwyca tak bardzo jak klimatyczny debiut, wciąż jest niesamowicie solidnym i mocnym wydawnictwem. Podoba mi się, że wokalistka eksperymentuje z brzmieniem i nie zamyka się w przysłowiowej wieży z kości słoniowej.

  1. Fink – Hard Believer

Podczas gdy inni artyści sięgają po różnorakie syntezatory, wymyślne efekty, różnorakie instrumenty, Fink bierze gitarę akustyczną. Gra na niej, śpiewa i… zachwyca. Hard Believer to dzieło proste, naturalne, a przy okazji przyciągające swym surowym klimatem i autentycznymi emocjami płynącymi z wokalu Finka. Jeśli nie macie ochoty na cały longplay, sięgnijcie chociaż po doskonałe piosenki White Flag, Pilgrim czy Two Days Later.

  1. Sophie Ellis-Bextor – Wanderlust

Sophie Ellis-Bextor kojarzyłem do tej pory głównie z dyskotekowymi, chwytliwymi singlami. A – jak się okazuje – kobieta zmienną jest i niejedną ma twarz. Na nowym albumie wokalistka kieruje swoje muzyczne kroki na wschód i serwuje nam niezapomnianą podróż. Sophie odniosła także spory sukces w zestawieniu z samymi utworami. Znalazły się tam aż cztery kawałki z Wanderlust.

  1. Trzynasta w Samo Południe – Hell Yeah!

Polski album roku! Trzynasta w Samo Południe przyszli do X Factora, rozjechali ten program, a teraz miażdżą swoim debiutanckim studyjnym krążkiem. Hell Yeah! to po prostu rock’n’roll w czystej postaci, dynamiczny, pełen młodzieńczej energii, idealny na koncerty. Słychać tu inspiracje m.in. AC/DC (którzy to jednak nagrali w tym roku słabszą płytę), lecz grupa umiejętnie zmieszała je ze swoim niesamowitym stylem.

Dla tych, którzy śledzili poczynania zespołu przed wydaniem płyty, longplay nie będzie żadnym zaskoczeniem. Ale trzeba tu zadać sobie pytanie: czy on naprawdę miał zaskakiwać? Nie. Trzynasta w Samo Południe trzyma się swojego stylu. Jest więc dynamicznie, rock’n’rollowo, bardzo energicznie, a nawet przebojowo (popowe wokalistki mogłyby się od nich uczyć). Grupa inspiruje się m.in. AC/DC, Motorhead czy – z rodzimego podwórka – TSA. Ich wpływy słychać, lecz nie zdominowały one Hell Yeah!, a świetnie wpisały się w styl Trzynastej.

  1. Coldplay – Ghost Stories

Nie od razu żeśmy się z nowym dziełem Coldplaya pokochali. O nie, na początku lekko mnie rozczarowało. Utwory takie jak A Sky Full of Stars czy Ink nadal uważam za bardzo przeciętne, a w dodatku duża część płyty brzmi jak solowy longplay Chrisa Martina, a nie krążek jego zespołu. Jednak w ogólnym rozrachunku Ghost Stories to ważny dla mnie album, z którym spędziłem naprawdę długie godziny, a cudowne utwory pokroju Midnight, Oceans czy O już na stale weszły do mojej ścisłej Coldplayowej czołówki.

Początkowo obawiałem się nieco o ostateczne brzmienie szóstego studyjnego albumu Coldplay. Myślałem: czy ja na pewno chcę usłyszeć Midnight/Magic razy kilkanaście? Muzycy jednak po raz kolejny nie rozczarowali i pokazali, że nie boją się nowych rozwiązań, a pomysłów im nie brakuje. I choć Ghost Stories to zupełnie nowy krok w ich twórczości (zabawa z elektroniką czy nawet muzyką taneczną), to słyszę na tej płycie nawiązania do wszystkich poprzednich. (…) Brawo, chłopaki.

  1. U2 – Songs of Innocence

Największy szok tego roku? U2 udostępniają nowy album do pobrania zupełnie za darmo. Oczywiście od razu podniosła się wrzawa, jak oni mogli?! to terroryzm (sic!)… Ja uważam ten pomysł za bardzo dobry. A samą płytę – za jeszcze lepszą. Mamy tu wszystko, czego od U2 można oczekiwać. Prawdziwe emocje, osobiste teksty, znakomity wokal Bono oraz po prostu wyśmienite utwory. A, no i bonus w postaci duetu ze zjawiskową Lykke Li.

