Rafał Olbrychski, znany aktor i muzyk, zaprasza słuchaczy do swojego mrocznego, muzycznego świata. Jego nowy utwór „Pale Blue Light” to zapowiedź nadchodzącej płyty, która ma ukazać pełne spektrum emocji artysty.
„Pale Blue Light” to muzyczna podróż w tonacji jesiennej melancholii, łącząca akustyczne brzmienia z nienachalną elektroniką.
To powrót do tego, co w muzyce kocham najbardziej – jest niepokój, hipnotyzujący rytm, akustyczna gitara i ciemna elektronika
mówi Rafał Olbrychski
Tekst do utworu stworzył australijski songwriter Jai Larkan, a za aranżację odpowiada Filip Kuncewicz.
Rafał Olbrychski swoją muzyczną karierę rozpoczął jako założyciel zespołu Reds w 1987 roku. Grupa, inspirowana zespołami The Cure, The Smiths czy U2, szybko zdobyła uznanie fanów rocka, występując na takich festiwalach jak Jarocin czy Odjazdy. Po latach działalności zespołu Olbrychski skupił się na solowych projektach, wydając albumy z tekstami autorstwa m.in. Wojciecha Młynarskiego i Bogdana Olewicza.
„Pale Blue Light” to przedsmak nowej płyty, która ma być osobistą opowieścią o różnych stanach emocjonalnych artysty. Utworu można już posłuchać na platformach streamingowych, a także obejrzeć teledysk na YouTube.
Zapraszam was do mojego snu – nieco mrocznego, melancholijnego
zachęca Rafał
Jesień w jego muzycznym „bladych niebieskich światłach” zapowiada się wyjątkowo nastrojowo.
Słowacka wokalistka Karin Ann zamyka intensywny rok wydaniem swojej interpretacji kultowego przeboju Chrisa Isaaka „Wicked Game”. Piosenka, która początkowo była częścią koncertowego repertuaru, trafiła na platformy streamingowe dzięki entuzjastycznym reakcjom fanów.
Karin Ann postanowiła włączyć „Wicked Game” do setlisty podczas europejskiej trasy z wokalistą Mehro jako dodatkowy element występów.
Zawsze dodaję jeden cover do swoich koncertów, żeby dać fanom coś znanego, ale z moim twistem. 'Wicked Game’ to piosenka, która od dawna mnie porusza
wyjaśnia artystka
Po serii pozytywnych komentarzy publiczności i fanów online, decyzja o nagraniu utworu była naturalnym krokiem.
Nad interpretacją Karin Ann pracowała z producentami Benjaminem Lazarem Davisem i Lukiem Moellmanem, którzy pomogli jej nadać piosence osobisty charakter.
Chciałam, żeby brzmiała jak hołd dla oryginału, ale jednocześnie oddawała mnie i mój styl. To było wyzwanie, ale satysfakcjonujące
przyznaje Karin
Nowa wersja „Wicked Game” podsumowuje pełen sukcesów rok młodej wokalistki, w tym wydanie debiutanckiego albumu „Through the Telescope”. „To był intensywny czas, ale też pełen pięknych momentów. Wydanie tej piosenki to idealny sposób na zamknięcie tego rozdziału” – mówi Karin. Utwór zabrzmi na żywo podczas jej koncertów w Wielkiej Brytanii: 27 listopada w Manchesterze i 29 listopada w Londynie, gdzie wystąpi obok kanadyjskiej artystki Renforshort.
„Wicked Game” jest już dostępne na wszystkich platformach streamingowych, a Karin Ann zachęca do jego wysłuchania: „Mam nadzieję, że poczujecie tę piosenkę tak, jak ja. To moje emocjonalne spojrzenie na ponadczasowy utwór”.
Mateusz Gędek od dwóch latach działa jako wokalista solowy. W okresie od zeszłorocznego wywiadu Mateuszowi udało się wygrać festiwal „Cała jaskrawość”, a także wydać kolejne single. Teraz Mateusz podzielił się doświadczeniami z udziału we wspomnianym festiwalu, procesem tworzenia swoich najnowszych propozycji, a zdradził swoich obecnie wymarzonych artystów do duetu oraz kolejnych muzycznych planach.
