Epica – The Quantum Enigma (2014), recenzja Filipa Wiącka

Kwantowa zagadka. Enigmatyczny kwant. The Quantum Enigma. Zaraz po boskiej okładce to właśnie tytuł albumu momentalnie przykuł moją uwagę. Co członkowie zespołu Epica mieli na myśli? Czyżby chcieli zadać fanom zagadkę nie do rozwiązania? A może tytuł miał naprowadzić nas do jakiegoś przełomowego odkrycia? Nie wiem. Naprawdę. Aczkolwiek obecnie mniej mnie już to interesuje. Zasłuchuję się bowiem w kompozycjach zawartych na The Quantum Enigma.

Epica to zespół wielki i majestatyczny. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, zespołów wykonujących metal symfoniczny. Każdy ich krążek jest bardzo dobry i ma w sobie coś wyjątkowego: The Phantom Agony, od którego wszystko się zaczęło, genialne, dotychczas moje ulubione Consign to Oblivion, koncepcyjne, intrygujące The Divine Conspirancy, potężne Design Your Universe czy w końcu Requiem for the Indifferent. Jeśli jednak miałbym się do któregoś z nich przyczepić, postawiłbym na ostatni. Requiem for the Indifferent nie wzbudziło we mnie takich emocji jak poprzednie płyty Epiki. Czy lekarstwem na ten mały spadek formy miało być The Quantum Enigma? Owszem. Płyta, która miała wynieść Epikę na nowy poziom, wyniosła ją na sam tron.

Dokładną analizę The Quantum Enigma rozpocznę od tekstów. Jak mówiła Simone – wokalistka grupy – miały poruszać po części filozoficzne, ale też naukowe (stąd kwant w tytule) problemy. Grupa skupiła się tym razem na przezwyciężaniu własnych słabości, poprawianiu charakteru i dokonywaniu właściwych życiowych wyborów. I to mi się właśnie podoba. Nie uświadczymy tu banalnych historyjek o niespełnionej miłości. Mamy za to bardzo głębokie, dające do myślenia teksty. Pozwolę sobie zacytować kilka naprawdę znakomitych fragmentów, m.in. z Reverence (Living in the Heart):

To really know yourself, ignore your mind and find yourself again
Life is always challenging

inny z Natural Corruption:

Now that we have come to realize
Realized, sanctified
Our hearts subdued by all those thousand cries

czy w końcu bardzo rozmarzony, lecz też przepiękny cytat z Canvas of Life:

The final page has turned, sending the letter
Come on home
And I’ll sing you the song has painted your canvas of life

Album otwiera majestatyczna, chóralna, przepiękna kompozycja Originem. To niezwykle podniosły i dramatyczny wstęp do całości. Orkiestralny i cudownie wprowadzający do Kwantowej zagadki. Jednocześnie to jeden z najwspanialszych utworów na longplayu. Następujące po nim The Second Stone to już ta Epica, którą znamy i kochamy – mocne, dynamiczne, ale też majestatyczne granie. Gitary, ale i znakomity głos Simone nadają mu nieco mroczny, zachwycający klimat. Do typowo epickich, że tak to ujmę, kawałków należy także dosyć melodyjne Natural Corruption (kojarzy mi się z The Phantom Agony, za co wielki plus), Victims of Contingency (z przebojowym, na swój sposób chwytliwym refrenem) oraz Unchain Utopia, które nie bez powodu stało się singlem. Z pewnością zachęci niejednego fana dobrej muzyki do sięgnięcia po The Quantum Enigma.

I choć wszystkie utwory wymienione w poprzednim akapicie bardzo cenię, nie mogą się równać z pozostałymi na The Quantum Enigma. Pierwszą piosenką, która zupełnie mnie zaskoczyła i powaliła, było The Fifth Guardian. To instrumentalne interlude, w którym zrezygnowano z orkiestry czy typowo rockowego instrumentarium. Słychać w nim natomiast nawiązanie do muzyki orientalnej oraz filmowej. To naprawdę niesamowity przerywnik. Idąc dalej – fantastyczne, dynamiczne kawałki The Essence of Silence i Omen (The Ghoulish Malady), które wyróżniają się jednak spokojnymi początkami. Pierwszy – zagrany na skrzypcach, drugi – cudowny, na pianinie. Powala także długa, rozbudowana kompozycja Sense Without Sanity (The Impverius Code). Jest bardzo różnorodna: raz słyszymy w niej bardzo delikatne i subtelne fragmenty (w klimacie pięknego wstępu), innym razem mocniejsze riffy z growlem Marka. Delikatniej i liryczniej robi się w balladzie Canvas of Life. To bodajże najlepszy popis zdolności wokalnych Simone. Śpiewa nieco niższym, mniej operowym głosem niż w innych piosenkach. Na uwagę zasługuje także sama muzyka: znakomite fragmenty zagrane na gitarze akustycznej, pianinie czy w końcu nieco mocniejsza i naprawdę bardzo emocjonalna końcówka.

Jako jednak, że zwykle najbardziej lubię tę naprawdę długie, ciągnące się (pozytywna cecha!) utwory, tak i tu nie mogłem nie pokochać ostatniej pozycji – The Quantum Enigma (Kingdom of Heaven II). Pod względem tekstowym jest silnie związana z Kingdom of Heaven z albumu Design Your Universe. Lecz jeśli chodzi o samą melodię, to dwa różne nagrania. Majestatyczny chór, który wspaniale sylabizuje The Quantum Enigma, Simone idealnie uzupełniająca muzykę składającą się z kolei głównie ze stopy i gitary rytmicznej. Niektórzy mogą narzekać, że brak tu jakiegoś ewidentnie mocniejszego fragmentu, ale mnie właśnie takie utwory podobają się najbardziej. No a kiedy w refrenie (czy to ma refren?) w tle włącza się delikatne, nienarzucające się pianino… ach, to trzeba pokochać.

Zastanawiałem się nad ewentualnymi minusami The Quantum Enigma. I ja takowych nie widzę! Jak dla mnie to bez wątpienia najlepszy album w całej twórczości Epiki. Jedynie mógłbym ponarzekać, że za mało tu growlu Marka (usłyszymy go tylko w kilku kawałkach, m.in. The Second Stone czy Sense Without Sanity), aczkolwiek niezwykły klimat utworów, wspaniałe, życiowe teksty czy majestatyczne chóry w zupełności wynagradzają mi ten mały kaprys. No i mam teraz spory dylemat. Niby do końca roku jeszcze sporo czasu, ale myśląc o Albumie Roku – jaki to będzie? Tuomas Holopainen czy Epica? Ech, ciężki orzech do zgryzienia.

epica

Czytaj również