Przyznam, że po trzech przyjemnych, ale niezbyt odkrywczych albumach niejako postawiłem na U2 krzyżyk. Oczywiście wciąż ich lubiłem, lecz nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek nagrają coś tak świetnego jak The Joshua Tree, Achtung Baby czy chociażby Pop. A jednak. Może Songs of Innocence nie jest dziełem tak przełomowym, nie łamie też konwencji, to wciąż pokazuje, że zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i nadal liczy się w muzycznym świecie. A gdyby The Troubles czy Iris (Hold Me Close) wydali jakieś 10 lat temu, dziś byłyby klasykami.

  1. Linkin Park – The Hunting Party

Obecność Linkin Park w tym zestawieniu może być dla niektórych zaskakująca. Muszę jednak z radością przyznać, że panowie wreszcie nagrali album na miarę swoich możliwości. The Hunting Party to rewelacyjna, rockowa płyta, która powinna zostać wydana zaraz po Meteorze, jako trzeci longplay LP. Mike jak zawsze świetny, Chester powraca do formy, gitary wreszcie zastąpiły pusto brzmiące syntezatory, a czwórka zaproszonych gości czyni ten krążek jeszcze lepszym i bardziej intrygującym.

Skończyć tę recenzję jest mi równie trudno, co ją zacząć. Choć album The Hunting Party idealny nie jest (wyrzucić Final Masquerade i The Summoring, a do takowego stanu się zbliży), to najlepszy krążek LP. Serio – od kiedy zacząłem pluć na zespół po Living Things, ujrzałem także wady ich pierwszych krążków. A mają ich sporo. Poza tym brzmią jak luźne zbiory kilkunastu kawałków. The Hunting Party jest znacznie bardziej spójne, zwarte. A przy tym jego perełki miażdżą całą resztę twórczości grupy.

  1. Leonard Cohen – Popular Problems

Czy ten mężczyzna naprawdę ma 80 lat? Po przesłuchaniu doskonałego albumu Popular Problems nie mogłem w to uwierzyć. Pomimo podeszłego wieku Leonard Cohen wciąż pokazuje klasę. Jak widać ten mężczyzna po prostu nie potrafi pisać złych piosenek. Na nowym krążku próżno szukać klasyków na miarę Hallelujah. Muzyk już nie musi takowych nagrywać. Zamiast tego mamy 9 przepięknych historii o popularnych problemach, które dotykają każdego z nas.

  1. The Pretty Reckless – Going to Hell

Zbliżamy się do TOP5 i mamy coraz więcej genialnych wydawnictw. Szczerze mówiąc, na początku roku byłem przekonany, że The Pretty Reckless znajdą się gdzieś w TOP3. Jednak do końca roku ukazało się tyle wspaniałych albumów… ostatecznie wypadli aż na miejsce 6.

Going to Hell to album fantastyczny, o wiele lepszy od Light Me Up. Grupa pokazuje tu pazur, grają ostro, ciężko, niemal hard rockowo. Ich wizytówką jest sama Taylor Momsen posiadająca zjawiskowy wokal. Raz jest seksowna i zadziorna, innym razem delikatna, uwodząca. Album przyniósł nam wiele znakomitych utworów, w tym porażające Sweet Things czy piękną balladę House on a Hill.

  1. Banks – Goddess

Fanem Banks jestem od końca 2013 roku i z niecierpliwością wyczekiwałem jej debiutanckiego albumu. Gdy już wyszedł, czułem lekki niedosyt – przed premierą znałem aż 11 z 18 kawałków, w tym najlepsze Beggin for Thread oraz Goddess. Ogólnie jednak rzecz biorąc, przez długi czas nie mogłem się od dzieła młodej wokalistki uwolnić. Jak na debiutantkę nagrała dzieło wielkie. Udowodniła wiele – że ma niezwykły wokal, niezwykły dar do pisania niezwykłych tekstów, wraz z niezwykłymi producentami nagrywa niezwykłe utwory, jest niezwykle uwodzicielska… Na Goddess Banks przyjmuje wiele twarzy, a każde jej wcielenie jest niezwykłe. Tak jak ona.

Goddess jest albumem znakomitym, ale nieidealnym. Przyznam, że trochę brakuje mi tu tak przebojowego i mocnego kawałka jak Beggin for Thread. Ogólnie jednak jestem z tej płyty bardzo zadowolony. Co bardzo mnie cieszy, Banks odnalazła swój styl i konsekwentnie za nim podąża. Krążek jest więc spójny, ale nienudny. Klimatyczny, ale nieprzesadnie patetyczny czy melancholijny. Urzekły mnie również trzy proste, ale chwytające za serce ballady. I choć jeszcze boginią bym artystki nie nazwał, ma do tego tytułu naprawdę blisko.

