Jennifer Lopez to jedna z najbardziej znanych wokalistek przełomu wieków. Razem z Enrique Iglesiasem tworzyła duet z iście hiszpańską krwią, których hity rozbrzmiewały w naszych rozgłośniach radiowych. Próżno szukać osoby, która w tamtym czasie nie tańczyła do Let’s Get Loud czy nie nuciła Waiting For Tonight. Później nie było tak kolorowo, a sama artystka skupiła się na swojej karierze aktorskiej. W 2011 roku postanowiła jednak wydać płytę, która pozwoliła jej powrócić na sam szczyt muzyki popularnej.
Jennifer Lopez – Brave (2007), recenzje Łukasza Mantiuk
Jest kilka takich rzeczy na świecie, których w stanie nie jestem zrozumieć. Właściwie to jest ich bardzo wiele, ale jakoś tę recenzję zacząć musiałem. Jedną z takich rzeczy jest to, dlaczego nikt nie lubi albumu Brave? Wybitny nie jest, ale ma swoje perełki.
Jennifer Lopez – Como ama una mujer (2007), recenzja Łukasza Mantiuk
Nie słucham za wiele albumów, których nie rozumiem. Rozumiem j. angielski, rozumiem j. polski i na tym poprzestańmy. Hiszpańskojęzyczne wydawnictwo Jennifer Lopez jest jednak jednym z wyjątków. Jest to album genialny. I jednocześnie najlepszy w jej karierze muzycznej.
Jennifer Lopez – Rebirth (2005), recenzja Filipa Wiącka
Po komercyjnej porażce (twierdzenie to stawiam pod znakiem zapytania) płyty This Is Me… Then Jennifer Lopez odstawiła na pewien czas muzykę i skupiła się na swej karierze aktorskiej. Jako wokalistka powróciła w 2005. I po raz kolejny poniosła klęskę. Rebirth sprzedało się znacznie gorzej od poprzedników i oprócz krótkiej popularności Get Right nie wylansowano z niego żadnego hitu.
Jennifer Lopez – This Is Me… Then (2002), recenzja Filipa Wiącka
Każdy artysta musi się rozwijać. To fakt, do tego niezaprzeczalny. Do podobnego wniosku doszła i Jennifer Lopez. Poprzednie dwa krążki – On the 6 oraz J.Lo – były wielkimi hitami. Single z nich wydane bardzo często grali w radiu. Wokalistka chciała jednak odciąć się od tanecznych piosenek. Płytą This Is Me… Then pokazała, że stała się dojrzałą artystką.
