To już dziesięć lat, odkąd świat usłyszał o rosyjskim kolektywie Pussy Riot. W ciągu tej dekady nie tylko zostały skazane w jednym z najbardziej medialnych procesów w historii postmodernistycznego świata, ale stały się ikonami w walce o artystyczną wolność. Tak oto po latach wydawania kolejnych singli, w końcu zaprezentowały nam swoje pierwsze, pełnoprawne wydawnictwo – MATRIARCHY NOW.

Krótka lekcja historii, 21. lutego 2012 roku pięć członkiń artystyczno‑politycznej grupyprotestacyjnej Pussy Riot wtargnęły do soboru Chrystusa Zbawiciela w Moskwie, aby zaprotestować przeciwko opresyjnej polityce Wladimira Putina. Po paru dniach, trzy z pięciu uczestniczek happeningu zostały aresztowane, będąc oskarżonymi o chuligaństwo. Praktycznie cały świat solidaryzował się z Nadieżdą Tołokonnikową, Mariją Alochiną oraz Jekatieriną Samucewicz, mając na standardach hasła związane z wolnością artystów do wyrażania swojej sztuki. Choć dziewczyny nie uniknęły kolonii karnej, zyskały światową sławę, co zaowocowało wieloma możliwościami medialnymi dla nich samych oraz pośrednio ich ruchu.
W roku 2015, pod oficjalnym odejściu Alochiny z szeregów grupy, Pussy Riot w pełni stał się tożsamy z postacią Tołokonnikowej – dlatego też od tego momentu recenzji będę mówić o Pussy Riot per ‘ona’. Przez kolejne lata Nadieżda próbowała zyskać szacunek muzycznego świata, współpracując między innymi z MARINĄ, Dorian Electra czy Brooke Candy, bądź wydając swoje własne piosenki, jak Make America Great Again czy Rage. Choć nigdy nie spodziewałem się, że Pussy Riot wyda kiedyś swój pełnoprawny album, tak jeśli miałby nadejść taki dzień, to z chęcią bym się z nim zmierzył. Zupełnie niepostrzeżenie, w środku tego lata, MATRIARCHY NOW ujrzał światło dzienne.
Nie będzie wielkim odkryciem czy tajemnicą, że Pussy Riot z założenia był ruchem wrogim patriarchatowi. Jednak MATRIARCHY NOW zdaje się być wrogi wszelakiej męskości w społecznej przestrzeni i to bez wyjątku. Dlaczego? Ponieważ prezentuje erotyczne fantazje kojarzone z patriarchatem, tyle, że to kobieta przejmuje opresyjną rolę władcy ciała i życia mężczyzny. Pussy Riot zdecydowanie poszła na całość i miała do tego prawo, jednak myślę, że jej przekaz został pozbawiony niezbędnych niuansów, abym ja, mężczyzna równie wrogi patriarchatowi, również mógł przyłączyć się do tej imprezy. Jednak to tylko wierzchołek góry lodowej problemu, jakim jest przesłanie tego dzieła.
MATRIARCHY NOW to album, który w 20% procentach mówi o realnym samostanowieniu kobiety, w 50% że tą wolnością jest seks oraz czerpanie z niego zysków i wręcz perwersyjnej przyjemności, a w pozostałych 30% jest obrazem przemocy wobec mężczyzny. Być może to z mojej strony czyste krytykanctwo, bo nie rozumiem kobiet dotkniętych państwową przemocą oraz dyskryminacją. Niemniej, jako człowiek nie sądzę, aby jakakolwiek przemoc, a tym bardziej ta związana z rewanżem, jest warta tworzenia piosenek na jej temat.
Aby dodać pikanterii do mojego wywodu, MATRIARCHY NOW to dość standardowy album ze świata hyper popu. Idealny mariaż między hiperkobiecością Slayyyter, a abstrakcją i szaleństwem Dorian Electra. Co najważniejsze, przynależność do tego nurtu muzycznego niesie za sobą dość sporą dozę autoironii. Zatem wszystko co słychać i widać, nie można brać nazbyt poważnie, stanowiąc karykaturę rzeczywistości oraz komentarz na temat jej większych i mniejszych głupotek. Niestety ze względu na historię Pussy Riot, jej aktualny przekaz zdaje się nie wpisywać w podwaliny tego ruchu. Tym samym czuję się zagubiony – czy MATRIARCHY NOW to tylko czarny humor, czy jednak program polityczny.
Ogromnym plusem MATRIARCHY NOW jest produkcja, o której nie mogę powiedzieć niczego złego – Tołokonnikowa wiedziała jak jej piosenki powinny brzmieć i jak to można osiągnąć. Być może bywają monotonne i co nieco wtórne, jednak każda z nich ma na siebie jakiś pomysł, co zawsze robi na mnie wrażenie. Gdyby tylko te teksty były inne, być może bardziej pewnego tego, co naprawdę chcą mi przekazać, wtedy byłbym wstanie spędzić z nimi kilka naprawdę przyjemnych chwil.
Która zatem piosenka skradła moje serce? Na pewno to nie jest odpowiednie określenie do wyrażenia moich uczyć, jednak najlepszym numerem określiłbym utworów Princess Charming. Pussy Riot stworzyła naprawdę dobry motyw do jakiegoś filmu bądź serialu, który po prostu idealnie łączy humor i poruszenie jakiegoś ważkiego problemu. Pozostałe kompozycje raczej nie nadają się do słuchania na co dzień – jedynie w przypadku gdy naprawdę jesteście wściekli na „męski, męski, męski” świat, wtedy nie znajdziecie lepszej opcji.
Jestem w konflikcie, bo MATRIARCHY NOW to dzieło ciekawe, jednak ekstremalnie specyficzne, stojąc na granicy rzeczywistośći i artystycznej kreacji. Czy Pussy Riot ponownie staną w świetle jupiterów? Nie sądzę, choć jednocześnie myślę, że nie taki był zamiar Tołokonnikowej. Jej muzyka na pewno ma jakieś przesłanie, jednak jest dla mnie niejasne i obtoczone sporą warstwą naprawdę abstrakcyjnego humoru. Dzieło tylko dla koneserów, którzy chłoną internetowy humor niczym gąbka wodę.


