Im gorętsza dziewczyna, tym więcej problemów. The Kid LAROI w nowym utworze Hot Girl Problems rozlicza się z miłością do dziewczyny z pozornie idealnym życiem.
Jednak za piękną fasadą kryje się emocjonalna pustka, lęk przed bliskością i potrzeba ciągłej ucieczki. W rzeczywistości bohaterka piosenki nie potrafi zbudować głębokiej relacji, bo zamiast miłości wybiera wygodę, atencję i iluzję niezależności. LAROI śpiewa o tym wprost. Ona imprezuje, wrzuca zdjęcia z fanami, a on zostaje z uczuciem rozczarowania. Dla niego liczy się uczucie, dla niej obrazek.
Niektóre wersy piosenki wydają się bardzo konkretne, co rodzi pytanie: czy utwór opowiada o jego słynnej partnerce, Tate McRae? Kanadyjska gwiazda pop była wielokrotnie widziana na luksusowych jachtach, a w tekście pojawia się wzmianka o robieniu zdjęć z fanami.
W czarno-białym teledysku nie brakuje atrakcyjnych dziewczyn. Pojawiają się HannahFields i IrisKendall z amerykańskiego Love Island. Brak jednak obecności samej Tate.
Czy to celowy zabieg mający podsycić plotki o ewentualnym rozstaniu? Trudno powiedzieć. Może to strategia marketingowa, może coś więcej, a może jedno i drugie.
Niezależnie od spekulacji, HOT GIRL PROBLEMS to udany letni kawałek. Ma chwytliwy klimat z delikatnie melancholijnym podtekstem. Idealny zarówno do tańca, jak i do zamyślenia się przy zachodzie słońca.
Jesień w Warszawie zapowiada się jak ścieżka dźwiękowa do klimatycznego filmu drogi. Na klubowych scenach spotkają się artyści, którzy — choć różnią się brzmieniem — łączy ich zdolność do tworzenia muzyki nastroju: melancholijnej, wycofanej, a jednocześnie poruszającej.
Pale Blue Eyes, Beach Weather, Blue Foundation i Somebody’s Child przywołują ducha indie, który nie boi się mówić o emocjach. Ich koncerty mogą stać się nie tyle wydarzeniem, co doświadczeniem — dla tych, którzy tęsknią, czują, wspominają i chcą uciec choćby na chwilę.
Pale Blue Eyes – taniec z nostalgią
14 września, Klub Mechanik
Angielskie trio Pale Blue Eyes łączy shoegaze’ową melancholię z synth-popową energią i krautrockowym pulsem. Ich najnowszy album New Place to muzyczna opowieść o zmianie i nowym początku – bardziej miejski, ale wciąż emocjonalny. Na żywo tworzą przestrzeń, w której można się na chwilę zatrzymać – i zatańczyć z własną tęsknotą.
Beach Weather – letnia energia z jesiennym refleksem
11 października, Klub Proxima
Choć nazwa sugeruje słońce, muzyka Beach Weather niesie w sobie cień. Ich indie-pop to efektowny miks gitar, pulsującej perkusji i wokali, które brzmią jak strzępki rozmów sprzed lat. Ich koncerty są energetyczne, ale podszyte lekką nostalgią — jak ostatni dzień lata, kiedy już wiesz, że coś się kończy. Utwory takie jak „Sex, Drugs, Etc.” pokazują, że melancholia może mieć chwytliwy refren i rytm do tańca.
Blue Foundation – dźwięk jak mgła
13 października, Klub Hybrydy
„Eyes on Fire” — kto pamięta ten utwór ze „Zmierzchu”, ten zna melancholię Blue Foundation. Duńskie duo operuje w sferze dream popu i ambientu, z dodatkiem trip-hopu i chłodnej elektroniki. Ich koncerty są jak sen: nie wiesz, gdzie się kończy rzeczywistość, a zaczyna wyobraźnia. Zamiast epatować hałasem, stawiają na subtelność. To muzyka idealna do słuchania z zamkniętymi oczami.
Somebody’s Child – irlandzka emocjonalność w wersji indie
9 listopada, Klub Hybrydy
Somebody’s Child to projekt z Dublina, który wyrósł z potrzeby szczerości. Jego muzyka łączy indie-rockowe brzmienia z tekstami o dorastaniu, niepokoju i poszukiwaniu tożsamości. Ich nowy album When Youth Fades Away brzmi jak list do siebie sprzed lat — pełen niepewności, ale też czułości. Występ w Warszawie to część europejskiej trasy, gdzie najważniejsze są emocje i autentyczność. To koncert, po którym się milczy, a nie krzyczy.
