Kayah zaprezentowała nowy singiel Dzisiaj przychodzi on – wyjątkowy prezent dla fanów, przygotowany z okazji 30-lecia wydania legendarnego albumu Kamień.
Utwór to całkowicie nowa propozycja w dorobku artystki, a zarazem subtelny ukłon w stronę jej muzycznych początków. Dzisiaj przychodzi on to zmysłowa kompozycja łącząca jazzową elegancję z charakterystycznym, pełnym emocji wokalem Kayah.
Pierwszy album wokalistki do którego nawiązuje w utworze – Kamień, ukazał się 5 listopada 1995 roku, dokładnie w dniu jej urodzin. To właśnie ten krążek przyniósł Kayah pierwszego Fryderyka w kategorii Wokalistka Roku 1996.
Z okazji jubileuszu płyta Kamień doczekała się rocznicowej reedycji. Odświeżone wydanie ukaże się 7 listopada – w nowej szacie graficznej i z dodatkowym, premierowym utworem.
Jeśli Ed Sheeran śpiewający po polsku Azizam z herbem Legii Warszawy w tle nie znalazł się na waszej tegorocznej bingo karcie, to czas ją zaktualizować. Zobaczcie, jak internetowy żart stał się rzeczywistością.
Wszystko zaczęło się w sierpniu, kiedy Ed Sheeran odwiedził Wrocław w ramach trasy koncertowej. W przerwie między występami artysta postanowił zwiedzić miasto, co szybko zakończyło się viralem. Spotkał go wtedy polski tiktoker Łatwogang, który zapytał Sheerana, za ile polubień nagrałby z nim wspólny kawałek. Odpowiedź brzmiała: „za milion”. Nagranie zdobyło ponad półtora miliona polubień, a Ed słowa dotrzymał.
W sieci już pojawiła się polska wersja utworu Azizam, w której artysta śpiewa po polsku refren piosenki. Niespełna dwuminutowa wariacja zawiera również oryginalne wersy, które napisał Łatwogang.
Gdy będzie zimno, oddam ci koc albo może nagram numer z Sheeranem, kochanie.
Całość dopełnia równie absurdalny teledysk – dwóch panów w roli głównej, a za nimi memiczne tło.
David Guetta ponownie udowadnia, że potrafi łączyć światy i brzmienia, których nikt wcześniej by nie zestawił. W swoim nowym singlu Gone Gone Gone zaprosił do współpracy Teddy’ego Swimsa i Tones And I. Efektem ich spotkania jest pełen emocji utwór o toksycznej miłości, w którym taneczna energia miesza się z soulową szczerością i popową przebojowością.
Teddy Swims wprowadza słuchacza swoim charakterystycznym, chropowatym głosem, a Tones And I odpowiada mu z równą siłą, tworząc duet o nieprawdopodobnej intensywności. Wspólnie opowiadają o miłości, od której nie da się uciec.
DavidGuetta przyznał, że współpraca z obojgiem wokalistów była magiczna i podkreślił, że jest pod wrażeniem talentu Teddy’ego i Tones. Trudno się z nim nie zgodzić.
Gone Gone Gone ukazało się w momencie, gdy David Guetta świętuje kolejny rekordowy rok. Został właśnie po raz piąty uznany za Najlepszego DJ-a Świata przez DJ Mag, a jego spektakularne show na Stade de France przyciągnęło ponad 240 tysięcy fanów. Teddy Swims kontynuuje światową trasę, a Tones And I także nie zwalnia tempa i udowadnia, że jej głos wciąż potrafi zaskakiwać świeżością.
Gone Gone Gone to spotkanie trzech wyjątkowych muzycznych osobowości, które w jednym utworze łączą pasję, siłę i szczere emocje. To piosenka o miłości, której nie da się okiełznać, o uczuciu tak intensywnym, że trudno się od niego oderwać. Podobnie jak od samego utworu, który wciąga od pierwszych sekund i nie daje o sobie zapomnieć. Na szczęście nigdzie nie ucieka, bo jest dostępny na wszystkich platformach streamingowych.