Julia Maciąg: Chciałam Ci przede wszystkim pogratulować zwycięstwa na festiwalu „Cała Jaskrawość”. Skąd w ogóle się wziął pomysł, żeby wziąć udział w tym festiwalu?
Mateusz Gędek: Do wysłania zgłoszenia namówił mnie mój współlokator, Krzysiek Baranowski, który uczestniczył w tym festiwalu jako muzyk instrumentalista. Zainspirowałem się, choćwydawało mi się, że nie mam w tym momencie żadnego sensownego i dobrego numeru, aby go zaprezentować. Były to raczej piosenki, które zostały już wydane albo jakieś takie bardzo prowizoryczne demówki. Ale po głębszym „szperaniu” znalazłem jeden numer pt. „Niebieska woda”, który rzeczywiście gdzieś tam się przedarł dalej w mojej świadomości i chęci zaprezentowania go światu. Postawiłem właśnie na niego.
Szczerze, sam w niego do końca nie wierzyłem, choć uważam, że to bardzo ładny numer. Ale wymagał dokończenia. Odkładałem to maksymalnie w czasie. Odpuściliśmy i ostatecznie wylądował z innymi w szufladzie. Zakwalifikowanie go do finału Festiwalu „Cała Jaskrawość” dało mi olbrzymiego kopa. Fajnie, że wygrana, za którą bardzo dziękuję organizatorom i fundatorom, pozwoliła tej piosence nadać nowe życie. Terasz tylko szlify producenckie i będę mógł ją zaprezentować całemu światu.
JM: No właśnie chciałam też o to nowe życie piosenki spytać, ale też ciekawi mnie, jak w ogóle czujesz się z tym, że to właśnie ten utwór został doceniony przez takie grono, jak między innymi Natalia Przybysz, Katarzyna Groniec czy Krzysztof Iwaneczko?
MG: To że „Niebieska woda” została doceniona przez jury w tak niesamowitym składzie było dla mnie chyba jednym z największych wyróżnień. Wyjątkowym przeżyciem było dla mnie to, że wiem, kim są ci ludzie, mam ich na swoich playlistach, śpiewam ich numery w samochodzie jadąc gdziekolwiek, a teraz dokładnie te same osoby wspólnie stwierdzają że „Mateusz Gędek zrobił naprawdę dobry numer” (śmiech).
To wyjątkowe wyróżnienie, szczególnie, że piosenka powstała w nagłym przypływie weny. Wszystko działo się bardzo szybko i tak naprawdę stworzyłem ją na bazie trzech słów. I to jest chyba najzabawniejsze w tym wszystkim, że jakoś mnie one gdzieś tam urzekły. Nie wiem, czy jest sens, żeby mówić o tym, jakie to były słowa. Myślę, że można się łatwo domyślić. One są dosyć specyficznie poukładane i da się wywnioskować, że rzeczywiście było to coś prywatnego, bardzo intymnego.
Po zakwalifikowaniu się na festiwal, obiecałem sobie, że niezależnie od tego, co się wydarzy, chciałbym wydać ten numer. Musiałem usiąść do niego od początku, przypomnieć sobie, o czym rzeczywiście był, bo ta piosenka ma już grubo ponad rok. Podczas ogłoszenia wyników byłem naprawdę w ciężkim szoku, bo nie myślałem, że mam szansę na wygraną.
JM: Rok temu rozmawialiśmy o singlu Bujaj. Tam wspomniałeś o tym, że to mogłaby być jedna z tych smutniejszych piosenek w Twoim repertuarze. I ja totalnie temu zaprzeczę. Ja uważam, że to nie jest smutny utwór, a bardziej takie wyznanie miłości.
MG: To faktycznie nie jest smutna piosenka. To dźwięki i słowa, które mają dawać nadzieję na to, że wpadnie się kiedyś na kogoś, kto wniesie coś wartościowego do naszego życia. Będzie osobą, na którą się czeka. Z którą można się będzie tak swobodnie bujać, bez większej krępacji.
JM: Po kilku przesłuchaniach, miałam takie „kurczę, to jest świetna piosenka na pierwszy taniec”.
