Co by to były za wakacje, gdyby w ich trakcie nie obyło się bez wakacyjnej muzyki. Slayyyter wraz ze swoim pełnoprawnym debiutem Troubled Paradise najwidoczniej poczuła wiatr w żaglach, płynąc ku gorącym imprezom na plażach całego globu. Tylko czy ten kłopotliwy raj jest mniej kłopotliwy jeśli chodzi o jego jakość, styl oraz odbiór? Sprawdźmy!

Gdy niecałe dwa lata temu światło dzienne ujrzał mixtape Amerykanki pod tytułem Slayyyter, nie byłem nim szczególnie podekscytowany. Powiedziałbym nawet, że byłem wobec niego bardzo krytyczny, nie będąc wstanie nazwać go ani szczególnie oryginalnym, ani zabawnym, ani nawet ironicznie zabawnym. Dlatego podchodząc do recenzji Troubled Paradise byłem dość sceptyczny do tego, co Slayyyter nam zaproponuje, mimo, że połowę utworów można było wysłuchać jeszcze przed jego oficjalną premierą. Choć ostatecznie ten album nie jest wolny od wad, tak dostrzegam w nim więcej zalet, które zdecydowanie przeważają nad jego problemami.
Troubled Paradise to flagowy przedstawiciel hyper popu roku 2021, korzystając z tego miana pełnymi artystycznymi garściami. Mamy tu do czynienia nie tylko z ostrymi elektronicznymi bitami, ale i nostalgią związaną z pierwszymi latami XXI wieku, chociażby inspirując się muzyką Britney Spears, czy stylem bycia ówczesnych celebrytek jak na przykład Paris Hilton. Jednak tym razem Slayyyter rzeczywiście posługuje się tym stylem jako punktem odniesienia do tego, co sama chce przekazać swojemu słuchaczowi. Troubled Paradise nie stanowi zaginionej twórczości wspomnianej już celebrytki, bo Slayyyter odnajduje siebie oraz swoje przeżycia, nie polegając wyłącznie na dość nieudolnym wcielaniu się w archetyp celebrytki circa 2005. Tym samym, Amerykanka może spokojnie zasiąść w towarzystwie takich mistrzów gatunku jak Dorian Electra, czy Kim Petras, bo nie tylko muzycznie reprezentuje ten nurt, ale i realnie kreuje swoją tożsamość, wypełniając konkretną niszę.
Czysto muzycznie, Troubled Paradise płynnie przechodzi między typową dla tego gatunku wręcz boleśnie agresywną elektroniką, przez radośnie taneczny pop w stylu Kim Petras, a kończąc na rockowym obliczu Britney Spears. W istocie jest to całkiem przyjemne dla ucha, bo każda z piosenek jest inna, a na dodatek jest też jakaś – tym razem obyło się bez szablonu. Twórczość Slayyyter przeszła zmianę jakościową, bo ta zrozumiała problemy związane z jej pierwszym dziełem, potem je rozwiązała, pozostając przy tym wierną swojemu stylowi i idei idącej za jej muzyką. Efekt jest niezaprzeczalnie zauważalny, a przede wszystkim słyszalny, choć i tak nie obyło się bez pewnych zgrzytów.
Nie zmieniło się niestety to, że piosenki Slayyyter są mimo wszystko dość wtórne i bywają nieco nużące. Może to tylko ja i kwestia mojego gustu, tak pomimo, że rozumiem zamysł tych utworów, trudno jest mi się nimi jakoś szczególnie zachwycać. Oczywistym jest, że trzeba docenić progres jaki Slayyyter dokonała w ciągu tych kilku miesięcy, jednak nie zmieni to faktu, że nie usłyszałem niczego nowego. Zresztą moje przeświadczenie o ironii oraz campowości Troubled Paradise, nie czyni z niego lepszego dzieła, bo za nim nie idzie na tyle intrygująca melodia, aby mogły się wzajemnie uzupełniać. Nic nie można poradzić na poczucie znudzenia, nawet gdy wiesz, że jest to coś godnego uwagi.
Co się zatem udało najlepiej na Troubled Paradise? Na pewno jego tytułowy singiel, który moim zdaniem jest najlepszą piosenką na nim się znajdującą, jak i jedną z lepszych w całej karierze Slayyyter. W istocie wszystkie single wypuszczone przed premierą albumu zasługują na ciepłe słowo z mojej strony, tym bardziej znając ich kontekst względem całej tracklisty. Ciekawymi propozycjami są również Dog House oraz Butterflies… które zdecydowanie powinny trwać dłużej, bo po prostu fantastycznie brzmią. Jeśli chodzi o pozostałe utwory to Venom brzmi jak odrzut z mixtape’a, Serial Killer jest wprost wyciągnięty z zaginionej dyskografii Britney, Villain to Charli XCX, a Letters jest przeciętnie przyjemne.
Troubled Paradise to w istocie projekt udany i godny uwagi, choć dość daleko mu do ambicji innych przedstawicieli muzyki hyper pop. Slayyyter odrobiła swoją pracę domową, więc nic tylko gratulować artystycznego progresu i życzyć jej dalszego rozwoju. Może za jakiś czas stworzy dzieło, które zwali mnie i świat z nóg – może do tej pory nie zdążymy się zachłysnąć jeszcze bardziej ekscentrycznym gatunkiem muzycznym.
- Data premiery: 11 06 2021
- Single: Self Destruct, Throatzillaaa, Troubled Paradise, Clouds, Cowboys, Over This!