Mimo, że odizolowała się na jakiś czas od celebryckich ścianek, Julia Wieniawa wciąż pozostaje jedną z najczęściej komentowanych w polskim Internecie artystek, które w bezpardonowy sposób polaryzują widownię. Podczas gdy jedna połowa Polski uparcie zaprzecza, że ta dziewczyna ma jakikolwiek talent, a druga połowa boi się głośno przyznać, że ma go w nadmiarze, Julia konsekwentnie udowadnia na każdym kroku, że nie jest tylko celebrytką znaną z plotkarskich portali, lecz ma do zaoferowania znacznie więcej kolorytu niż przeciętna śpiewająca celebrytka. Trzeba przyznać, że niewielu jest w Polsce artystów, którzy, brylując w głównym nurcie muzycznym, potrafią wzbudzać tak duże zainteresowanie swoją osobą, a jednocześnie wydawać wartościową i nieszablonową muzykę. Julia Wieniawa, która w przerwie od kupowania kolejnych nieruchomości postanowiła podzielić się ze słuchaczami nowym wydawnictwem, udowadnia, że potrafi też realizować swoje artystyczne ambicje.
Po wielu zawirowaniach w życiu prywatnym i zawodowym Julia wreszcie skompletowała materiał, który zaprezentowała w postaci albumu zatytułowanego Światłocienie. Na nowy krążek przyszło nam czekać ponad trzy lata, ale – jak przyznaje sama artystka – podejść do drugiego albumu było aż trzy. W tym czasie Wieniawa ugruntowała swoją pozycję na rynku muzycznym i udowodniła, że muzyka to nie chwilowa zachcianka, lecz kierunek, w którym planuje konsekwentnie podążać. I jak dotąd idzie jej bardzo dobrze.
Wyczekiwałem tego albumu już od premiery pierwszego singla. Julce wreszcie udało się dotrzeć z nim do radia i zdawało się, że artystka mocno skręci w stronę radiowego popu. I absolutnie nie ma w tym nic złego – obecnie polski mainstream znajduje się w głębokim kryzysie, a dobrego popu jest u nas jak na lekarstwo. Utwory Nic nie zmieni?, Nad morze oraz Popłyniemy rzeczywiście zwiastowały najbardziej popową erę artystki. Jak się jednak okazało, żaden z tych numerów ostatecznie nie trafił na album.
Zdecydowanie czuć, że artystka miała wizję, jaki album chce stworzyć. W wywiadach powoływała się na twórczość FKA twigs i Sevdalizy, które miały być dla niej inspiracją do stworzenia nowej muzyki. Finał tej próby jest taki, że poznajemy dwa oblicza Julii – jedno bardzo sensualne i zadziorne, ukazane za pomocą klubowych, elektronicznych brzmień, okraszonych odważnymi, bezpośrednimi i nonszalanckimi tekstami, drugie z kolei – nostalgiczne, wyważone, skłonne do refleksji, przejawiające się w lekkich, spokojnych melodiach oraz pełnych przemyśleń wersach. Te światła i cienie idealnie spaja jednak obserwacja rzeczywistości, analiza i wyciągane z niej wnioski, które Julia zamienia w piosenki.
Pierwszy singiel, a zarazem utwór otwierający album – Sobą tak – świetnie wprowadza słuchacza w klimat krążka. Artystka przyznaje, że wers „Jeszcze nigdy się nie czułam sobą tak” idealnie podsumowuje moment życia, w jakim się znajduje. Kolejny utwór – Kocham – doskonale dopełnia przesłanie, które zarysowało się po pierwszym kawałku: Julia śpiewa o pewności siebie, samoakceptacji, odwadze w wyrażaniu emocji i w budowaniu relacji z samym sobą a przy okazji celebruje kobiecość oraz niezależność. Z pewnością niejednej osobie trudno będzie uwierzyć, że ktoś taki jak Julia Wieniawa mierzy się z kompleksami. Szczególnie Kocham może być utworem, po którym wielu słuchaczy i słuchaczek pomyśli, że nie dziwi się wokalistce, iż kocha każdą część swojego ciała i taką piosenkę powinien śpiewać ktoś, kto rzeczywiście może mieć problem z zaakceptowaniem samego siebie. Trzeba jednak przyznać, że Kocham niesie uniwersalne przesłanie – jest manifestem i hołdem oddanym zarówno niedoskonałościom, jak i doskonałościom ludzkiego ciała.