MG: Przyznaję, że już kilka razy słyszałem, że na pierwszy taniec to w ogóle bajka. Częstujcie się, proszę, nie ma problemu. (śmiech)
JM: Ale swoją drogą w takim klimacie jest też Lubię, tylko jest już bardziej optymistyczne.
MG: Jest bardziej wymierzone i bardziej skoncentrowane na konkretnej osobie. Bo w „Bujaj” mówię o tym, że jak już Cię znajdę, jak już będę wiedział, kim Ty jesteś, to wtedy będziemy mogli przeżyć to wszystko razem.
A w „Lubię” opisuję uczucie, którego sam doznałem i na jego podstawie powstał ten numer. Zawsze mi się wydawało, że w momencie, kiedy znajomość jest problematyczna, to dobrze byłoby ją zakończyć, ale niekiedy po prostu się nie da. I właśnie „Lubię” jest taką historyjką o tym opowiadającą – mimo, że można z jakąś osobą mieć dużo sprzeczek, dużo konfliktów, to ostatecznie się do niej wraca i mówi: „kurczę, ja Cię jednak dalej lubię”.
Muszę Ci się do czegoś przyznać — te numery czasami mi się myliły. Wiedziałem, który jest który, ale myślałem o „Lubię” i mówiłem „Bujaj” i na odwrót. Zdarzyło mi się kilka razy, że ludzie w wytwórni zastanawiali się, o co mi chodzi, bo pisałem do nich: „przesłałem master >>Bujaj<<”. Oni mi na to: „Mati, ale >>Bujaj<< było wydane rok temu”. Obie mają bardzo podobną energię i mogą się mylić, choć pewnie innym nie zdarza się to tak często jak samemu autorowi? (śmiech). Ale potwierdzam, że w „Lubię” jest więcej tej osobistej historii.
JM: Zauważyłam, że trochę więcej przekonujesz się do tych radośniejszych brzmień, czego idealnym przykładem jest też Feeling. Ma taki funky groove vibes, wszystkie wizualizacje, okładka singla.
MG: To jest taki numer, którym chciałem otworzyć trochę nowego Gędka, który nie był do tej pory zbyt wyeksponowany. Zawsze mi się wydawało, że trudno jest mi napisać wesołą piosenkę, taką żywszą. Tym bardziej, że muzyka też zawsze była dla mnie formą terapii. Ale zmieniłem zdanie, jak poznałem Filipa Tymoszczuka (filit), z którym pracowałem przy „Feelingu”. Zrozumiałem, że w muzyce też może mi się coś „szybszego” po prostu spodobać i mogę coś takiego przecież zrobić. I dalej to może być historia, która mi się przytrafiła. Dalej może być fajna, tylko podana z innymi dźwiękami, których słucham na co dzień, wieczorem, jak chcę się wytańczyć. Albo gdy idę gdzieś do lokalu, klubu ze znajomymi, aby poznać nowych znajomych, pobyć inaczej, z ludźmi. Chciałbym spróbować przekazać to, co czuję, ale też dobrze się przy tym bawić. Poczuć się dobrze z numerem, który ja napisałem. I „Feeling” jest właśnie taką odsłoną tego Mateusza „wariata”, który też ma niekiedy pazur idelikatnie cwaniackie zapędy. Mam nadzieję, że wyszło nam to ze smakiem i że w końcu czuć taki zadzior, który wydaje mi się, że gdzieś tam mam i że umiem go zastosować.
Wideo do piosenki to w zasadzie od początku do końca projekt mój i moich znajomych. Przyjechał do mnie Filip (filit), stworzyliśmy ten utwór w mieszkaniu. Stwierdziliśmy, że trzeba go wydać, bo nam się naprawdę podoba. Master zrobiliśmy z Tomkiem (TYNSKY), znowu niemal „razem na chacie”. A przy tym to całe poczucie, że po prostu sami stanęliśmy przed mikrofonem, nagraliśmy, stanęliśmy przed kamerą, też nagraliśmy i teraz to wydajemy. I nikt nam nie może powiedzieć, że coś zostało zrobione za nas.
