A może by tak konkurs dla fanów zespołu The Beatles? Czemu nie!
Kameralny klimat świąt z Natalią Świerczyńską. Relacja z toruńskiego koncertu

Gdy wszyscy kupują prezenty i robią świąteczne zakupy, warto na chwilę wstrzymać oddech i pocieszyć się klimatem świąt. W Toruniu odbyło się to między innymi dzięki koncertowi Natalii Świerczyńskiej.
Finalistka piątej edycji The Voice of Poland wydała trzy lata temu płytę poświęconą twórczości Franka Sinatry. Na zimowej odsłonie Winter Songs usłyszeliśmy zarówno jego klasyki jak i świąteczne utwory jakie śpiewał w swojej twórczości. Natalia jednak nie chciała ich skopiować, a pokazać jego twórczość z kobiecej perspektywy. To właśnie na jej koncertach najbardziej widać jak te utwory zostały zmienione.
Od samego początku koncertu dało się odczuć bardzo kameralną atmosferę, w której Natalia chciała nam przekazać to, co w świętach najważniejsze. Mimo wielkiej sali CKK Jordanek całkowicie się to jej udało. Może to jej urok osobisty i charyzma, a może wielka otwartość na słuchacza i prawdziwa uniwersalność w tym co mówiła? Bo pomiędzy utworami były luźne pogadanki, dzięki którym czuliśmy się blisko jej i tego co potem śpiewała. Na scenie zabrzmiały zarówno największe evergree tego niezwykle popularnego muzyka, jak i piosenki w świątecznym klimacie, które wykonywał przez wiele lat. Wszystko to sprawiło, że przez ponad godzinę mogliśmy poczuć magię świąteczno czasu, nie zważając na to co się dzieje w centrach handlowych. Myślę, że wszystkim bylo to potrzebne.
Pomiędzy smutkiem, a beznadzieją. Muzyka na zimę. Felieton
Rozróżnia pomiędzy smutkiem a beznadzieją, co w kinie polskim, historycznie skazującym kobiety na cierpienie (jeśli nie wygnanie), należy docenić
pisze w swojej recenzji filmu „Bo we mnie jest seks” Klara Cykorz
Określenie to urzekło mnie daleko bardziej, niż sam film, do tego stopnia, że sformułowanie to zostało ze mną na stałe, przylgnąwszy do okresu. w którym po raz pierwszy je przeczytałam – melancholijnego późnego listopada i wczesnego grudnia, w którym andrzejki zlewają się z oczekiwaniem na święta i przesilenie zimowe, a wszystko to owiane jest błyszczącym porannym słońcem, zachodzącym od rana i no właśnie – wszechogarniającym poczuciem beznadziei, a przynajmniej bezsilności.
Taka jest też moja muzyka na ten, najbardziej zimowy kawałek roku. I o kilku albumach bardzo dobrych na ten właśnie czas chciałabym opowiedzieć. O muzyce, która pachnie dymem papierosowym i mrozem wpadającym przez kuchenne okno, czarną herbatą i praniem suszącym się w pokoju.
Songs of Leonard Cohen Leonard Cohen
Pierwsza płyta Leonarda Cohena. Najłatwiejsza płyta Leonarda Cohena. Zawarte na niej historie są co prawda tragiczne, ale, no właśnie – proste. Nie ma tam jeszcze półsakralnych, pół erotycznych peanów, chociaż ich zapowiedź słychać może w One of us can not be wrong, w którym lekarz w recepcie jest w stanie zapisać tylko imię jakieś Przeklętej Kobiety. Właściwie tylko Suzanne brzmi wiosennie, reszta to muzyka wydestylowana z przesileniowych, grudniowych wieczorów, naczele ze zbyt już może oczywistym Winter lady i najpiękniejszym na całym świecie Hey, That’s No Way To Say Goodbye. Słodkogorzkie opowieści mruczane przez Cohena, głosem ciemnym jak miód gryczany na tle prostych melodii, które jednak nie dają osobie słuchającej szansy na chwilę spokoju, skutecznie sieją ciarki niepokoju w całym ciele. Jednocześnie jednak zostawiają ją w jakiś sposób ukojoną pięknem odnalezionym w każdym z opisanych na albumie rodzajach smutku.