Na ustach, Będę tam i Wybaczam to utwory, z których wybrzmiewa prawda o osobistych przeżyciach artystki. Słychać, że wokalistka miała o czym pisać i co analizować. W Wybaczam, gdzie Julia pokazuje swoje największe atuty wokalne i delikatnie „poleruje” głosem każdy wers, czuć pewnego rodzaju katharsis oraz chęć oczyszczenia głowy po nieprzyjemnych, wyczerpujących psychicznie doświadczeniach. Swoją subtelną narrację artystka kontynuuje na kolejnym utworze – Kolor. Julia opowiada w nim o zmianach, jakie zachodzą w każdym z nas, oraz o procesie kształtowania własnej tożsamości.
Na szczególną uwagę zasługuje ostatni, na ten moment, singiel z płyty – Skoki w bok. Wieniawa, jakby chcąc potwierdzić przesłanie płynące z wcześniejszego numeru, zaskakuje i pokazuje całkiem nowe oblicze. To utwór, w którym naprawdę dzieje się dużo dobrego. Przede wszystkim tekst – prosty, ale treściwy i konkretny. Artystka demaskuje schematy relacji, w które często wpadamy, nie ocenia jednak, a jedynie punktuje pewne zachowania, myśli i emocje. Całość brzmi bardzo świeżo i zdecydowanie wyróżnia się na tle albumu jako jego najmocniejszy punkt. Interesujące outro tego utworu zostało świetnie wykorzystane w teledysku, którego nie sposób nie docenić ze względu na ogrom pracy, wizję i estetyczne wykonanie. W czasach miernych produkcji teledyskowych w Polsce takie obrazki zdecydowanie zasługują na oklaski.
Podobną tematykę Julka porusza w Tanich komplementach – bardzo tanecznym, sensualnym numerze, który wprowadza w klimat kolejnego utworu, Tańcz jak ci zagram. Oprócz Wieniawy możemy w nim usłyszeć Dziarmę. Od razu słychać tu wiele eksperymentów – nie tylko w warstwie muzycznej, lecz także wokalnej. Pojawiają się modulacje i zabawa autotune’em. To kolejny track, na którym Julka próbuje czegoś nowego i zaskakuje awangardowymi – jak na polski pop – rozwiązaniami.
U mnie to, moim zdaniem, drugi najlepszy utwór z albumu. Głos Julii wprowadza słuchacza w nowy wymiar doświadczenia, a nieoczywista zmiana tempa w refrenie nadaje całej kompozycji nostalgiczną, zmysłową i oniryczną aurę. Subtelność, którą Wieniawa uwiodła mnie na Omamach, pojawia się tu w jeszcze większym natężeniu. Szybko jednak wracamy do tej mrocznej i zadziornej Julii, bo następny utwór – Lubię – to piosenka, w której wybrzmiewa frywolność i bezwstydna kokieteria. Bardzo doceniam, że artystka nie bała się pisać wprost o pożądaniu i o „chodzeniu do kina, ale nie na film”. Podoba mi się ta odwaga i nazywanie rzeczy po imieniu. Zuchwale i stanowczo, niczym w stylu współczesnych raperów i raperek, Wieniawa wykłada kawę na ławę, nie myśli o konsekwencjach, poniekąd prowokując i uwodząc.
Spójność tematyczną albumu dobrze obrazuje utwór Nie będziemy tęsknić, ale w tym momencie odbiorca mógłby się zatrzymać i zarzucić Julii monotematyczność, bo dostajemy kolejną piosenkę o przelotnych relacjach. Artystka śpiewa w niej o wyzbyciu się emocjonalnego przywiązania do drugiej osoby i skupieniu się wyłącznie na fizycznym zaspokajaniu swoich potrzeb – „Jestem tu na chwilę, kocham moje błędy”. Porównując wcześniejsze Lubię do Nie będziemy tęsknić, tutaj podmiot wykazuje się większą autorefleksją – patrzy trzeźwo na sytuację, w której się znajduje, zwracając uwagę, że kieruje się wyłącznie chwilową przyjemnością. W tym wszystkim wyczuwalna jest przede wszystkim świadomość i akceptacja popełnianych błędów.
