Nie napiszę tej recenzji, dopóki pisemnie nie opowiem o co chodzi z moją fazą na amerykański zespół Garbage.

Miałam dwa lata, gdy wyszedł kolejny film o fikcyjnym agencie Jamesie Bondzie z Piercem Brosnanem w roli głównej. Do tego dzieła powstał muzyczny motyw przewodni zespołu Garbage – The world is not enough. Ja ten utwór zapamiętałam z czterech powodów – czasem coś obejrzałam, ponieważ mój dziadek lubił takie filmy. Lubię (do dziś) tego aktora, uwielbiam Bondowe numery i wreszcie… przepiękny głos wokalistki zespołu, Shirley Manson. No i finalnie zapomniałam o nich na dwadzieścia pięć lat.
Jeśli myślicie, że to koniec tej historii, to jesteście w błędzie – ale postaram się aż tak wielkiej litanii nie walnąć.
W zeszłoroczne lato jechałam gdzieś samochodem z moim przyjacielem. Przechodziłam nieciekawy okres w swoim życiu, który nie wynikał on wyłącznie z mojej winy. Przyjaciel, na rozluźnienie, puścił mi numer o tytule Stupid girl i pamiętam, że dostałam lekkiego – trochę brzydko pisząc, ale to nic – mindfucka. Bo ja ten głos skądś znałam. Po powrocie do domu poszperałam trochę w Internecie i finalnie połączyłam wszystkie kropki. To byli oni, a więc moja faza (po dwudziestu pięciu latach!) na nich ruszyła z kopyta. Z Garbage mam bardzo podobnie, a nawet tak samo, jak z PJ Harvey. Aż w końcu, któregoś dnia, powiedziałam sobie, że prędzej czy później ich sfotografuję. Parę godzin później ogłoszona została premiera ósmej płyty. Przypadek? Nie sądzę.
Podjarałam się jak pochodnia trzymana przez Michała Wiśniewskiego śpiewającego hit Powiedz. Nawet teraz, pisząc tę recenzję, tkwi we mnie ekscytacja.
30 maja 2025 roku ukazała się ósma płyta amerykańskiej formacji Garbage – Let all that we imagine be the light. Trochę długi tytuł, ale da się zapamiętać (mi się udało). Wcześniej ukazały się dwa single – There’s no future in optimism i Get out my face aka Bad Kitty. Tracklista wydawnictwa ma w sobie dziesięć utworów i nie są one wcale takie krótkie, całość trwa prawie pięćdziesiąt minut. No, to lecimy z tematem.
There’s no future in optimism jest nie tylko pierwszym kawałkiem promocyjnym, ale otwiera również cały krążek. Tytuł singla jest nieco przewrotny, a warstwa tekstowa powstała – między innymi – w ramach swego rodzaju manifestu z powodu brutalnego morderstwa czterdziestosześcioletniego Afroamerykanina George’a Floyda. Kiedy pierwszy raz usłyszałam ten utwór, to lekko się zdziwiłam, jednak na chwilę. Na poprzednich, ciut nowszych płytach były już takie eksperymenty. Dość szybko całość mi siadła, a powtarzalne słowa Future i Love nie mogą wręcz z głowy wyjść. Po tym singlu wiedziałam już, że to będzie dobre wydawnictwo. Do There’s no future in optimism powstał również muzyczny obrazek. Wideo-klip wyreżyserował Benjy Kirkman.
Hold jest czymś niezwykłym. Ciężkie, gitarowe brzmienia połączone z mocnymi uderzeniami w perkusję. No i obłędny wokal Shirley, który mnie rozwala na małe kawałeczki szczególnie w refrenach. Kocham, gdy delikatny głos Manson w odpowiednich momentach pokazuje tak zwanego pazura.
Have we met (The void) to mój absolutny faworyt. Po prostu całe ciało automatycznie zmusza się do tańca i rytmicznego tupania nogami. Mam nawet lekkie skojarzenia z twórczością Depeche Mode i Joy Division – ale, powtarzam, lekkie. Żeby nie było. W ogóle jak w warstwach tekstowych pojawiają się – uzasadnione – przekleństwa, to jakoś tak mocniej wszystko czuć. Szczególnie przy wersach Who the fuck are you? Do I know your name? i Have you motherfuckers been seein’ each other?. No po prostu klękajcie narody! Chciałabym, aby to był następny singiel. Albo, żeby go grali na koncertach. Oszalałabym z radości wówczas. Błagam, niech jedno z tych marzeń – lub wszystko naraz – się ziści!
Podobnie mam z utworem Radical, w którym słyszymy tytuł całego krążka. Powtarzalny wers All you gotta do, you gotta do przypomina mi nieco fragment tekstu już starszej piosenki z repertuaru Garbage, czyli You look so fine (tam słyszymy over and over). Być może to sprawiło, iż przeszła w mojej głowie taka myśl – a co jeśli zrobić z Radical kolejnego singla? Podejrzewam, że my w ogóle nie doczekamy się następnych numerów promocyjnych, ponieważ trochę czasu od premiery już minęło. Aaaleee… kto wie?
The day that I met God jest najdłuższym utworem z całego krążka Let all that we imagine be the light i najbardziej osobistym. Zespół opowiada, że powstawał on w momencie, gdy wokalistka miała problemy zdrowotne i walczyła z nimi. Ja sama uroniłam kilka łez w trakcie słuchania. Choć linia melodyczna wcale takich emocji nie zapowiada. Tu trzeba po prostu się wsłuchać.
Czas na podsumowanie. Let all that we imagine be the light zespołu Garbage to album upragniony, zwłaszcza, że w tym roku świętują swoje trzydziestolecie istnienia na światowym rynku muzycznym. Jest to połączenie dość sporej świeżości z nutką nostalgii, takie kompletne wydawnictwo. I tu chciałabym krótko napisać o co mi chodziło z tytułem tej recenzji. Otóż, kapela we wrześniu wyruszy w trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Swoje tourne nazwali Happy endings i duża część fanów doszukiwała się skojarzeń z tekstem pochodzącym od piosenki You look so fine (o której też wspomniałam). Istnieje jednak obawa, że to może być faktycznie koniec – tylko czego? Przyznaję, jestem niepoprawną optymistką i wierzę w przewrotność tej nazwy. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę wiek chłopaków (na przykład Duke ma już 74 lata), ale jak tak patrzę na inne zespoły, które mają wiecznie pożegnalne trasy i co chwilę pojawiają się jakieś nowe daty… to może będzie podobnie z Garbage? No chyba, że będą koncertować okazyjnie. Nie uważam również, aby ta płyta była ich ostatnią w dyskografii. Oraz wreszcie: mieliby nie pożegnać się z Europą? Błagam. W tym roku, jak sami zdążyli swoich fanów poinformować, nie ma opcji na europejskie koncerty – ale może w przyszłym? Oby. Już nieważne u jakiego sąsiada – rzucam wszystko w cholerę, jadę, fotografuję, wspaniale się bawię i przekazuję rysunek. (albo rysunki, jak się czasowo wyrobię)
Pozostało mi – i nam – zabijać czas, bo wszystko się może zdarzyć (gdy głowa pełna marzeń), słuchając najnowszego dzieła Shirley, Duke’a, Steve’a i Butcha.