  1. Lana del Rey – Ultraviolence

Lana del Rey tak naprawdę nie musiała robić nic, mogła wydać album z samymi odrzutami albo nagrać nową wersję Born to Die. Poszła jednak (z pomocą niezastąpionego Dana Auerbacha) kilka kroków dalej. Ultraviolence to boski wehikuł czasu. Słuchamy bowiem nie tyle albumu stylizowanego na lata 50., ale albumu, który rzeczywiście mógłby w tych latach powstać. A przy okazji jest to krążek idealny. Depresyjny, smutny, dramatyczny, a innym razem poruszający, emocjonalny, melancholijny. I przy tym zawierający ten płomyk nadziei, który nie pozwala mu popaść w przesadny pesymizm.

Wow. Tylko tyle (albo aż) tyle byłem w stanie z siebie wykrztusić po przesłuchaniu Ultraviolence. Wiele osób narzeka na monotonię i nudę na płycie. Nigdy się z tym nie zgodzę! Uważam, że to dzieło dużo bardziej wyraziste i charakterne od poprzednich. Lana del Rey wymieniła dotychczasowych producentów na Dana. Zamiast na anielski klimat postawiła na lekko rockowe utwory (duża ingerencja gitar elektrycznych, perkusji etc.) i z rozrzewnieniem wspomina połowę XX wieku w muzyce. I tym wygrywa. Chyba nigdy nie brzmiała bardziej autentycznie.

Długo zastanawiałem się kogo dać wyżej – Lanę czy Lykke? Zdecydowałem się na tę drugą. A oto dlaczego…

  1. Lykke Li – I Never Learn

Pierwszego albumu Lykke Li nie lubię. Drugi jest ciekawy, intrygujący, ale nieidealny. Po trzeci sięgnąłem bardziej z ciekawości niż z nadziei na coś przełomowego. No i słucham. Po raz pierwszy, drugi, piąty… zamurowało mnie. Wokalistka na I Never Learn przekazała ogrom emocji. Prawie wyłącznie negatywnych. Każda z kompozycji na płycie, nawet bardziej pozytywne Heart of Steel, przepełniona jest żalem, goryczą i bólem. W kolejnych piosenkach Lykke przedstawia nam kolejną cząstkę siebie, wyraża wszystko to, co ukryte głęboko w niej. A taki rodzaj ekspresji to coś genialnego. Idealnie trafiła w moje serce.

  1. Tuomas Holopainen – Music Inspired by The Life and Times of Scrooge

Od początku roku myślałem: „Tuo damy na miejsce 1., a TPR na 2.”. Jak się okazało ani jedno, ani drugie nie wypaliło. Tuomas był naprawdę blisko objęcia szczytu, zabrakło tak niewiele… ale wróćmy na ziemię. Na swoim solowym krążku Holopainen kontynuuje stylistykę dzieł Nightwish. Teraz jednak zrezygnował z gitar, perkusji, typowo rockowego instrumentarium. Zostawił swoje klawisze oraz orkiestrę tworzącą tak cudowny, tak piękny klimat… aż brak mi słów, by go opisać. Sama orkiestra niewiele by jednak zdziałała, gdyby nie wielkie, ponadczasowe kompozycje muzyka. Choć tekstowo utwory nie są szczytem możliwości Holopainena (przełożył na album muzyczny komiksy o… Sknerusie McKwaczu), to i tak wiem, że ten longplay pozostanie z nami na lata.

Na ten album czekałem naprawdę bardzo długo. Odkąd tylko poznałem i pokochałem Nightwish, wiedziałem, że on kiedyś powstanie, i że będzie zjawiskowy. W końcu jest. I nie – nie myślcie, że skoro to Tuomas Holopainen, to mam klapki na oczach i chwalę, by chwalić. Chwalę, bo Music Inspired by the Life and Times of Scrooge to longplay doskonały, idealny, monumentalny… i wiele więcej.

  1. Epica – The Quantum Enigma

Już od pierwszych przesłuchań najnowszego dzieła Epiki, wiedziałem, że namiesza w moim muzycznym podsumowaniu. Ale czy przewidziałem, że obejmie sam szczyt? The Quantum Enigma to esencja nie tylko samej Epiki, ale i wszystkiego tego, co kocham w metalu symfonicznym. Mamy więc przeogromny ładunek emocjonalny, dopracowane, dopięte na ostatni guzik monumentalne kompozycje oraz nietypowe, ale i genialne teksty (opowiadające o życiu, ale i… fizyce kwantowej!). To przyszłość gatunku, bo obok starych i znanych (ale w żadnym wypadku nieogranych) motywów mamy tu nowoczesną, sterylną produkcję oraz nieopisaną wręcz przestrzeń. A dodając do tego wszystkiego idealny wokal Simone Simons, otrzymujemy po prostu arcydzieło. (I aż szkoda, że Epica nie wydała tego albumu rok temu. Wtedy i oni, i Tuomas mogliby pochwalić się płytą nr 1 w moim zestawieniu.)