Album zamykają dwa optymistyczne utwory – Szpilki oraz Od nowa. Ten pierwszy utwór budzi skojarzenia z Arianą Grande, przypominając nieco jej ostatnie kawałki. Gdyby dorzucić do niego jeszcze Julię Rocką, Julię Żugaj (gdyby potrafiła śpiewać), Julię Marcell, Julię Pietruchę i Julię Kamińską to powstaje enklawa, która mogłaby śmiało starać się o niezależność administracyjną. Mimo tego, skład tych trzech Julek i tak zacny, a kawałek buja od pierwszej do ostatniej nuty. Przy finałowym numerze można pobujać się dalej, bo Od nowa to bardzo klubowy numer, z pozytywną puentą, emanujący nadzieją i pewnością siebie. Ta piosenka jest jak długo wyczekiwany wydech i ulga – nie dlatego, że jest ostatnia, lecz dzięki optymistycznemu spojrzeniu w przyszłość. Idealnie domyka cały album.
Muszę przyznać, że każdy utwór sprawił mi ogromną frajdę i z ciekawością czekałem, co artystka zaprezentuje w kolejnym. Julia zaskakuje, a przy tym pozostaje bezkompromisowa i konsekwentna – cały materiał jest niezwykle spójny: tematycznie, stylistycznie i kompozycyjnie. Bezpośrednie, ale niebanalne teksty, chwytliwe, lecz nieoczywiste melodie i świetna produkcja sprawiają, że Światłocienie to pop na bardzo wysokim poziomie, którego w naszym kraju zdecydowanie brakuje. W zalewie miałkich, powtarzalnych i nijakich radiówek dobrze trafić na album, który – mimo mainstreamowego brzmienia – wykazuje się kreatywnością, wprowadza nową jakość, a przy tym jego cała otoczka wizualna jest przemyślana i dopracowana. Julia mimo tego, że zdarza jej się pleść w wywiadach czasem różne głupoty, to w jej tekstach biedy zdecydowanie nie ma.
W porównaniu z Omamami, Światłocienie są bardziej bezpruderyjne, zmysłowe, nieco aroganckie, odważne i samoświadome. W swojej kategorii album spełnia wszystkie wymogi girlypopu, ale nie popada w pretensjonalność. Tematycznie skupia się głównie na relacjach – z partnerami, otoczeniem i samą sobą. Można dyskutować, że mógłby być mniej monotematyczny i zarzucić mu ograniczenie tekstów do jednej płaszczyzny i do jednej tematyki. Jednak moim zdaniem, gdyby pojawiły się na nim inne treści, całość straciłaby na spójności i wiarygodności, a zbyt manieryczna i kwiecista forma zaburzyłaby przekaz i koncepcję. Taka niepokorna Julia, która opowiada o swoich relacjach w bezkompromisowy i prowokacyjny sposób, naprawdę mi się podoba. Liczę na to, że kolejny album będzie jeszcze odważniejszy i bardziej eksperymentalny, bo skoro polskiej publiczności wciąż tak trudno docenić ją za twórczość, to Julia nie ma już nic do udowadniania – może się jedynie realizować i bawić muzyką.
Stan Zapalny rozpoczął kolejny muzyczny rozdział w swojej karierze. Tym razem w wytwórni Warner Music Poland wydał dwa nowe single Lubię Kłopoty i Nie umiem czekać. W rozmowie wokalista opowiedział o samych utworach, a także o niedawnych podróżach, które odbył w czasie wydawania piosenek.
Stan Zapalny, źródło: materiały prasowe Warner Music Poland
Julia Maciąg: Ostatni raz rozmawialiśmy rok temu. Co się u Ciebie zmieniło od tamtego czasu?
Stan Zapalny: Bardzo dużo. Podpisałem kontrakt z nową wytwórnią i wydałem piosenkę. Tak naprawdę stworzyłem mnóstwo piosenek w tym czasie. Napisałem maturę i zdałem też prawo jazdy. I wiele innych.
JM: Jeśli chodzi o te piosenki, to ile ich stworzyłeś?
Stan Zapalny: Na pewno ponad sto. Wydaje mi się, że jakieś sto dwadzieścia, sto trzydzieści.
JM: Naprawdę? Niesamowite. To tak jak Ariana Grande prawie napisała trzysta na Sweetener.
Stan Zapalny: Faktycznie dużo pisałem, bo też nie byłem w studiu przez długi czas i tak nazbierało się tego wszystkiego.