JM: Jednak dalej się przejawiają u Ciebie te smutniejsze, poważniejsze utwory, na przykład Orkiestra, która została wydana na początku roku. Taka tajemnicza, skrywająca coś w sobie i skłaniająca do refleksji.
MG: Ten utwór tak naprawdę został napisany dawno, dawno temu. Został wydany, bo ostatecznie stwierdziliśmy, że jest po prostu dobry i fajnie byłoby go pokazać światu. Wydaje mi się, że wydaliśmy go trochę za późno i nie dotarł tak szeroko, jakbym chciał. Aczkolwiek nie żałuję absolutnie i cieszę się, że mogłem się nim podzielić, a przede wszystkim wyrazić nim siebie.
Podobnie, jak w utworze z Julką Mreńcą „Nie było źle”, który wydaliśmy jeszcze przed wakacjami. To jest piosenka, która właśnie była otwarciem tego nowego rozdziału samorealizacji związanego z całością procesu twórczego tworzenia piosenek. Mam tu na myśli kompozycję, tekst, produkcję aż po kreaację wizualną. Zaczęło się od tych trzech ostatnich singli i mam nadzieję, że doprowadzi mnie to w jakieś fajne miejsce.
JM: Wspomniałeś o utworze z Julią Mreńcą. Nawiązując do tego jakie to jest uczucie dzielić z kimś piosenkę jako artysta solowy?
MG: To jest naprawdę super, póki jest zgodność. W naszym przypadku akurat się to wszystko zgrało. Wyszedłem do Julki z inicjatywą stworzenia piosenki. Przyjechała do mojego mieszkania i zrobiliśmy ten utwór w sumie w jeden dzień. Na początku myślałem nad tym, żeby sprawdzić się jako producent, żeby nie pisać numeru dla nas, czy tam dla mnie, tylko stricte dla Julki. Ale po prostu tak mnie kupił ten refren i sama forma tego, jak to wygląda, że stwierdziłem — zróbmy i wydajmy to razem. Świetna sprawa móc pracować z kimś responsywnym, kto też ma jakąś wizję i też wie, co robi. Julka siedzi na fotelu za mną, daje swoje pomysły. Wówczas rzeczywiście widzę i czuję, że te pomysły są fajne, że grają z całą wizją utworu. Praca w teamie jest niezła!
JM: A chciałbyś w przyszłości zrobić jeszcze jakiś duet?
MG: Chciałbym bardzo. Mam trochę osób na swojej liście, z którymi chciałbym zrobić duety. Gdzieś tam zawsze mi się marzyła współpraca z Kortezem, którego niemal nieustannie słucham od tych paru lat. Vito Bambino robi świetne duety. Ostatnio sobie pomyślałem, że ten kierunek, w którym teraz idę, trochę skręca w takie groovy brzmienia „Zaliowe”. Zalia przemawia do mnie bardzo. Jest niesamowita wokalnie, ma wspaniałą barwę, a przy tym świetną prezencję na scenie. Mógłbym tak wymienić jeszcze kilka nazwisk, ale może lepiej będzie, jak skupię się na realizacji tych powyższych marzeń muzycznych.
JM: Zgadzam się odnośnie Zalii. Byłam na jej dwóch koncertach i jestem pełna podziwu jej energii na scenie. Poza tym ona jest taką czarującą osobą, a jej najnowsze utwory bardzo do mnie trafiają.
MG: Osobiście jestem ogromnym fanem „Motyla” z Piotrem Ziołą. To jest po prostu niesamowita piosenka. Kiedyś byłem w pracy, bo tam też obracam się w środowisku muzycznym i podczas jakiegoś eventu Zalia z Piotrem zagrali ten numer. Wtedy pomyślałemsobie: „jeny, jak ja bym chciał, żeby ze mną zaśpiewała”. Z Filipem (filit) mamy taką jedną demówkę, gdzie teoretycznie by się przydał żeński wokal, może wówczas?
JM: Pod koniec 2023 roku wydałeś „Uśmiech nr 3”. I jaki to jest ten uśmiech?