- Parsley, Sage, Rosemary, And Thyme Simon and Garfunkel
Słuchanie całej dyskografii Simon and Garfunkel to jest jeden z lepszych znanych mi sposobów na przetrwanie zimy. Zaczyna się właśnie od Parsley, Sage, Rosemary, And Thyme, z jedną ze smutniejszych popowych piosenek świątecznych – 7 O’clock News / Silent Night, a skończyć można na Sound of Silence, z szalenie optymistycznie wybrzmiewającym w marcu April comes, she will. Na razie jednak na kwiecień kompletnie się, niestety, nie zanosi, jest grudzień, czyli moim zdaniem miesiąc najlepszy do słuchania tej najciemniejszej płyty, najdelikatniejszego z 60s owych zespołów.
• The Queen is dead The Smiths
To jest bardzo prosta historia. Jeżeli jest ciemno przez 60 % dnia, należy słuchać The Smiths. Louder than bombs jest może ładniejsze, ale bywa zdecydowanie zbyt optymistyczne i energetyczne. Podążanie tym tropem doprowadziło mnie, jak widać, do antyenergetycznego The Queen is dead. Okoliczności do słuchania go są, ogólnie rzecz biorąc, całkiem dobre. Królowa raczyła była umrzeć, kilkadziesiąt lat po tym, jak umarł jej zbrodniczy reżim, a Polska o osiemnastej oświetlona jest tak, że bardzo łatwo jest odtworzyć okładkę płyty w zdjęciu na instagram, (sprawdzałam, choć nie na sobie). The Smiths jest jak koń, jakie jest każde widzi – brytyjskie, ejtisowe i chandryczne. To znaczy idealne, do przykrycia się całą kocem, mrucząc pod nosem, że Some girls are bigger than others.
Blue Joni Mitchell
„Potrzebujemy smutnych świątecznych piosenek, czyż nie?” powiedziała Joni zapytana o piosenkę River w wywiadzie. Cały ten niebieski album, to chyba najbardziej oczywisty element tej wyliczanki. Joni, największa, a na pewno najbardziej uznana spośród piosenkopisarek, jak nikt inny uchwytuje smutek, a w River opowiedziała o smutku okołowigilijnym w zupełnie już bezczelnie doskonały sposób. Nikt inny nie mógłby łączyć kolęd z codziennym nieszczęściem tak pięknie. Nie ma na niej już właściwie żadnych przebłysków optymizmu, a im milsza na pierwszy rzut oka melodia, tym więcej bezsilności siedzi w całej piosence. To wielka, choć kameralna, opowieść o stracie i samotności w świecie który uparcie nie przestaje się głupio cieszyć.
Ultraviolence Lana del Rey
Nie może być tekstu o smutnej muzyce bez wspomnienia o Lanie del Rey. A w każdym razie, to nie mógłby być mój tekst. Odpowiedzi na pytania jaki jest najlepszy album Lany, i który z nich jest z kolei najsmutniejszy jest osiem – tyle samo co tych albumów. Ja jestem przekonana, że najwspanialszy jest Norman Fucking Rockewell, a najtragiczniejszy Honeymoon. Ultraviolence to jednak zdecydowanie najpiękniejsze – i najbardziej zimowe z jej wydań. Być może śpiewa na nim o Florydzie i zachodniej plaży nad oceanem, ale w sposób tak nieentuzjastyczny, że ewidentne jest właściwie, że musi być jej przy tym zimno – albo bardzo smutno, ale to w grudniu na jedno wychodzi. Czym innym jest złota jesień zamieniająca się w listopad i grudzień, jeśli nie ultraprzemocą. To też jej najbardziej nowojorska płyta z przepięknym Brooklyn baby, pochwałą zamknięcia się w domu z muzyką, książkami i romansem, a więc najrozsądniejszej rzeczy jaką można zrobić o tej porze roku.