Zespół odniósł także ogromny sukces w moim zestawieniu najlepszych utworów. Spośród 100 kawałków aż 10 należy do Epiki. Co więcej – gdybym robił TOP200, na pewno znalazłoby się w nim wszystkie 18. Bo The Quantum Enigma to płyta, gdzie nawet piątka bonusów jest do perfekcji dopieszczona.

Zastanawiałem się nad ewentualnymi minusami The Quantum Enigma. I ja takowych nie widzę! Jak dla mnie to bez wątpienia najlepszy album w całej twórczości Epiki. Jedynie mógłbym ponarzekać, że za mało tu growlu Marka (usłyszymy go tylko w kilku kawałkach, m.in. The Second Stone czy Sense Without Sanity), aczkolwiek niezwykły klimat utworów, wspaniałe, życiowe teksty czy majestatyczne chóry w zupełności wynagradzają mi ten mały kaprys.

Przeczytaj całą recenzję, choć dziś o wiele bardziej przypominałaby przesłodzoną laurkę do Simone i jej kolegów.

Utwory

Uff, jakoś przebrnąłem przez albumy. Przy utworach myślałem, że się poryczę. Zamknięcie się w jednej setce, gdzie co roku premierę ma tyle znakomitych kawałków, jest przedsięwzięciem karkołomnym. Nadal ta lista nie wygląda pewnie tak, jakbym chciał, za miesiąc coś mi się przypomni, ale jest przynajmniej zbliżona do ideału. Chciałbym tu od razu powiedzieć, że – z bólem serca, ale jednak – zabrakło tu miejsca dla większej ilości kawałków Epiki, Tuomasa, Banks, Lany del Rey, Lykke, The Pretty Reckless, Cohena… Ostatecznie żadnego kawałka nie umieścili tu też tacy artyści jak Karolina Czarnecka, Hozier (Take Me to Church to 2013, nie uznaję faktu, że teraz odniosło sukces), zabrakło także bardzo zaskakuącego utworu All Things Go Nicki Minaj czy nawet Plan the Escape Bat for Lashes. Koniec końców – sto to sto. Here you are

Najwięcej utworów w zestawieniu

  1. Epica – 10
  2. Tuomas Holopainen – 7
  3. Banks, Lykke Li (licząc jej duet z U2) – 5
  4. Lana del Rey, Sophie Ellis-Bextor – 4

Pierwszą dziesiątkę otwiera jeden z wielu świetnych utworów Meli Koteluk. Tutaj mamy także pierwszy singiel promujący nadchodzący album Marilyna Mansona (w przyszłym roku w zestawieniu będzie ich znacznie więcej!) czy też dyskotekowy kawałek Jennifer Hudson, której album w tym roku bardzo mnie rozczarował. Fink, Taylor Swift, Sia czy Amy Lee mają po dwa utwory w zestawieniu, tamte są jednak znacznie wyżej. Dziesiątkę uzupełnia bajeczna ballada When the Storm Has Blown Over Sophie Ellis-Bextor oraz Chemical Insomnia, czyli początek dominacji Epiki.

  1. Mela Koteluk – Żurawie origami
  2. Sophie Ellis-Bextor – When the Storm Has Blown Over
  3. Epica – Chemical Insomnia
  4. Amy Lee – Between Worlds (feat. Dave Eggar)
  5. Marilyn Manson – Third Day of a Seven Day Binge
  6. Fink – Pilgrim
  7. Marina & the Diamonds – Happy
  8. Taylor Swift – Wildest Dreams
  9. Jennifer Hudson – It’s Your World (feat. R. Kelly)
  10. Sia – Cellophane

  1. Tuomas Holopainen – To Be Rich
  2. Artur Rojek – Czas który pozostał
  3. Kylie Minogue – Into the Blue
  4. Epica – Victims of Contingency
  5. Lana del Rey – Shades of Cool
  6. Banks – Drowning
  7. Sabaton – Night Witches
  8. Jessie Ware – Pieces
  9. Anette Olzon – One Million Faces
  10. Eluveitie – The Call of the Mountains

Druga dziesiątka zestawienia to kolejny utwór Epiki – jeszcze lepsze, singlowe Victims of Contigency – oraz pierwszy z siedmiu kawałków Tuomasa. Tutaj mamy także znakomite Shades of Cool Lany del Rey, która również na liście ma sporo piosenek. Nie zabrakło i mocniejszych brzmień: podniosłego, patetycznego utworu Sabatonu, który przemawia do mnie o wiele bardziej niż reszta ich nowej płyty, lekko mroczna Anette Olzon oraz niesamowicie przebojowe Eluveitie. A w dodatku taneczny numer-poprawiacz humoru od Kylie Minogue.