JM: No właśnie, jednym z singli, które wydałeś już pod szyldem Warnera jest Lubię Kłopoty. Właściwie, dlaczego je lubisz?
Stan Zapalny: Dlaczego je lubię? Bo uzależniają. „Lubię Kłopoty” to jest taka adrenalina. Wydaje mi się, jak tworzę muzykę, też czuję tę adrenalinę. Jak jakieś życiowe wybory podejmuję, to też ta adrenalina ma jakieś znaczenie dla mnie. Ale „Lubię Kłopoty” to taki trochę przewrotny tutaj tytuł. Dlatego, że czasami jest okej, jak lubię te kłopoty, to czasami też ironicznie one lubią mnie i wpadam w nie przypadkiem.
JM: Można też wyczytać z Twojego Instagrama, że to „piosenka o uzależnieniu od chaosu, który kusi bardziej niż spokój.” Jak definiujesz ten cały chaos i co sprawia, że on staje się taki uzależniający?
Stan Zapalny: Oj, to jest bardzo konkretny mój przykład. Ale nie chciałem nikomu narzucać, co oni będą konkretnie myśleli, myśląc o tym chaosie. Dla mnie tym chaosem trochę była branża muzyczna. Jakby nie było, jest to taki chaos, wydaje mi się, który jest uzależniający, niekiedy toksyczny. Jakieś kontrakty i takie mocno biznesowe podejście do muzyki czasami jest wciągające. Też bycie granym w radiach też wciąga, jest to taki też chaos.
Dla mnie konkretnie na dzień dzisiejszy to jest ten chaos, o którym myślę, który mnie wciąga. Ale też jest wiele innych chaosów. Miałem jakieś relacje z innymi osobami, które faktycznie też były takim chaosem dla mnie, też takim toksycznym, który wciągał i uzależniał.
Wydaje mi się też, że dużo osób może tak to bardziej czytać, ponieważ nie chciałem też nikomu narzucać co ma konkretnie, myśląc, śpiewając czy słuchając tę piosenkę.
JM: Dlaczego uważasz, że „błędy cię lubią”? Czy to jest takie wzajemne przyciąganie się, skoro ty lubisz kłopoty, a błędy Cię lubią?
Stan Zapalny: Trochę tak. Wydaje mi się, że popełniam bardzo dużo błędów. Czy to w szkole, czy to związanych z wyborem mojej dalszej ścieżki muzycznej. Pisałem te błędy trochę żaląc się, bo akurat w tym momencie miałem takie, których żałowałem. Ale na dzień dzisiejszy jestem okej z nimi. Trzeba popełniać błędy, żeby być gdzieś indziej w innym miejscu i nauczyć się żyć na tych błędach. Mam już z nimi określone podejście, jak lubię kłopoty, tak że już powiedzmy, że się nawzajem lubimy i się utrzymam z siebie.
JM: A jakie są konsekwencje według ciebie życia, w którym „jest nas za dużo na pokaz”?
Stan Zapalny: Kompleksy. Jak jest za dużo nas na pokaz, wiadomo, że każdy chce pokazać najlepszą stronę siebie tak naprawdę przy innych i zapominamy czasem o tej takiej prawdziwej stronie, typu emocjonalnej, bo nie zawsze jest łatwo się otworzyć przed tym takim idealnym światem i ludźmi na pokaz tak naprawdę. No bo jak to są ludzie bez skazy, no to nie czujemy się bezpiecznie dzieląc się swoimi przemyśleniami i emocjami.
Jest nas za dużo na pokaz, jeśli chodzi o ubrania, jeśli chodzi o takie rzeczy, to potem też my mamy takie niebezpieczne wzorce, które staramy się powtarzać i są takie abstrakcyjne rzeczy. Też nawiązywałem trochę do operacji plastycznych, bo oglądałem ten film „Substancja”. Nie podobał mi się ten film, ale dał mi dużo do myślenia. I właśnie też o tych operacjach myślałem. No i tak ja myślę negatywnie o konsekwencjach z nimi związanymi.
JM: Masz ogromny sentyment do podróżowania i jest to dosyć mocno widoczne między innymi na Twoim Instagramie, ale też w Twoich piosenkach. Czy dalej chcesz tworzyć piosenki o podróżach albo je przeplatać?
