Lana del Rey – Born to Die: Paradise Edition (2012), recenzja Filipa W.

Próbowała, próbowała i wreszcie jej się udało. Znana niegdyś jako May Jailer oraz Lizzy Grant amerykańska wokalistka wreszcie przebiła się do czołówki najpopularniejszych artystów. O kim mowa? O Lanie del Rey oczywiście. I choć jeszcze na początku roku mówiła: nie sądzę, bym nagrała drugi album, to już teraz możemy posłuchać jej nowych utworów.

Debiutancki krążek wokalistki – Born to Die – przyjął się bardzo dobrze. Po takim sukcesie po prostu nie można udać się na muzyczną emeryturę, bo „taki mam kaprys”. Na fali popularności piosenkarka postanowiła więc nagrać kilka dodatkowych numerów i wydać reedycję płyty.

Paradise EP

Paradise po polsku oznacza „raj”. Czyli określenie idealnie pasujące do Born to Die. To jednak drugi krążek z reedycji (na którym zawarto nowe piosenki) tak się nazywa. Z przykrością muszę stwierdzić, że temu materiałowi do raju daleko. Czyżby wokalistka faktycznie wszystko co miałam do powiedzenia wyśpiewała na Born to Die? Mam nadzieję, że nie. Minusa wokalistka dostaje ode mnie także za sam dobór piosenek. Nie znam wszystkich jej dem i niewydanych utworów, ale wiem, że przynajmniej dwa z tu zamieszczonych (Yayo, Body Electric) umieszczone w internecie były już dawno temu. Jeśli jednak chodzi o Yayo, to nie mam do czego się przyczepić. Numer bardzo klimatyczny, może trochę za długi (ponad pięć minut), ale mimo wszystko szybko to leci. Niestety podobnie nie mogę wypowiedzieć się o Body Electric. Posunę się nawet do stwierdzenia, że to jeden z najgorszych utworów, które Lana nam zaprezentowała. Nieco tajemnicza i niepokojąca muzyka całkiem mi się podoba, ale to co artystka próbuje robić ze swoim głosem to jakaś porażka. Wyciąga dłuższe i wyższe dźwięki. Po przesłuchaniu Body Electric stwierdzam, że nie dla niej takie zabawy. Kawałków takich jak America czy Burning Desire (udostępnione przez iTunes) nawet się nie zauważa. Nie wnoszą do muzyki Del Rey nic nowego.

Jednak Paradise to nie tylko średniej jakości piosenki, w których artystka pokazuje się ze swojej nie najlepszej strony. Znalazło się tu bowiem miejsce dla dwóch perełek: singlowego Ride oraz Blue Velvet, które wykorzystane zostało w reklamie sklepu H&M. Oba te utwory zostały wydane wcześniej, by podgrzać wokół Lany atmosferę. I udało im się. Ride bardzo łatwo wpada w ucho. Wokalistka brzmi w nim wprost rewelacyjnie. Niemniej warta uwagi jest sama muzyka składająca się głównie z pianina oraz skrzypiec. Choć od Ride uzależniłem się bardzo szybko, to najlepszą z najlepszych jest zdecydowanie piosenka Blue Velvet. Wprowadza słuchacza w trans. W każdym razie ja, słuchając tego utworu, po prostu rzucam wszystko i bujam się w rytm muzyki. Przy Blue Velvet muszę także wybaczyć artystce nieudane wokalne akrobacje. Tutaj śpiewa po prostu niesamowicie.

Urodzona, by umrzeć…

… albo raczej, by zaczarować nas swoją muzyką. Muszę przyznać, że nowy materiał wokalistki mnie rozczarował. Stylu wokalistka nie zmieniła, ale druga płyta z reedycji odstaje od samego Born to Die. Co prawda dwa z zamieszczonych tu utworów bardzo lubię, ale oprócz Ride czy Blue Velvet nie znajdę tu godnego następcy pięknego, będącego radiowym hitem Summertime Sadness, melancholijnego Carmen czy chociażby świetnie wyprodukowanego National Anthem.

Gdybym oceniał same Born to Die, Lana dostałaby ocenę 10/10. Niestety za samo Paradise więcej niż 6/10 nie dostanie. Licząc średnią, wychodzi mi 8/10. Wielokrotnie szukałem w tym działaniu błędu, ale niestety – więcej artystka dostać ode mnie nie może.

  • Lana Del Rey – Born to Die – 10/10
  • Lana Del Rey – Paradise EP – 6/10
  • Lana Del Rey – Born to Die: Paradise Edition – 8/10

’Born to Die’ na All About Music

Czytaj również