Trzeci utwór Epiki, drugi Tuo, funkowe New York City Lenny’ego Kravitza, radiowy przebój Indili oraz pierwszy (najlepszy) kawałek z ciekawej płyty Foo Fighters – tak w skrócie prezentuje się trzecia dziesiątka mojego zestawienia. Zatrzymać chciałbym się jednak przy Only Human Cheryl. To niewątpliwie najlepsza kompozycja w całej karierze wokalistki. Delikatna, a zarazem mocna. Wzruszająca i emocjonalna. Taka, jaka muzyka piosenkarki powinna być zawsze, a nigdy wcześniej nie była.

  1. Tuomas Holopainen – Dreamtime
  2. Lenny Kravitz – New York City
  3. Cheryl – Only Human
  4. Lykke Li – I Never Learn
  5. Paloma Faith – Only Love Can Hurt Like This
  6. Epica – The Second Stone
  7. Indila – Dernière danse
  8. Trzynasta w Samo Południe – Hell Yeah!
  9. Foo Fighters – Something from Nothing
  10. Mary J. Blige – Right Now

  1. Shakira – Empire
  2. Ariana Grande – Love Me Harder (feat. The Weeknd)
  3. Chris Brown – Autumn Leaves (feat. Kendrick Lamar)
  4. Within Temptation – Edge of the World
  5. Katy B – Crying for No Reason
  6. Anette Olzon – Like a Show Inside My Head
  7. Epica – Sense Without Sanity (The Impverious Code)
  8. Leonard Cohen – Nevermind
  9. Taylor Swift – Clean
  10. Sophie Ellis-Bextor – Cry to the Beat of the Band

Na miejscu 70. mamy najlepszy tegoroczny utwór Shakiry – piękne Empire. Niestety przeboju nie było. Dalej najbardziej sensualna pozycja Ariany Grande, zaskakujący, refleksyjny kawałek Chrisa Browna czy też znakomite, zawierające nawiązania do muzyki arabskiej Nevermind Leonarda Cohena. Nie zabrakło drugiej na liście piosenki Sophie Ellis-Bextor, elektronicznej ballady Katy B oraz Edge of the World. Ta ballada Within Temptation na pierwszy rzut oka (czy może ucha) niczym szczególnym się nie wyróżnia. Moje serce zdobyła jednak niezwykle emocjonalna końcówka.

Gdy pierwszy raz słuchałem albumu Lany del Rey, myślałem: „The Other Woman będzie wysoko, oj wysoko”. Ostatecznie jednak natłok świetnych piosenek zepchnął ten utwór dopiero na pozycję 60. (ale spokojnie, wokalistka ma kompozycje jeszcze wyżej!). Oprócz tego coveru dziesiątkę reprezentują m.in. intrygujący kawałek Curly Heads, dyskotekowy numer Kieszy – spokojnie, nie ten, który znają wszyscy – ballada Epiki, najlepszy kawałek, jaki popełniła FKA twigs, oraz doskonałe, rozbudowane King z repertuaru Eluveitie.

  1. Lana del Rey – The Other Woman
  2. U2 – Iris (Hold Me Close)
  3. Lorde – Yellow Flicker Beat
  4. FKA twigs – Closer
  5. Amy Lee – Can’t Stop What’s Coming (feat. Dave Eggar)
  6. Curly Heads – M.A.B.
  7. Kiesza – No Enemiesz
  8. Eluveitie – King
  9. Banks – You Should Know Where I’m Coming From
  10. Epica – Canvas of Life

  1. Lykke Li – Gunshot
  2. Artur Rojek – Pomysł 2
  3. Katy B – Wicked Love
  4. Fink – White Flag
  5. Delain – Here Come the Vultures
  6. Tuomas Holopainen – The Last Sled
  7. Banks – Fuck Em Only We Know
  8. Jessie Ware – Say You Love Me
  9. Tuomas Holopainen – Go Slowly Now, Sands of Time
  10. Linkin Park – Rebellion (feat. Daron Malakian)

Coraz bliżej najlepszej dwudziestki – coraz lepsze kompozycje. W samym środku stawki mamy zjawiskowy Gunshot Lykke Li. Zaraz za nim ambientowy Pomysł 2 czy znakomity utwór z edycji deluxe płyty Katy B. Nie zabrakło i mrocznego, tajemniczego Here Come the Vultures (jeden z moich przebojów… wakacji), wyśmienitego Rebellion Linkin Park oraz dwóch kolejnych piosenek Tuomasa Holopainena. W tej dziesiątce znajdziemy balladę Go Slowly Now, Sands of Time i orkiestralne The Last Sled.