Stan Zapalny: Jest to taka nieodłączna część mnie i te podróże na pewno mnie kształcą cały czas. Cały czas dzieją się tam jakieś ciekawe historie, które stają się potem inspiracjami tych piosenek. Nie będę mówił, że tak jak było w „Zbieram mile”, że lecę Air France na przykład, tylko bardziej historie, które wydarzyły się w konkretnym kraju będą inspiracją na pewno.
JM: Zauważyłam, że ostatnio dużo podróżowałeś. Po wydaniu Lubię Kłopoty przebywałeś w Irlandii. Nawiązując do singla, czy spotkały cię jakieś kłopoty w nim?
Stan Zapalny: Podobało mi się tam, jest naprawdę bardzo ładna przyroda i bardzo dużo muzyki, wydaje mi się, w Dublinie było. I faktycznie poszedłem do fajnych takich miejskich klubów, gdzie inspirowała mnie ta muzyka i podobał mi się bardzo charakter tego miasta pod tym względem.
A propos kłopotów, to miałem w sumie kłopoty, dwa razy albo trzy razy. Pierwszy był mniej pozytywny, ponieważ jak szedłem w nocy z koleżanką do hotelu, to jakiś mężczyzna zapytał o pieniądze. Ja oczywiście powiedziałem, że nie miałem pieniędzy, bo my już nie mieliśmy pieniędzy. Potem on zaczął nas wyzywać, zaczął nas gonić, więc to były takie niebezpieczne kłopoty.
Później, jak wróciliśmy do hostelu, to wróciliśmy do naszego pokoju i tam był starszy mężczyzna i on zaczął moją koleżankę w ogóle wyzywać, prowokować i też trochę niecenzuralnie mówić. To było niebezpieczne, więc od razu szliśmy do recepcji i w tej recepcji zgłosiliśmy tę całą sytuację i go tej samej nocy wyrzucili. Także to były takie niefajne kłopoty. No i też jakieś kłopoty typu, wiesz, że nie zdążyliśmy nawet na autobus, albo złapał nas nagle deszcz, no bo Irlandia, pogoda zmienna. Bardziej tego typu, ale no dużo się działo.
JM: Ważne, że wszystko się powiodło i że jesteście cali i zdrowi. Zostaniemy przy tym wątku i zahaczę o Twój kilkumiesięczny pobyt w Ameryce Południowej. Czy coś tam Cię spotkało, co mógłbyś określić kłopotem?
Stan Zapalny: Największym kłopotem, który miałem, to była wysokość i choroba wysokościowa. Po dwóch tygodniach bardzo źle się czułem. Tak naprawdę każdego dnia jakiś inny kataklizm na mnie spadał. Raz się obchodziłem, miałem 41 stopnie gorączki, czy pojechałem do szpitala. I kolejny raz odjechały mi bagaże w autobusie beze mnie do Boliwii z Peru. To były niezłe kłopoty, ale na końcu dnia wszystko było super.
JM: Ta podróż Cię czegoś nauczyła jako osobę oraz artystycznie coś wpłynęło na Twoje najnowsze produkcje?
Stan Zapalny: Bardzo dużo się nauczyłem, przede wszystkim jak wygląda tam życie i różnica pomiędzy tym życiem, jakie mamy w Polsce, a jakie jest tam. Także jest ogromna różnica, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i jakieś są tam możliwości edukacyjne.
Jestem bardzo wdzięczny, że jestem Polakiem i że urodziłem się w tym miejscu, a nie w jakimś innym. Poza tym nauczyłem się też trochę nowych języków, ponieważ portugalskiego i hiszpańskiego nie znałem. Niesamowite doświadczenie.
Poznałem ogrom świetnych ludzi. Zainspirowali mnie w wielu moich nowych piosenkach, które powstaną. No i ma to wpływ na moje produkcje, na pewno. Ciekawym doświadczeniem było poznanie historii i poznanie lokalnej muzyki. Uwielbiam, że wiele razy jamowałem, pisałem z jakimiś lokalnymi artystami. Muzyka też była obecna i często śpiewałem.
JM: W singlu Nie umiem czekać pokazujesz się z refleksyjnej strony. Określiłeś, że jest to taki „jesieniarski” utwór. Czy to jest między innymi też zapowiedź tego, że możemy się spodziewać jakichś innych singli na resztę pór roku?