A Light for Attractive Attention The Smile
Thom Yorke i Jonny Greenwood postanowili razem z Tomem Skinnerem nagrać nową płytę Radiohead, uciekając jednak przed całym ciężąrem oczekiwań, potencjalnie ciążącym na tym przedsięwzięciu. Zmienili więc nazwę i część składu zespołu, zachowali za to producenta, Nigel Godrich i nagrali soundtrack tegorocznej sad boy winter.
Kompletnie nie mam pojęcia, dlaczego staram się być złośliwa – wszak wyszło im to znakomicie. Na płytę tą natknęłam się ostatnio, pół roku po jej premierze, w zupełnie melancholijnych okolicznościach, wpisanych zresztą w nagraną na niej muzykę. I melancholia ta na na stałe przylgnęła w mojej głowie do zawartych na płycie utworów. Zresztą nie bez powodu, to chyba najsmutniejszy album spośród przeze mnie tu wymienianych. Nie tylko dlatego, że piosenki skupiają się głównie na depresji i myślach samobójczych – jasne, to dobry powód, ale opowieści Cohena przejmują mnie dużo bardziej, a Joni pisze przecież o równie bezdennym smutku. To stoicki cynizm muzyki i tekstów utworów The Smile jest tym co mnie paraliżuje i, mimo prób, nie pozwala przejść do porządku dziennego nad smutkiem zawartym w tych piosenkach.
A day without rain Enya
Nie ma lepszych okoliczności do słuchania Enyi niż grudniowe wieczory. No, właściwie w ogóle nie ma zbyt wiele dobrych okoliczności do słuchania jej, bo to proceder przebiegający u mnie zawsze pomiędzy zażenowaniem samą sobą, a tłumaczeniem sobie, że nie zamierzam się wstydzić muzyki, którą lubię. No. Nie zamierzam. Zamierzam nie zamierzać. Tak czy owak, Enya niepodważalnie jest elfką i to elfką śpiewającą elfickie piosenki. Być może elficki pop. Co najważniejsze, mało jest muzyki, która smakuje tak dobrze jak Wild Child i Silver Inches, kiedy po całym dniu chodzenia po mrozie w końcu można wleźć do wanny. Cały album wypełniony jest łazienkową parą, tak samo słodki i odrealniony, a przy tym rozkosznie melancholijny.
Whole new mess Angel Olsen
Album stworzony został po rozstaniu , a nagrany w pandemii. Trudno po myśleć o bardziej melancholijnych okolicznościach. Wydany 28 sierpnia 2020 roku, na skraju jesieni i nadciągającego z nią drugiego lockdownu, zamyka w sobie niepewność i obrzydłą już stabilność tego czasu, w którym marzyło się o kawie podawanej w filiżankach w kawiarniach i podejmowaniu głupich, a przynajmniej bardzo nieodpowiedzialnych, decyzji towarzyskich. Zima to właściwie ta pora roku, w której się może trochę marzy o lockdownie, ale przede wszystkim, obu tym stanom – zamknięciu covidowemu i styczniowemu towarzyszy przecież tęsknota za latem. I właśnie lato obiecuje twórczyni na swojej płycie. Nagranie pełne jest folkowych i ciepłych, nie mniej przez to zmęczonych i chwilowo przynajmniej bezsilnych piosenek. Angel Olsen zawodzi w nich prawie jak Melanie, albo Joan Baez, naprawdę, brzmi trochę jak jedna z tych hippisek, przeniesiona w czasie i w delikatnie uwspółcześnione aranżw. Inaczej jednak od nich, śpiewa wyłącznie swoje własne teksty i, co kluczowe, obiecuje w nich, że przyjdzie zupełnie nowy i zupełnie piękny bałagan.