Na miejscu 40. uplasował się wielki przebój Sii, którego (na szczęście) nikomu nie oddała. Oczko wyżej niewątpliwie najlepszy i najbardziej wzruszający z solowych utworów Dawida Podsiadło. Tutaj mamy także prześwietny remix F for You Disclosure z Mary J. Blige, pierwszy z trzech kawałków Coldplay (pozostałe w TOP20), potężną pozycję Sophie Ellis-Bextor, zadziorne, brudne Sweet Gitchey Rose Lenny’ego Kravitza. No i niepowtarzalny, poruszający numer Sama Smitha – i nie jest to Stay With Me.

  1. Sia – Chandelier
  2. Dawid Podsiadło – 4:30
  3. Epica – In All Conscience
  4. Banks – Goddess
  5. Disclosure – F for You (feat. Mary J. Blige)
  6. Sam Smith – I’m Not the Only One
  7. Sophie Ellis-Bextor – Birth of an Empire
  8. Coldplay – O
  9. Lenny Kravitz – Sweet Gitchey Rose
  10. U2 – Sleep Like a Baby Tonight

  1. Trzynasta w Samo Południe – Behind the Fire
  2. Artur Rojek – Kokon
  3. Nicole Scherzinger – Run
  4. Lana del Rey – Old Money
  5. Xandria – The Undiscovered Land
  6. Marilyn Manson – Deep Six
  7. Mariah Carey – Heavenly (No Ways Tired/Can’t Give Up Now)
  8. Leonard Cohen – Almost Like the Blues
  9. Sophie Ellis-Bextor – Love Is a Camera
  10. The Pretty Reckless – Sweet Things

Na chwilę przed TOP20 swoje przygody z zestawieniem kończą tacy artyści jak Trzynasta w Samo Południe, Artur Rojek z niepokojącym, hipnotyzującym Kokonem czy Sophie Ellis-Bextor z najlepszym kawałkiem w całej swojej karierze (Love Is a Camera). Tu mamy także jedyny w całym zestawieniu utwór Xandrii. Jest to przepiękna ballada The Undiscovered Land. Znalazło się tu także miejsce dla fantastycznych ballad Mariah Carey czy Nicole Scherzinger, a także dla wgniatającego w fotel Sweet Things The Pretty Reckless i znakomitego Deep Six Mansona (jeden z jego najlepszych singli od dawna!).

  1. Tuomas Holopainen – A Lifetime of Adventure

Pierwszy singiel zapowiadający album Tuomasa. Gdy wyszedł, przesłuchałem go… arcydzieło! Słucham po raz drugi… arcydzieło! Dwa dni później słucham go po raz pięćdziesiąty… nadal arcydzieło! Po czasie jednak ochłonąłem i nabrałem do niego dystansu. Ostatecznie miejsce 20., ale to nadal fantastyczny utwór.

  1. Imagine Dragons – Warriors

Jeszcze na początku tego roku nie przepadałem za Imagine Dragons. Jednak teraz wydali cudowne Battle Cry, później Warriors… i jak tu ich nie lubić? Warriors to potężna produkcja. Waleczna, surowa, a jednocześnie jadąca jak czołg, rozgniatając wszystko po drodze.

  1. U2 – The Troubles (feat. Lykke Li)

Najlepsza, a przy tym najbardziej zaskakująca pozycja na nowym albumie U2. Spodziewałem się wielu rzeczy, lecz nie tego, że nagrają utwór z autorką jednego z najlepszych krążków 2014 roku. Efekt ich współpracy to chwytająca za serce kompozycja, która uderza słuchacza swymi emocjami.

  1. Epica – Dreamscape

Na różnych edycjach rozszerzonych The Quantum Enigma Epica poukrywała różne bonusowe nagrania. Wszystkie są świetne, jednak zdecydowanie najbardziej błyszczy Dreamscape. To dosyć nietypowa ballada o bajecznym, poetyckim tekście. Mnie ujęła niezwykle ekspresyjną końcówką.

  1. Tuomas Holopainen – Duels & Cloudscapes

Na swoim albumie poza utworami wokalnymi Tuomas zawarł trzy instrumentalne. Jednym z nich jest właśnie Duels & Cloudscapes. To prawdziwa muzyczna uczta, żonglowanie muzyką symfoniczną, folkowymi naleciałościami, nawet cyrkowymi inspiracjami… Dla mnie to swoiste Scaretale Part 2.