MG: Z tym kawałkiem to jest taka historia, że do końca nie wiedziałem, czy ja go w ogóle czuję. Nie leżał mi w 100 procentach, ale powiedziałem sobie: „stary napisałeś ten numer, więc sięładnie uśmiechnij”. I koniec końców dobrze to wyszło, bo dużej ilości osób podoba się ta piosenka, więc dla mnie to jest duży komplement. Aczkolwiek chyba ze wszystkich, które teraz sobie tu wymieniliśmy, ją gdzieś tam najmniej pamiętam.
JM: A pamiętasz może cover Maanamu?
MG: Kurczę, jakby nie patrzeć jest to legenda polskiej muzyki. Chciałem to zrobić od zawsze, bo jestem ogromnym fanem Kory i zespołu Maanam. Wychowywałem się na ich muzyce. Mam dwa albumy na winylu i bardzo często u mnie grają. Mam wrażenie, że to jest taka muzyka, z której można cały czas wyciągać coś nowego. Stwierdziłem, że na tyle uwielbiam i szanuję twórczość Kory i zespołu, że chcę spróbować ją przybliżyć mojemu pokoleniu, które z jakichś powodów jeszcze na tę muzykę nie trafiło. Dużo z nas zna ten zespół, ale w dalszym ciągu jest sporo młodych ludzi, którym umknął. A totalnie nie warto przegapić Maanamu w swoim życiu.
JM: Poza Niebieską wodą oraz Feelingiem czego możemy się spodziewać w najbliższym czasie?
MG: W najbliższym czasie chciałbym się skupić na „Feelingu”, bo mamy bardzo pozytywny oddźwięk z różnych stron o tej piosence. To jest taki projekt, w który władowaliśmy masę serducha z Filipem (filit) i chcielibyśmy, żeby on „pograł” w ludziach jak najdłużej. W międzyczasie mam do ogarnięcia trochę logistycznych tematów, które dzieją się poza muzyką. Między innymi studia, praca itp.
Mam nadzieję, że w końcu się doczekacie m.in. EP-ki. Ja o niej mówię i mówię… wydaje się, że chyba w zeszłym roku też o niej wspominałem. Ale ostatecznie cieszę się, że to się nie wydarzyło, bo, aż do tych wakacji, miałem poczucie, że ja trochę jeszcze kombinuję, że do końca nie wiem, nie jestem pewny. Lecz w tym momencie wydaje mi się, że już doskonale wiem, co ma się na niej znaleźć. Czekam jeszcze na zielone światło w postaci „porady życia codziennego”, które mnie utwierdzi w tym przekonaniu – „dobra, teraz możesz to robić”. I ja wtedy siądę i stworzę naprawdę dobrą EP-kę.
JM: To trzymam za to kciuki i przy okazji dziękuję bardzo za rozmowę.
MG: Bardzo mi miło. Dzięki raz jeszcze i do następnego!
W 2024 roku Lana Del Rey przeżyła kilka najważniejszych momentów w swojej karierze oraz w prywatnym życiu. Coachella, zakończenie trasy koncertowej i ślub … a teraz zapowiedź nowej muzyki.
Od początku 2024 roku wśród fanów Lany Del Rey krążyła plotka że nowy album gwiazdy będzie nawiązywał estetycznie do muzyki country. Wszystko rozpoczęło się w raz z premierą jej covera piosenki Take Me Home, Country Roads. Niedługo potem ukazał się nowy singiel Lany Del Rey wraz z Quavo, Tough, który również zawierał w sobie silne inspirację muzyką country. Fani artystki przez dłuższy czas byli przekonani że jej nowy album będzie nazywał się Lasso. Jednak ona ostatecznie miała inne plan.
Przez swoje media społecznościowe Lana Del Rey poinformowała że jej nowy album ukaże się 21 maja. Płyta The Right Person Will Stay będzie składała się z 13 utworów. Pierwsza nowa piosenka która trafi w ręce fanów to będzie Henry.
Producentami tego albumu m.in. są Jack Antonoff i Drew Erickson z którymi Lana Del Rey nagrała swój poprzedni album Did You Know That There’s a Tunnel Under Ocean Blvd. Niespodziewanym producentem na tej płycie jest Luke Laird, który wcześniej słynną głównie z współpracy z artystami country. Czyżby Lana Del Rey nie porzuciła w pełni tego muzycznego klimatu?