Stan Zapalny: Skoro było lato i jesień. (śmiech) Tak, czekajcie teraz na zimę. Będzie singiel zimowy, mogę zdradzić.
Ale faktycznie, skupmy się teraz na jesieni. Jesień to jest wyjątkowy czas dla mnie, bo kocham jesień. Kocham Halloween, kocham wszystkie takie jesienne sprawy.
Również mi się kojarzy jesień z wchodzeniem po górach. Zależało mi, żeby właśnie w tych singlach wizualnie, nie dość, że jest pora roku, to ukazać też sport. W tym wypadku jest wspinaczka górska i motywem też jest ten plecak. Tak jak w poprzednim singlu miałem lato i był surfing, tak teraz to jest wspinaczka górska, także czekamy jeszcze na zimę. Ale konkretnie tutaj zainspirowała mnie jesień, taki jesienny mood i to czekanie. Szczególnie w zeszłym roku bardzo długo czekałem w trakcie właśnie jesieni na jakieś wydarzenia moje muzyczne. Czekałem na pierwszy singiel, już tak naprawdę od jesieni zeszłego roku. Więc tak po prostu mi się kojarzył ten singiel, że czekam, czekam, czekam. Tak mi się też kojarzyło, więc to ładnie wszystko połączyłem. Zagrałem, powiedzmy terminowo. Wolałbym oczywiście, żebyś czekał jeszcze wcześniej.
JM: A co było takim impulsem, żeby stworzyć ten utwór?
Stan Zapalny: Ta piosenka ma mnóstwo różnych wersji tekstowych. Pierwsze szkice, powstawały już kilka lat temu. I na początku powstało to po prostu, ze względu iż nie byłem w stanie czekać, po prostu jestem niecierpliwy. Kolejna wersja nie powstała, bo byłem niecierpliwy, jeśli chodzi o kontrakt muzyczny. No i potem się przerodziło w czekanie też na jakąś kolejną osobę.
I takie moje tendencje, że nie potrafię czekać się też przejawiały właśnie w relacjach. Myślę też, że więcej osób się może utożsamić właśnie z tym drugim aspektem, bo nie każdy czeka na kontrakt, ale dużo czeka na tą drugą osobę.
JM: Wspomniałeś, że z czegoś, co jest słabością, może powstać coś wartościowego. Czy ten singiel jest przykładem zmiany trudności w sztukę?
Stan Zapalny: Totalnie. Cały czas jestem niecierpliwy, to się nie zmienia. Może przeszkadzać w niektórych sytuacjach, ale pracuję nad tym. Wydaje mi się, że od momentu mojego pierwszego kontraktu do tego momentu, co teraz jestem, to staję się dużo bardziej cierpliwy i pokorny. Branża muzyczna uczy mnie tej pokory cały czas.
JM: Lubię kłopoty były wakacyjne i lekkie. A ten utwór bardziej refleksyjny i melancholijny. Czy ten kontrast między tymi utworami jest takim naturalnym zabiegiem i jest bardziej takim rozwojem w twojej twórczości?
Stan Zapalny: Kocham utwory szybsze i wolniejsze i takie też często się pojawiły u mnie. To, co trzyma te dwa numery w ryzach, to po pierwsze, tekst, ale po drugie te synthy, które się też pojawiają w „Nie umiem czekać”. Tworzę faktycznie teraz synth-pop i na początku ta piosenka w ogóle była trochę bardziej gitarowa. Jednak synthy są jednak w moim sercu i ta piosenka jest właśnie do krzyczenia w aucie (śmiech).
JM: A jest może coś obecnie, na co nie umiesz czekać?
Stan Zapalny: Tak, na management. Kolejny kontrakt, więc znowu ta piosenka jest aktualna. Chcę jeszcze kolejne działania wprowadzić w moją twórczość. Dużo teraz pracuję w studiu. Nie mogę się doczekać na moją przeprowadzkę do Warszawy i też zaczynam pracę. Codziennie będę pracował jako też songwriter i teraz to będzie jako full-time job. Czekam też na rozpoczęcie studiów, tak chciałbym tego doświadczyć.
JM: Mam nadzieję, że wszystkopójdzie zgodnie z twoim planem, i że się doczekasz tego wszystkiego. Tym samym dziękuję bardzo za tę rozmowę.