Zainspirowana odbywającym się na początku lipca Open’er Festival (i pełna żalu, że nie uczestniczyłam w wydarzeniu) postanowiłam osłodzić sobie trochę życie i sięgnąć po album jednego z wykonawców. Rihanna, Miguel, Disclosure? Nie… miałam ochotę na coś (jeszcze) mi obcego. Coś, co zostałoby ze mną na dłużej niż jedno lipcowe popołudnie. I tak trafiłam na zespół Editors, który na początku miesiąca wydał czwarty studyjny album zatytułowany The Weight of Your Love. Przesłuchałam raz, drugi, dziesiąty. I wsiąkłam. Takiej muzyki potrzebowałam.
Editors to pochodzący z Wielkiej Brytanii zespół wykonujący muzykę indie rockową. Założony został dziesięć lat temu. Debiutancki album, The Back Room, wydali w 2005 roku. Kolejne ukazywały się co dwa lata: An End Has a Start w 2007, In This Light and on This Evening w 2009. Na najnowszy fani musieli jednak czekać aż cztery lata. To dość czasu by zebrać materiał i nagrać świetny, poruszający krążek. Widziałam opinie fanów Editors na temat The Weight of Your Love i jestem w szoku. Cóż, kochajcie Munich, wspominajcie z rozrzewnieniem Smokers Outside the Hospital Doors, wracajcie często myślami do Papillon. Od The Weight of Your Love jednak wara. Jest to bowiem album, który sprawił mi tyle radości, że będę go bronić.
Zanim zabrałam się do recenzowania nowej płyty Editors, zapoznałam się z trzema poprzednimi albumami zespołu. Każdy jest na swój sposób dobry – mocny, gitarowy The Back Room; bardziej melancholijny An End Has a Start czy nieco elektroniczny In This Light and on This Evening. Cieszę się, że zespół nie stał w miejscu i się rozwijał, próbował nowych rzeczy. Muzyczną wędrówkę Editors kontynuuje również na The Weight of Your Love.
Album otwiera utwór The Weight, który jest zarazem moją ulubioną piosenką z repertuaru grupy. Ta niepokojąca, mroczna kompozycja porwała mnie od pierwszych dźwięków i sprawia, że ilekroć jej słucham, mam ciarki. Bardzo podoba mi się również tekst:
For a moment I felt the strength of your love, it was lightning, so strike down on me (PL: Przez moment poczułem siłę twojej miłości, to było jak piorun więc uderz we mnie).
Niby nic, ale wrażenie robi. Utwór Sugar, wbrew tytułowi, nie jest słodkim, pełnym cukru numerem. To raczej porządna rockowa kompozycja wzbogacona gdzieniegdzie syntezatorami. Podobnie jak The Weight należy do mojej czołówki. Uwielbiam też piękną, delikatną balladę What Is this Thing Called Love charakteryzującą się wspaniałą partią skrzypiec. Wielką niespodzianką jest Tom, który momentami śpiewa wysokim głosem. Z takiej strony go nie znałam. Nieco mniej spokojne jest patetyczne, stadionowe Honesty. Ostatni utwór, który absolutnie zdobył moje serce, to ballada Nothing. Z What Is this Thing Called Love łączą ją smyczki. Całość jest jednak zupełnie inna – bardziej surowa, mroczniejsza. Pełna smutku, chwytająca za serce i powodująca, że mam łzy w oczach.
Pozostałe kompozycje przygotowane przez zespół tylko trochę ustępują tym wymienionym w poprzednim akapicie. Mamy tu jeszcze singlowe A Ton of Love, które słusznie wybrane zostało piosenką zapowiadającą The Weight of Your Love. Jest to bardzo przebojowy numer. Słuchając go łatwo się zapomnieć i razem z Tomem wykrzykiwać powtarzające się wielokrotnie słowo desire. Są również, rozbudzające po kilku balladach, szybkie i dynamiczne piosenki: Formaldehyde oraz Hyena. Warto sięgnąć też po łagodniejsze, ale ponure Two Hearted Spiders, spokojne, ale niepokojące The Phone Book oraz zamykające album, gubiące się nieco na tle pozostałych utworów Bird of Prey.
Poprzednie piosenki Editors były dobre. Po prostu. Jednak to na The Weight of Your Love znalazłam takie, które mnie zachwyciły i sprawiły, że od kilkunastu dni nie mogę się od płyty uwolnić i na nowo, w kółko meczę The Weight, Nothing czy Honesty. Podoba mi się to, że czwarty album zespołu niesie tyle emocji. Możecie psioczyć, narzekać itp. Jak dla mnie The Weight of Your Love to jeden z najlepszych krążków 2013 roku.
- Najlepsze: The Weight, Sugar, What Is this Thing Called Love, Honesty, Nothing
- Najgorsze: brak

