Pet Shop Boys – Electric (2013), recenzja Anny Polcyn

Pet Shop BoysWest End Girls, It’s a Sin, Domino Dancing czy Go West, lata osiemdziesiąte i brytyjski duet u szczytu swojej kariery, legendy popu – w 1981 roku muzycy przypadkowo spotkali się w sklepie elektronicznym – chciałoby się powiedzieć dzięki Bogu, że na siebie wpadli.  4 września tego roku będziemy mogli podziwiać ich najnowsze dzieło – Electric, które zostało wydane 12 czerwca.

Gwiazdy pop wracają.

Dwunasty album studyjny Neila Tennanta i Chrisa Love. Electric zawiera 9 piosenek, które zostały wyprodukowane wspólnymi siłami zespołu oraz Stuarta Pricea – współpracował on między innymi z Madonną czy Lady Gagą. Hipsterstwo trwa, wraca moda do lat osiemdziesiątych, syntezatorów, innymi słowy to, w czym chłopacy czują się najlepiej.

Do podróży po Electricu zaprasza nas Axis – delikatne syntezatory, dźwięk odlatujących samolotów. Nie wiedzieć, czemu wstęp kojarzy mi się nieco z duetem Daft Punk.  Kolejno do naszych uszu dociera Bolshy – połączenie syntezatorów, funku, house i rosyjskich słów. Wokal Neila bolshy, bolshy, bolshy bez wątpienia wpada w ucho i zagnieżdża się tam przez jakiś czas, równocześnie kojarzy mi się trochę z festynem, na którym zna mało znany zespół, który śpiewa w rytm bolshy, bolshy, ale poza tym refrenem nie jestem w stanie nic więcej zarzucić temu utworowi. Love is a Bourgeois Construct to dźwięki typowe dla Brytyjczyków, to jest ten styl, który przenosi cię na parkiety dyskotek tamtych dekad, mimo, że jest oparte na Chasing Sheep Is Best Left to Shepherds Michaela Nymana z filmu Kontrakt rysownika. Fluorescent wita nas początkiem techno, piosenka może się wydawać, iż brzmi nieco analogowo. Pomimo, że techno to jedna z tych rzeczy, od których próbuje się trzymać z daleka, to jednak jest ono dobrą inspiracją kawałka, przy którym po prostu chce ci się tańczyć – osobiście mój ulubiony. At midnight / it’s time for business… every scandal has its price – klasyka dekadencji tego zespołu. Subtelne, a zarazem silne Inside a Dream.

The Last to Die to dowód na to, że covery to nic dobrego, fani PSB pewnie mnie za to zlinczują, ale tego kawałka, Bruce’a Spreengstina nie powinni ruszać. Nie jest to całkiem złe, ale w porównaniu do oryginału jest to dla mnie popowym, letnim za mało podgrzanym obiadem. Shouting in the Evening – basy, syntezatory, wszystko, czego dusza może zapragnąć na dobrej imprezie. Kolejny pretendent do najlepszych kawałków płyty, zanim przeszłam do kolejnego utworu włączył mi się syndrom zapętlania jednego utworu. Geniusz, którego chyba jeszcze nie słyszałam u chłopaków w takim wydaniu. Thursday to połączeni sił Pet Shop Boys i Example, osobno uwielbiam, razem lubię. Example recytujący w ‘plastikowy’ sposób dni tygodnia, Tannant zapraszający do pozostania na weekend. Niby wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale nadal połączenie Example i PSB jest dla mnie zaskoczeniem. I niestety zostaje nam ostatnia piosenka Vocal – I like the people / This is my kind of music / They play it all night long… everything about tonight feels right and so young…. Idealnie złożona, rytmy czysto klubowe, jedyne, czego mi teraz brakuje podczas słuchania tego to parkiet i znajomi, z którymi mogę poszaleć.

Electric nie oferuje nam żadnych ballad, jest czysto klubowym utworem, z tą składanką spokojnie możesz się zabrać na imprezę. Według mnie chłopcy nie mogli spisać się lepiej, to tylko dziewięć utworów, ale ja nie czuję niedosytu.

Czytaj również