No more shall we part Nick Cave
Moim zdaniem jest to najszczęśliwsza płyta Cave’a – o ile można w ogóle mówić o szczęściu w jego muzyce. Przede wszystkim God is in the house to moja ulubiona wigilijna piosenka, której dwudziestego czwartego grudnia słucham w niezdrowych ilościach- nawet jeżeli opowiada o samym obrządku z masą cynizmu . Generalnie w tych utworach jest coś hymnicznego i bardzo wzniosłego, wręcz sakralnego. I oczywiście do tego bardzo dużo rzeczy; dźwięków i myśli, bardzo tragicznych. Inaczej to nie byłby Cave. Właściwie mogłabym ułożyć tą listę po prostu z jego albumów, tak jak mogłabym tylko z albumów Cohena. Ale to jest właśnie płyta mojego przesilenia zimowego, bardzo ciemna, ale z małą nadzieją na zmianę Światła i Świata.
„Wiele z tych nagrań odbywało się w bardzo intymnym otoczeniu” Wywiad z Cudownymi Latami
Niedawno miał swoją premierę nowy album Cudownych Lat, Zabrałaś Dziewczynę Chłopakom. W związku z tym właśnie materiałem miałam okazję porozmawiać z Anną Włodarczyk między innymi o tym jak powstawał, czy o podejściu do zespołu i tworzenia muzyki. Przeczytajcie zapis wywiadu.
Adrianna Małolepszy: Serdecznie gratuluję płyty. Jest świetna!
Dziękuję!
Adrianna Małolepszy: Jak udaje Wam się godzić wspólne życie z pracą nad muzyką?
Jest to czasem trudne. To ogromne splątanie związane z tym, że jesteśmy w związku i pracujemy razem, ale nauczyłyśmy się trochę sobie z tym radzić. Przede wszystkim uprawiamy dużo sportu, żeby trochę zniwelować te wszystkie emocje.
Musiałyśmy wprowadzić takie mechanizmy po pandemii. Po pierwszym albumie chciałyśmy jak najwięcej czasu poświęcać muzyce, ale okazało się to troszkę toksyczne. Tak naprawdę nie wiadomo było z jakim odbiorem się to spotka i co z tego wyjdzie. Mamy też zwykłą pracę, sprawy rodzinne… Postanowiłyśmy, że Cudowne Lata oczywiście nadal będą bardzo ważne, ale będziemy podchodzić do tego bardziej na luzie. Chcemy się w tym spełniać i mieć z tego fun.
Zmieniłyśmy skład koncertowy. Zaprosiłyśmy perkusistkę i basistkę, żeby dołożyć troszkę więcej energii i wymieniać się nią z innymi.
AM: Fajne jest to, że macie typowo żeński skład.
Zastanawiałam się dzisiaj nad tym i mi jest trochę wszystko jedno, ale na pewno jest to dla mnie symbolicznie bardzo satysfakcjonujące. Z tyłu głowy zawsze mi się to marzyło. Miałam to co prawda już z Wilczymi Jagodami, ale teraz mamy też perkusistkę, a dziewczyn grających na perkusji jest mało.
AM: Same też produkowałyście tę płytę.
Tak! Przy poprzednim albumie za produkcję odpowiedzialny był nasz kolega Aleksander Makowski (znany m.in. z zespołu The Saturday Tea), a teraz wszystko zrobiłam sama z Nelą [ Gzowską ]. Mam dzięki temu ogromną satysfakcję.
AM: Ta płyta w porównaniu z poprzednią wydaje mi się odważniejsza. Czy to dlatego, że mogłyście same podejmować wszystkie decyzje?
W przypadku pierwszej płyty na pewno nikt niczego nam nie zabraniał, ale na pewno teraz siedziałyśmy nad tą muzyką o wiele dłużej, bo prawie dwa lata. Miałam dzięki temu możliwość więcej w piosenkach “podłubać”. Pomysły na wokale nagrywałam będąc sama w domu i dzięki temu miałam mniej stresu i większą swobodę. Zresztą wiele z tych “domowych wokali” jest na finalnym krążku, szczególnie w chórkach. Wiele z tych nagrań odbywało się w bardzo intymnym otoczeniu.
AM: Mam wrażenie, że bardzo się otworzyłyście. Pomieszałyście naprawdę wiele różnych elementów i styli.