Ta jesień nie będzie krzykliwa — będzie subtelna i pełna detali. Pięć koncertów, pięć różnych spojrzeń na emocje, które trudno wyrazić słowami. Pale Blue Eyes, Blue Foundation, Beach Weather i Somebody’s Child nie grają dla tłumów — grają dla tych, którzy słuchają naprawdę.
Jeśli czujesz, że codzienność staje się zbyt głośna — te wieczory mogą być chwilą ciszy, która pozwoli Ci złapać oddech.
Amerykańska grupa rockowa Palaye Royale ponownie zawita do Polski. Już 8 sierpnia 2025 roku zespół wystąpi w krakowskim Klubie Studio, prezentując swoją energetyczną mieszankę glam rocka, punka i alternatywy.
Trio braci Kropp – Remington Leith (wokal), Sebastian Danzig (gitara) i Emerson Barrett (perkusja) – zyskało międzynarodowe uznanie dzięki charyzmatycznym występom na żywo i oryginalnemu stylowi. Palaye Royale Formacja znana jest z łączenia elementów glam rocka, punka i muzyki alternatywnej.
Koncert w Krakowie będzie częścią europejskiej trasy promującej ostatni album zespołu Death or Glory. Fani mogą spodziewać się nowych utworów z albumu jak Ache In My Heart, czy Showbiz. Wybrzmieją również starsze pozycje między innymi Lonely, No Love In LA czy Mr. Doctor Man.
Organizatorem wydarzenia jest agencja Live Nation Polska. Bilety są dostępne na stronie organizatora oraz na ticketmaster.
Nie napiszę tej recenzji, dopóki pisemnie nie opowiem o co chodzi z moją fazą na amerykański zespół Garbage.
Miałam dwa lata, gdy wyszedł kolejny film o fikcyjnym agencie Jamesie Bondzie z Piercem Brosnanem w roli głównej. Do tego dzieła powstał muzyczny motyw przewodni zespołu Garbage – The world is not enough. Ja ten utwór zapamiętałam z czterech powodów – czasem coś obejrzałam, ponieważ mój dziadek lubił takie filmy. Lubię (do dziś) tego aktora, uwielbiam Bondowe numery i wreszcie… przepiękny głos wokalistki zespołu, Shirley Manson. No i finalnie zapomniałam o nich na dwadzieścia pięć lat.
Jeśli myślicie, że to koniec tej historii, to jesteście w błędzie – ale postaram się aż tak wielkiej litanii nie walnąć.
W zeszłoroczne lato jechałam gdzieś samochodem z moim przyjacielem. Przechodziłam nieciekawy okres w swoim życiu, który nie wynikał on wyłącznie z mojej winy. Przyjaciel, na rozluźnienie, puścił mi numer o tytule Stupid girl i pamiętam, że dostałam lekkiego – trochę brzydko pisząc, ale to nic – mindfucka. Bo ja ten głos skądś znałam. Po powrocie do domu poszperałam trochę w Internecie i finalnie połączyłam wszystkie kropki. To byli oni, a więc moja faza (po dwudziestu pięciu latach!) na nich ruszyła z kopyta. Z Garbage mam bardzo podobnie, a nawet tak samo, jak z PJ Harvey. Aż w końcu, któregoś dnia, powiedziałam sobie, że prędzej czy później ich sfotografuję. Parę godzin później ogłoszona została premiera ósmej płyty. Przypadek? Nie sądzę.
Podjarałam się jak pochodnia trzymana przez Michała Wiśniewskiego śpiewającego hit Powiedz. Nawet teraz, pisząc tę recenzję, tkwi we mnie ekscytacja.
30 maja 2025 roku ukazała się ósma płyta amerykańskiej formacji Garbage – Let all that we imagine be the light. Trochę długi tytuł, ale da się zapamiętać (mi się udało). Wcześniej ukazały się dwa single – There’s no future in optimism i Get out my face aka Bad Kitty. Tracklista wydawnictwa ma w sobie dziesięć utworów i nie są one wcale takie krótkie, całość trwa prawie pięćdziesiąt minut. No, to lecimy z tematem.
There’s no future in optimism jest nie tylko pierwszym kawałkiem promocyjnym, ale otwiera również cały krążek. Tytuł singla jest nieco przewrotny, a warstwa tekstowa powstała – między innymi – w ramach swego rodzaju manifestu z powodu brutalnego morderstwa czterdziestosześcioletniego Afroamerykanina George’a Floyda. Kiedy pierwszy raz usłyszałam ten utwór, to lekko się zdziwiłam, jednak na chwilę. Na poprzednich, ciut nowszych płytach były już takie eksperymenty. Dość szybko całość mi siadła, a powtarzalne słowa Future i Love nie mogą wręcz z głowy wyjść. Po tym singlu wiedziałam już, że to będzie dobre wydawnictwo. Do There’s no future in optimism powstał również muzyczny obrazek. Wideo-klip wyreżyserował Benjy Kirkman.
