Gdybym miał wskazać gwiazdę, która osiągnęła w tym roku największy sukces, nie miałbym żadnych wątpliwości. Ariana Grande. Młoda, niepozorna wokalistka jeszcze rok temu usilnie porównywana do Mariah Carey bije teraz wszelkie billboardowe rekordy. Każdy kolejny singiel staje się przebojem, współpracuje z największymi. I – co najważniejsze – udało jej się bez problemu oderwać od Cat Valentine, postaci granej przez nią w serialu na Nickelodeon. Można, Miley?
Swój debiutancki krążek wydała niemal równo rok temu. Yours Truly było dla mnie sporym zaskoczeniem. Ariana nie sięgnęła po pop i muzykę taneczną. Zamiast tego cofnęła się w czasie i zaprezentowała nam mieszankę r&b oraz soulu. Mimo tego nie wracam do tego albumu zbyt chętnie. Choć charakteryzuje go spójność, bardzo trudno przesłuchać go od początku do samego końca (przesłodzone koszmary w stylu You’ll Never Know czy Better Left Unsaid). Dałem jednak wokalistce kolejną szansę. A ona ją wykorzystała. My Everything to bez wątpienia najlepsza popowa produkcja tego roku.
I’ll give you all I have…
Drugi studyjny album piosenkarki to płyta, na której każda z piosenek mogłaby stać się singlem. Na pewno nie charakteryzuje ich spójność, ale na chaos również narzekać nie możemy. Ariana Grande oferuje nam podróż po różnych muzycznych gatunkach. Obok r&b typowego zarówno dla lat 90., jak i początku XXI wieku mamy tutaj elementy balladowe, nowoczesny pop, a nawet EDM. Co jednak ważne, czarna muzyka wciąż przeważa tu nad popem.
Zaczyna się zaskakująco. Intro to rozmarzona, subtelna kompozycja. Nieco może oderwana od rzeczywistości, ale znakomicie wprowadza nas do My Everything. Zaraz po jej ostatnich taktach słyszymy charakterystyczny trąbkowy hook (nieco podobny do Talk Dirty Jasona Derulo). Piosenka Problem stała się w Stanach sporym przebojem. Ani trochę mnie to nie dziwi. Jest odpowiednio przebojowa, chwytliwa – najbardziej singlowa na krążku. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to wstawka Iggy Azalei. Choć na pewno pomogła numerowi na listach przebojów, to nie wnosi do niego niczego ciekawego. Gdyby jej tu nie było, mógłbym wręcz zanucić one less problem without… Iggy. Lepszą, ale i bardziej komercyjną, propozycją jest drugi singiel. Break Free produkcji Zedda to klubowy banger. Bardziej od samej muzyki zwraca w nim uwagę tekst. Ale do tego jeszcze wrócę.
…and nothing less, I promise!
Choć oba single lubię, to gdybym miał uporządkować kawałki od najlepszego do najsłabszego, to znalazłyby się pewnie gdzieś pod koniec (razem z nijakim Only 1 z deluxe). Pozostałe utwory są inne, lepsze. Choć Ariana pracowała z całą armią producentów, tekściarzy, raperów, słychać tu cząstkę jej. Ciekawy byłem piosenki, którą dla wokalistki stworzył Ryan Tedder. Why Try nie odbiega od innych jego produkcji. To popowa, pościelowa pozycja, która może godnie stać koło najlepszych powerful ballads. W pisaniu One Last Time brał natomiast udział David Guetta. Produkcji się na szczęście nie tknął. Utwór jest taneczny, ale stonowany. Grande brzmi w nim rewelacyjnie. Swoje trzy grosze dorzucili Harry Styles, a także raperzy tacy jak Cashmere Cat, Childish Gambino czy też Big Sean. Nadali oni piosenkom nieco hip hopowego posmaku i swoistej, „Arianowej” pikanterii.
