Kto jak kto, ale akurat zespół Delain szczęścia nigdy nie miał. Martijn Westerholt po odejściu z Within Temptation (po Mother Earth) postanowił założyć własną grupę. Do tego znalazł kilku innych muzyków. Kapela jednak sukcesu nie osiągnęła. Zresztą trudno się dziwić – w tym samym czasie, w którym debiutowała, powstało mnóstwo około-metalowych zespołów z wokalistką na czele. Żeby się wybić, Delain musieli nagrać coś wybitnego. A niestety, stworzyli tylko coś bardzo dobrego. W dodatku szybko przylgnęła do nich łatka „brakujące ogniwo pomiędzy Within Temptation a Nightwish”. Czy z płytą The Human Contradiction mają szansę wybić się do czołówki metalu symfonicznego?
Debiut Delain – Lucitidy – to bardzo udany krążek. Zespół koła nie wymyślił: nagrał po prostu dobre utwory zahaczające o metal symfoniczny, ale też nieprzesadnie patetyczne. Cenię także drugi longplay grupy. April Rain brzmi dojrzalej, aczkolwiek jest nieco mniej klimatyczny od poprzedniego. W ogóle natomiast nie lubię trzeciej płyty. We Are the Others w porównaniu do interesujących poprzedników wypadł bardzo nijako, przewidywalnie. Ogromnym minusem były także piosenki pokroju Babylon czy Hit Me With Your Best Shot – zbyt proste, niemalże popowe, drętwe po prostu. I choć The Human Contradiction nie dorównuje pierwszym dziełom Delain, słucha się go znacznie lepiej od albumu numer 3.
Plusa zespół ma już na starcie – na The Human Contradiction nie bał się eksperymentować i pójść o krok dalej niż na poprzednich płytach. Efektem tego jest znakomite Here Come the Vultures, które otwiera płytę. Zaczyna się bardzo delikatnie, jednakże już po chwili się rozkręca. Gitary, pianino, ale i to złowrogie la la la nadają mu niezwykle mroczny i tajemniczy klimat. Do bardziej symfonicznych, może nawet nieco gotyckich kawałków należy także The Tragedy of the Commons. Decydują o tym rewelacyjna perkusja, podniosły chór oraz idealnie dopełniający całość growl. Trójkę najlepszych utworów z czwartego krążka Delain uzupełnia przepiękna ballada Scarlet. Prosta, z akompaniamentem samego pianina oraz instrumentów smyczkowych, z ładnym tekstem. No i przede wszystkim cudownie zaśpiewana przez Charlotte.
Obok tych trzech utworów zdecydowanie naprzód wysuwa się kompozycja Your Body Is a Battleground. Jest mocna, dynamiczna, posiada znakomitą solówkę gitarową. Poza tym kontynuuje serię utworów nagranych razem z Marco Hietalą. Poza We Are the Others na każdej płycie grupy znajdziemy jakiś nagrany z nim kawałek. Tu mamy dwa. Drugim jest Sing to Me. To również przebojowa, choć już nieco lżejsza propozycja. Co ciekawe, na wersji rozszerzonej The Human Contradiction znajdziemy obie te piosenki w orkiestralnych wersjach. I o ile Your Body Is a Battleground uwielbiam w oryginale, tak Sing to Me zdobyło moje serce właśnie w orkiestralnej aranżacji. Do często odtwarzanych przeze mnie numerów należy także Tell Me, Mechanist. Głównie za doskonałe delikatniejsze momenty.
Tu jednak dochodzimy do największej bolączki tego longplaya – duża część utworów tak naprawdę rozczarowuje i nie zwraca na siebie uwagi. Bo ile piosenek wymieniłem w poprzednich akapitach? 6? No właśnie. Reszta prezentuje się przy nich dość słabo. Brak im nie tylko magii obecnej w Scarlet oraz Here Come the Vultures, ale też drapieżności Your Body Is a Battleground. A już szczególnie nijakie i nudne są kawałki Stardust i My Masquerade brzmiące niczym echo We Are the Others. Co mnie też – niezbyt pozytywnie – zaskoczyło, to mała ilość elektroniki. Słychać ją w dwóch kawałkach: na początku Don’t Let Go oraz Army of Dolls. W tym pierwszym na szczęście została ograniczona. Nie można tego niestety powiedzieć o Army of Dolls, które momentami brzmi jak na modłę… dyskotekowych hitów lat 90. Mały minus postawiłbym także przy tekstach na The Human Contradiction. Niektóre wypadają bardzo dobrze (Your Body Is a Battleground traktujące o narkotykach, opowiadające o chorobliwym dążeniu do doskonałości i szczupłej sylwetki Army of Dolls), lecz ogólnie są dość zwyczajne i niczym szczególnym się niewyróżniające.
Na rozszerzonym wydaniu The Human Contradiction oprócz studyjnych nagrań znajdziemy kilka piosenek wykonywanych na żywo. Pokazują, że Delain naprawdę ma spory potencjał, a ich kawałki (nawet My Masquerade) w takiej wersji brzmią znacznie lepiej. Same utwory z nowego albumu nie sprawią jednak, że o zespole stanie się głośno. Nadal brak im tego czegoś, co wyróżniałoby ich z tłumu metalowo-symfonicznych grup. Mimo wszystko liczę, że kariera kapeli trwać będzie jeszcze długo i stworzą kolejne dziełka na miarę genialnego Here Come the Voltures czy poruszającego Scarlet.