  1. Kari Rueslåtten – Wintersong

Jedna z najprostszych, a jednocześnie najbardziej poruszających ballad tego roku. Samo pianino, cichutki wokal Kari, zimowy klimat i… ciary gwarantowane. Początkowo myślałem, że utwór zajdzie wyżej. Nie udało się, jednak nadal jest to doskonała kompozycja.

  1. Lykke Li – Love Me Like I’m Not Made of Stone

Druga piosenka zapowiadająca album Lykke Li. Z początku może wydać się niedopracowana, nieidealna. I to bodajże jej największy plus. Produkcji właściwie tu nie ma, nagrano samą gitarę akustyczną oraz załamujący się w kilku momentach wokal. Dodając do tego przejmujący tekst, otrzymujemy bodajże najbardziej emocjonalny utwór roku.

  1. Banks – Beggin for Thread

Najpierw wydała znakomite Goddess, później świetne Drowning, w końcu Beggin for Thread. Nie szczędziła nam Banks cudowności przed premierą płyty. Beggin for Thread jest jedyne w swoim rodzaju, bardziej dynamiczne, a przy tym uwodzące i seksowne. Z bardzo zgrabnym tekstem i jak zawsze nienagannym wokalem Banks. Naprawdę trudno się od tego kawałka uwolnić.

  1. Linkin Park – A Line in the Sand

Choć w dyskografii LP dobrych kawałków nie brakuje, A Line in the Sand to bodajże ich największe osiągnięcie. Piosenka łączy w sobie fragmenty spokojne z dynamicznymi, wściekłymi. Na owacje zasłużył Rob – jego bębny brzmią po prostu fantastycznie. Uwielbiam tekst tego nagrania – pełen negatywnych emocji, refleksji nad otaczającym nas, zimnym światem, ale i nadziei. No i w końcu – to, co Mike Shinoda w tym numerze wyprawia (wokalnie)… ech, mistrzostwo!

  1. Coldplay – Oceans

Uważam, że żaden z albumów Coldplay nie dorównuje debiutanckiemu, Parachutes. Obok jednak elektronicznych piosenek na Ghost Stories znalazło się Oceans – cudowny, rozmarzony, akustyczny numer przypominający mi właśnie o debiucie grupy. Nieoceniony prezent. Przez pewien czas uważałem Oceans za najlepszą z nowych piosenek zespołu, ale…

  1. Coldplay – Midnight

…ostatecznie uznałem wyższość Midnight. Co mnie urzekło w tym utworze, to jego inność. Partie wokalne niczym wyjęte z płyty Bon Ivera, elektroniczne brzmienie syntezatorów i laserowej harfy (!), a w dodatku niepowtarzalny klimat. Po części może i zagrożenia (no midnight, nie?), ale przebija się tu i płomyk nadziei. Wspaniała, przestrzenna kompozycja.

  1. Epica – The Essence of Silence

Niesamowity, smyczkowy wstęp ma uśpić naszą czujność. Już po chwili The Essence of Silence przeradza się bowiem w jeden z najbardziej dynamicznych utworów na nowej płycie Epiki. Gitary pięknie tną, większe pole do popisu dostał także Mark, którego growl, jak zawsze, zachwyca. O tekście skłaniającym do refleksji i opowiadającym o kształtowaniu własnej osobowości w sumie nawet nie trzeba wspominać. Wiadomo, że doskonały.

  1. James Newton Howard – The Hanging Tree

Jestem miłośnikiem Igrzysk śmierci i bardzo ciekawiło mnie, jak w filmowej adaptacji Kosogłosa przedstawiony zostanie utwór The Hanging Tree. Ostateczna wersja tej kompozycji przeszła jednak moje najśmielsze oczekiwania. Aranżacja przygotowana przez Jamesa Newtona Howarda we współpracy z grupą The Lumineers zwala z nóg (te smyczki, ten ładunek emocjonalny!), a wisienką na torcie jest wokal Jennifer Lawrence. Nie śpiewa idealnie, lecz idealnie pasuje do tego wyśmienitego numeru.

  1. The Pretty Reckless – House on a Hill

Początkowo House on a Hill nie zachwyciło mnie jakoś szczególnie, bardziej podobały mi się Heaven Knows czy Sweet Things. Jednak później ballada została wybrana na singiel. Nakręcono do niej porażający teledysk, który – choć może i nieprofesjonalny – poruszył mnie do łez. Od tego czasu spojrzałem pod innym kątem na sam utwór. Jest genialny! Delikatne, akustyczne zwrotki zachwycają, lecz dopiero perfekcyjny refren tak naprawdę rozdziera serce.