Dwa utwory zupełnie mnie zaskoczyły i nie spodziewałem się usłyszeć ich na płycie niewinnej, uroczej Ariany Grande. Pierwszym z nich jest seksowne Love Me Harder, w którym gościnnie pojawia się The Weeknd. Choć nagranie odbiega od jego solowej twórczości, jego wpływ jest tu mocno wyczuwalny. Uwielbiam refren tego utworu. Jest mocno elektroniczny, ale i hipnotyzujący, uwodzący. Spora tu z pewnością zasługa odważniejszego niż w innych piosenkach tekstu. Drugim zaskoczeniem było dla mnie Hands on Me. Gdybym nie wiedział, że kawałek wykonuje właśnie Ariana, pomyślałbym, że to zagubiona piosenka z początku XXI wieku. Za co ogromny plus.
Ariana nie byłaby jednak sobą, gdyby nie umieściła tu ballad. To bowiem właśnie one stanowiły mocny trzon Yours Truly. Podobnie jest i tutaj. Nie wyobrażam sobie My Everything bez napisanej przez Harry’ego Stylesa ballady Just a Little Bit of Your Heart. Choć utwór, który oddał wokalistce, znaleźć by się mógł na płycie One Direction, nie brzmiałby tam tak dobrze jak tu. Sam tekst jest oczywiście piękny, ale najwięcej uwagi zwraca się na samą artystkę, która brzmi tu zniewalająco. Poza tym utworem mamy tu sensualne (ale nowoczesne i z elementami rapu) Best Mistake oraz tytułowe My Everything stanowiące świetne zakończenie przygody z płytą.
http://www.youtube.com/watch?v=qEYS2EG1KWY
Tekstowo płyta nie stoi na nie wiadomo jak wysokim poziomie. Jednak jak na popowe standardy – jest dobrze. Ciekawie przedstawia się Break Your Heart Right Back. Opowiada o chłopaku, który zdradził Arianę z… innym facetem. Wokalistka nie potwierdzała, czy informacja jest prawdziwa, ale znaczący okazuje się tu sampel z kawałka… I’m Coming Out. W Love Me Harder oraz Hands on Me mamy piosenkarkę silną, kobiecą, uwodzicielską. Bardziej liryczne oblicze ukazuje w Just a Little Bit of Your Heart, gdzie śpiewa, że chciałaby być choćby jedną – jeśli nie jedyną – częścią serca ukochanego. O jego powrót błaga w One Last Time, które jednak wypada dosyć śmiesznie w kontekście poprzedzającego go Problem. Najbardziej podoba mi się strona liryczna w utworze Break Free. Odzywa się tu moja sympatia do hymnów spod znaku „jestem silniejsza, umiem sobie sama poradzić”. Tekst ma mimo tego kilka defektów. Przede wszystkim:
I only wanna die alive
Jakkolwiek by twórcy nie próbowali wmówić słuchaczom, że to metafora, środek stylistyczny – to nadal nie ma sensu. Ale to nie koniec, idziemy do kolejnego wersu:
Never by the hands of a broken heart
(…)
Now that I’ve become who I really are
Poważnie? Maxie Martinie, naprawdę nie musiałeś tu zmieniać gramatyki, żeby się (nadal słabo) rymowało.
This is the part when I break free
Jedyne, do czego rzeczywiście mam zastrzeżenia (poza fragmentami tekstu Break Free), to edycja deluxe. Wyrzucone tam kawałki są nieco bezbarwne i wyraźnie odstają od tych z podstawy (owszem, wy-hype-owane Bang Bang również). A co do reszty – brawo, Ariano. Dawno nie słuchałem tak dopieszczonego popowego (a raczej rhythm and bluesowo-popowego) materiału. Utwory z nowej płyty młodej wokalistki są różnorodne, a przy tym przesadnie od siebie nie odstają. Nie ma się wrażenia, że zostały na jeden krążek wrzucone przypadkiem, a każdy z nich sprawdza się zarówno jako pojedynczy track, jak i część całości. Choć trochę szkoda, że prawdopodobnie nie usłyszymy już następców pięknych Honeymoon Avenue czy Tattooed Heart, nie sposób nie pochwalić rozwoju Grande. Myślę, że jeszcze kilka lat ciężkiej pracy i to właśnie ona może stać się nową księżniczką popu.