Hold jest czymś niezwykłym. Ciężkie, gitarowe brzmienia połączone z mocnymi uderzeniami w perkusję. No i obłędny wokal Shirley, który mnie rozwala na małe kawałeczki szczególnie w refrenach. Kocham, gdy delikatny głos Manson w odpowiednich momentach pokazuje tak zwanego pazura.
Have we met (The void) to mój absolutny faworyt. Po prostu całe ciało automatycznie zmusza się do tańca i rytmicznego tupania nogami. Mam nawet lekkie skojarzenia z twórczością Depeche Mode i Joy Division – ale, powtarzam, lekkie. Żeby nie było. W ogóle jak w warstwach tekstowych pojawiają się – uzasadnione – przekleństwa, to jakoś tak mocniej wszystko czuć. Szczególnie przy wersach Who the fuck are you? Do I know your name? i Have you motherfuckers been seein’ each other?. No po prostu klękajcie narody! Chciałabym, aby to był następny singiel. Albo, żeby go grali na koncertach. Oszalałabym z radości wówczas. Błagam, niech jedno z tych marzeń – lub wszystko naraz – się ziści!
Podobnie mam z utworem Radical, w którym słyszymy tytuł całego krążka. Powtarzalny wers All you gotta do, you gotta do przypomina mi nieco fragment tekstu już starszej piosenki z repertuaru Garbage, czyli You look so fine (tam słyszymy over and over). Być może to sprawiło, iż przeszła w mojej głowie taka myśl – a co jeśli zrobić z Radical kolejnego singla? Podejrzewam, że my w ogóle nie doczekamy się następnych numerów promocyjnych, ponieważ trochę czasu od premiery już minęło. Aaaleee… kto wie?
The day that I met God jest najdłuższym utworem z całego krążkaLet all that we imagine be the light i najbardziej osobistym. Zespół opowiada, że powstawał on w momencie, gdy wokalistka miała problemy zdrowotne i walczyła z nimi. Ja sama uroniłam kilka łez w trakcie słuchania. Choć linia melodyczna wcale takich emocji nie zapowiada. Tu trzeba po prostu się wsłuchać.
Czas na podsumowanie. Let all that we imagine be the lightzespołu Garbage to album upragniony, zwłaszcza, że w tym roku świętują swoje trzydziestolecie istnienia na światowym rynku muzycznym. Jest to połączenie dość sporej świeżości z nutką nostalgii, takie kompletne wydawnictwo. I tu chciałabym krótko napisać o co mi chodziło z tytułem tej recenzji. Otóż, kapela we wrześniu wyruszy w trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Swoje tourne nazwali Happy endings i duża część fanów doszukiwała się skojarzeń z tekstem pochodzącym od piosenki You look so fine (o której też wspomniałam). Istnieje jednak obawa, że to może być faktycznie koniec – tylko czego? Przyznaję, jestem niepoprawną optymistką i wierzę w przewrotność tej nazwy. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę wiek chłopaków (na przykład Duke ma już 74 lata), ale jak tak patrzę na inne zespoły, które mają wiecznie pożegnalne trasy i co chwilę pojawiają się jakieś nowe daty… to może będzie podobnie z Garbage? No chyba, że będą koncertować okazyjnie. Nie uważam również, aby ta płyta była ich ostatnią w dyskografii. Oraz wreszcie: mieliby nie pożegnać się z Europą? Błagam. W tym roku, jak sami zdążyli swoich fanów poinformować, nie ma opcji na europejskie koncerty – ale może w przyszłym? Oby. Już nieważne u jakiego sąsiada – rzucam wszystko w cholerę, jadę, fotografuję, wspaniale się bawię i przekazuję rysunek. (albo rysunki, jak się czasowo wyrobię)
Pozostało mi – i nam – zabijać czas, bo wszystko się może zdarzyć (gdy głowa pełna marzeń), słuchając najnowszego dzieła Shirley, Duke’a, Steve’a i Butcha.
To kolejny zwiastun jego nowego albumu Guitar, zaraz po singlu Home. Razem z kawałkiem ukazał się teledysk nakręcony przez samego DeMarco.
Album Guitar ukaże się już 22 sierpnia. To szósty krążek w dorobku kanadyjskiego muzyka. Mac DeMarco w pełni odpowiada za wszystkie teksty, nagrania i produkcję. Wsparcia nad masteringiem użyczył David Ives.
Jak zdradza sam DeMarco, płyta jest najbliższym odzwierciedleniem obecnego etapu w jego życiu, jakie udało mu się przekazać słowami.
Wiosną 2026 roku Mac DeMarco wyruszy w trasę koncertową promującą album.