Lana del Rey – Born to Die: Paradise Edition (2012), recenzja Filipa A.

Lana Del Rey – pojawiła się nagle pod koniec 2011 roku, a swoją niezbyt komercyjną muzyką podbiła serca wielu ludzi. Jednych ekstremalnie irytuje – inni w jej głosie od razu się zakochują. Budzi skrajne emocje, jest tajemnicza, pomysłowa, realizuje się w swojej specyfice muzycznej, a wszystko wieńczy oryginalnością. Teraz zaprezentowała reedycję swojego debiutanckiego krążka. Czy nadal czaruje?

Musiałem napisać mały akapit wstępu dla takiej indywidualności, ponieważ płyta Born To Die jest świetna – krytycy zwracają uwagę na zbytnią melodramatyczność kompozycji… Ale to coś czego dawno nie było! Ileż można śpiewać party, party, everybody, put your hands up… To zupełnie inny świat. Artystka przygotowała dla nas wznowienie albumu: Born To Die – Paradise Edition – ale czy to godny następca swojego wielkiego poprzednika? Powiem tak: Lana zachowała swój niepowtarzalny styl.

Całkiem niedawno premierę miał pierwszy singiel z reedycji – Ride. Jest to przepiękna piosenka; ma na początku troszkę grobowy nastrój, a od refrenu sam mam ochotę na przejażdżkę z Laną – niesamowicie chwyta za serce wokal w tym utworze. Poniewiera on moimi uczuciami – tak – można mówić, że ta muzyka jest dla mięczaków, ale to opinia ludzi bez wrażliwości muzycznej, zmysłu romantyka, który jest tak bardzo potrzebny do odpowiedniego zinterpretowania takiej stylistyki. Piosenka Ride została zwieńczona wspaniałym klipem, który jest o czymś – opowiada historię dziewczyny metalowca, która buja w obłokach podczas jego nieobecności, miewa fantastyczne myśli chcąc je spełnić, jest szczęśliwa – taka jest moja indywidualna interpretacja.

Na drugi singiel wybrana została piosenka Bel Air, która trochę przypomina mi anielski chór – czuje się jakbym był we wnętrzu Kaplicy Sykstyńskiej. Lana w tej piosence to upadły anioł, który spowalnia czas, a swoim charyzmatycznym wokalem przez ponad 3 minuty czaruje wszystko dookoła. To magia, której Lanie ciężko odmówić. Dla mnie może o aniołach śpiewać do woli. Jej głos meandrem przemierza wszystkie baśniowe krainy, które miałem okazje poznać jeszcze jako małe dziecko. Fantazja.

Warto wspomnieć o utworze Blue Velvet, który został użyty do reklamy kolekcji ubrań H&M. W niej samej można podziwiać artystkę prezentującą część najnowszej jesienno-zimowej linii. Tytuł został zaczerpnięty z filmu o tej samej nazwie w reżyserii Davida Lyncha.

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=hZ40M9ViYmY

Lana Del Rey - Body Electric cover Bardzo charakterystyczną piosenką jest Body Electric – ukazuje ona emocje mocno wyrażone przez głos; coś czego artystka nam jeszcze nie prezentowała. Określiłbym to jako retropop a’la Lana – według mnie wokalistka jest prekursorką nowego stylu w muzyce niekomercyjnej, który przyciąga więcej ludzi niż powinien dla zachowania statusu not for everyone. Wchodząc do Empiku nietrudno było zauważyć, że przez długi czas Born to Die było w TOP 20 najlepiej sprzedających się krążków. Żywię ogromną nadzieję, że wznowiona wersja będzie cieszyła się jeszcze większą popularnością wśród Polaków i nie tylko. Sam stałbym z chęcią przy stanowisku promocyjnym i sprzedawał płyty Lany mówiąc:

Bierzcie i słuchajcie, oto kwintesencja tego co uszlachetni wasz gust muzyczny.

Kocham wyrazistości na światowej scenie z ogromnymi zasobami kreatywności i niemalże brakiem powtarzalności oraz perfidnego parcia na szkło. Lana nie robi komercyjnych utworów chyba, że mamy wziąć pod uwagę wyświetlenia teledysków na YouTube, ale tu one pełnią rolę drugorzędną – w przypadku Lany Del Rey muzyka stoi na pierwszym miejscu – mam nadzieję, że tak pozostanie.

Jestem w prawdziwym raju – dopisek w tytule płyty jest jak najbardziej adekwatny do całości. Miłośnikom takiej szlachetnej melancholii polecam tę płytę, a ją samą oceniam na 9/10.

’Born to Die’ na All About Music

Czytaj również