Przy tej płycie bardzo często zmieniały się koncepcje. W 2020 roku bardzo dużo słuchałam Joni Mitchell czy The Carpenters, muzyki z lat 70. Zawsze mnie do tego ciągnęło. W międzyczasie z Aminą zaczęłyśmy słuchać muzyki ze świata arabskiego, co zaowocowało audycją Ya Habibte w Radiu Kapitał. W końcu też w to lato Amina zabrała mnie do Bejrutu, skąd pochodzi jej tata i gdzie się wychowała, więc naturalnie zapragnęłyśmy dodać elementy muzyki tamtego regionu do naszych utworów. Ważnym elementem był sprowadzony z Turcji saz, na którym gra Amina. Zgodziła się też zaśpiewać w dwóch piosenkach po arabsku, choć nie lubi śpiewać. Czasem ciężko nam wybrać jeden styl, bo bardzo lubimy też gitarowe granie jak alternatywę z lat 90., zespół Heart, czy współczesne Goat Girl.
AM: W Bejrucie nagrałyście też klip do Mija Lato, w której też ta gitara się przewija.
Wyszło fajnie, choć nie bardzo paliło nam się do nagrywania klipu na wakacjach.
AM: Poruszacie na tej płycie wiele tematów społecznych. Czy to, co działo się w naszym kraju przez ostatnie dwa lata bardziej nakierowało Was na to?
Na pewno. Taką Polskę lubię nawet powstała, kiedy chodziłyśmy na protesty w 2020. Jesteśmy w 100 procentach za wolnością reprodukcyjną, za prawem do aborcji. Jest to dla nas ogromnie ważne. Mamy za sobą wiele lat działalności typowo feministycznej, skończyłam gender studies… To wszystko jest dla mnie ogromnie ważne, a teraz czara goryczy się przelała. Wolę działać niż pisać na te tematy, bo nie uważam się za dobrą komentatorkę społeczną, ale te piosenki powstały i cieszę się z tego. Chciałyśmy coś tanecznego, nie przerażającego, choć chyba tekst jednak traktuje o czymś na pewno strasznym dla wielu kobiet – braku wyboru.
Tekst do piosenki Dinozaury i kosmici jest autorstwa Katarzyny Michalczak, która pisała też słowa na numer z poprzedniej płyty. W tym wypadku chciałyśmy coś surrealistycznego, bo cała ta sytuacja pandemii taka się wtedy wydawała. Autorka super oddała nasze nastroje.
AM: Muszę zapytać o mój chyba ulubiony utwór z płyty czyli Zapominanie. Opowiedz mi o nim troszkę.
Cieszę się, że o niego pytasz, bo też mam do niego szczególny sentyment, pomimo że jest to ballada, a ze względu na koncerty zwykle wolę te bardziej energetyczne kawałki.
Piosenka powstała, kiedy miałyśmy z Aminą kryzys w trakcie pandemii i na kilka miesięcy żyłyśmy osobno. Wróciłam na terapię, pracowałam w ogrodzie i bardzo mi to pomogło.
Znalazłam pewien jazzowy numer, który bardzo mnie zafascynował i zainspirował (Whitney Houston i zespół Material Memories).
Gdy już się zeszłyśmy, Amina dograła do tego bas, a Magdalena Gajdzica (Enchanted Hunters) flecik. Wszystko się fajnie zlepiło.
Na tej płycie często są zmiany tempa. Tak samo jest w tym utworze.
AM: Musisz mi jeszcze opowiedzieć o tej wspaniałej okładce. Skąd ten projekt, kto ją zrobił?
Autorką jest Magdalena Rzepecka, która jest naszą znajomą rysowniczką i od zawsze podziwiamy jej prace. Jest częścią kolektywu Girls* to the Front, w ramach którego robi warsztaty zinowe.
Zamówiłam od niej w zeszłym roku dla Aminy obraz. Miał być wampiryczno-lesbijsko-mangowy, a Amina stwierdziła, że koniecznie chce ten rysunek na naszej okładce. Dobiłyśmy z Magdą targu i się udało.
AM: Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę!
Dzięki!
Bryska rusza w swoją pierwszą własną trasę koncertową
Bryska zapowiada swoją pierwszą własną trasę koncertową. Gdzie będziemy mogli zobaczyć artystkę tej wiosny?