  1. Lykke Li – No Rest for the Wicked

Love Me Like I’m Not Made of Stone mnie powaliło, lecz No Rest for the Wicked jeszcze bardziej mną (i mym sercem) zawładnęło. Nie przesadzę chyba, jeśli powiem, że to najlepszy z utworów, jakie Lykke kiedykolwiek popełniła. Jest idealną wizytówką płyty I Never Learn. Wokalistka przekazała w nim ogrom emocji – ból, smutek, w pewien sposób i gorycz – natomiast sam kawałek wydaje się bardziej przystępny od pozostałych. A to dzięki jego melodyjnemu, ale mocnemu refrenowi.

  1. Lana del Rey – Cruel World

Otwierająca album Ultraviolence kompozycja Cruel World rozwija się powoli. Lana nigdzie się nie spieszy i opowiada nam smutną historię o chłopaku, który zamiast niej wybrał dobrą zabawę. Jest przy tym niezwykle szczera, a jej głos przyjmuje przeróżne barwy. Punkt kulminacyjny nagrania to jego refren. Brzmienie staje się mocniejsze, bardziej zdecydowane, zaś głos del Rey jakby się załamuje. To naprawdę niesamowita, poruszająca piosenka.

  1. Imagine Dragons – Battle Cry

Tak rozkochiwali mnie w sobie Imagine Dragons. Jeszcze przed znakomitym Warriors wydali lepsze Battle Cry. Utwór promował nową część Transformersów i tylko, by go usłyszeć, poszedłem do kina. Kompozycja jest nieziemska, z początku spokojna i niepozorna. Jednak po pewnym czasie dołączają jednostajne (ale jakże energiczne!) bębny, wokal Dana staje się bardziej drapieżny, zadziorny… I tak dochodzimy do gniewnego refrenu, po którym jedyne, co mogłem wykrztusić, to „wow”.

And the TOP3 is…

  1. Epica – Unchain Utopia

Refren tego utworu mnie zabił. Zabił, powalił, wgniótł w ziemię, zwał jak zwał. A jednocześnie pokazał, że można zrobić chwytliwy, przebojowy utwór, który jednocześnie będzie czymś więcej niż tylko głupkowatym, radiowym kawałek. Unchain Utopia to bowiem jeden z najbardziej podniosłych i patetycznych kawałków na The Quantum Enigma. Instrumentarium i tekst schodzą w nim na drugi plan, całą uwagę słuchacza przykuwa pojawiający się w refrenie majestatyczny i genialny chór.

  1. Tuomas Holopainen – Cold Heart of the Klondike

Druga porażka Tuomasa – po raz drugi był bardzo blisko miejsca 1. i po raz drugi przegrał walkę. Naprawdę, nie wiem, czy dobrze robię, umieszczając go na pozycji 2., najchętniej oba utwory dałbym na sam szczyt. Wracając do samego Tuo – Cold Heart of the Klondike to oczywiście najlepsza kompozycja na jego albumie. Pod wieloma względami: chóry są tu najlepsze, najlepszy jest tu wokal (Tony Kakko wymiata po całości), zapewne również tekst, bo właśnie z tym kawałkiem wkraczamy w mroczniejszą cześć życia Sknerusa McKwacza. Instrumentalnie to również idealna kompozycja, Tuo innych po prostu nie tworzy.

  1. Epica – The Quantum Enigma

W 2009 Epica wydała utwór Kingdom of Heaven. Było to arcydzieło, jedna z największych i najwspanialszych kompozycji, jakie znam. I oczywiście najlepszy utwór roku 2009. W 2014 Epica wydaje drugą część tego utworu, nadaje jej tytuł The Quantum Enigma. I tworzy najlepszy utwór 2014 roku.

The Quantum Enigma to kontynuacja Kingdom of Heaven tylko pod względem tekstu. Ponownie usłyszymy co nieco o iluzjach, o tym, że nasz wszechświat kreowany jest wyłącznie przez nasz umysł, a nawet i nawiązania do… fizyki kwantowej. Melodycznie to dwa różne utwory. The Quantum Enigma jest znacznie bardziej zwarte, chór tybetańskich mnichów stanowi swoistą klamrę kompozycyjną. W środku dzieje się sporo: usłyszymy majestatyczny refren, delikatniejsze zwrotki, doskonały growl Marka, perfekcyjne wokale Simone, jednostajną, ale przyciągającą linię perkusyjną, a nawet nawiązanie do Sensorium z debiutanckiej płyty grupy. To wszystko składa się na najlepszy kawałek roku 2014. Brawo, Epiko, wygrałaś.