Ten jeden synth. Karaś/Rogucki – Atlas Iskier, 2024 (recenzja)

„Na końcu świata gra jeszcze jeden synth”

Po pięciu latach wspólnego muzykowania Karaś i Rogucki żegnają się z projektem w sposób godny i dojrzały. Atlas Iskier to nie tylko trzecia część trylogii zapoczątkowanej przez Ostatni Bastion Romantyzmu i Czułe Kontyngenty, ale też melancholijny epilog historii o uczuciach w erze, która coraz częściej zrzuca je na drugi plan.

Fot. Sławomir Duda

Napięcie i cisza

Już od pierwszych dźwięków #Życzliwość słychać, że to najbardziej mroczna i surowa płyta duetu. Gitary nie są tu ozdobnikiem tylko są ostrzem. Syntezatory pulsują jak neonowe światła w zapomnianym klubie. Produkcja Michała Karasia nie sili się na przebojowość – tu chodzi o atmosferę: gęstą, często niepokojącą, zawieszoną między post‑punkiem, elektroniką i industrialnym popem.

W utworach takich jak Dyskont dla szaraków czy Pusty Pixel wybrzmiewa nerwowe bicie serca współczesności. Dyskont dla szaraków, mój faworyt, to gorzka satyra na współczesne społeczeństwo – zwłaszcza jego konsumpcyjny, zunifikowany wymiar. Już pierwsze dźwięki riffu mówią z czym mamy do czynienia. Rogucki opisuje szarą codziennośćjako przestrzeń, w której wszystko, nawet emocje, podlega wycenie, rabatom i ustandaryzowaniu. Dyskont to tu symbol taniości życia, sprowadzenia marzeń, potrzeb i relacji do minimum egzystencji: „coś za coś, byle taniej”. „Szaraki” to nie tylko ludzie przeciętni, ale ci, którzy pogodzili się z brakiem wyjątkowości i żyją w automacie dnia powszedniego.

Związek jako iluzja schronienia

Rogucki pisze, jakby nie było już nic do ocalenia. Miłość nie uzdrawia — jest próbą ucieczki od pustki, samotności, banału codzienności. W Miłym popołudniu ironicznie przygląda się konwenansom związku, w Znikam znów samotności w tłumie. Zaopiekuj się mną (oryg. Rezerwat) brzmi tu jak rozpaczliwa modlitwa. Odarta z taniej nostalgii, ubrana w chłód syntezatorów i melancholijną rezygnację, staje się niemal hymnem całej płyty. Błaganiem o bliskość, które i tak nie zostanie wysłuchane.

Fot. Sławomir Duda

Pożegnanie z klasą

Atlas Iskier to płyta pożegnalna, ale też manifest. Karaś i Rogucki nie kończą współpracy, bo zabrakło im pomysłów – wręcz przeciwnie. Ich ostatni wspólny album to przemyślany, spójny i dojrzały koncept, który zamyka romantyczny rozdział w polskiej muzyce alternatywnej. To opowieść o końcu, który nie jest porażką, lecz świadomym wyborem. W tych utworach czuć zarówno melancholię rozstania, jak i dumę z artystycznej drogi, którą przeszli razem.

Emocjonalne rozliczanie artysty. Nick Cave & The Bad Seeds – Wild God, 2024 (recenzja)

Po pięcioletniej przerwie od przejmującego Ghosteen, Nick Cave & The Bad Seeds powracają z osiemnastym albumem studyjnym – Wild God. To kolejne emocjonalne rozliczenie artysty, w którym otwiera swoje serce, zapraszając słuchacza do świata refleksji nad śmiercią, żałobą i odrodzeniem.

Wild God różni się od poprzednich dzieł nie tylko treścią, ale również procesem twórczym. Cave, znany ze swojego introwertycznego podejścia do pracy, tym razem otworzył się na nowe doświadczenia, co nadaje albumowi bardziej dialogiczny charakter. Choć sam krążek może wydawać się mniej odkrywczy w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami zespołu, pozostaje solidnym i pełnym emocji dziełem.

Opowieść pełna kontrastów

Album otwiera utwór Song of the Lake, który za sprawą delikatnych instrumentów smyczkowych i eterycznego pianina wprowadza słuchacza w niemal magiczny klimat. Jednak ten pozornie lekki wstęp to tylko cisza przed burzą. Tytułowe Wild God przypomina brutalną narrację znaną z The Curse of Millhaven, choć tym razem przedstawioną w bardziej introspektywny sposób. Następujące Frogs łagodzi nastrój swoją łagodnością i minimalistyczną aranżacją, stanowiąc kontrast wobec emocjonalnej intensywności pozostałych utworów.

Joy to prawdziwy liryczny majstersztyk, w którym chóralne partie przywodzą na myśl kołysankę. Utwór dotyka tematów bezsilności i utraty w sposób przejmujący, a zarazem osobisty, ukazując Cave’a jako artystę zdolnego dotknąć najgłębszych strun ludzkiej duszy.

Najmocniejsze punkty albumu

Na szczególną uwagę zasługują utwory takie jak Conversion – apokaliptyczna melorecytacja, która powoli buduje napięcie, eksplodując w refrenie pełnym gospelowego uniesienia. Filmowa narracja Cinnamon Horses łagodzi nastrój, prowadząc słuchacza przez melancholijną opowieść o przemijaniu. Z kolei inspirowane mistycyzmem Long Dark Nightzanurza w transcendentalnych rozważaniach, wspartych subtelną elektroniką.

Jednym z najbardziej poruszających momentów jest O Wow O Wow (How Wonderful She Is), wzbogacony o wokal zmarłej Anity Lane – dawnej miłości i muzy Cave’a. Ten utwór to piękny hołd dla utraconych bliskich, przypominający, że muzyka potrafi być mostem łączącym dwa światy.

Przepiękny, choć nierówny

Wild God to album, który unosi słuchacza ponad chmury, ale nie boi się brutalnych upadków na ziemię. To muzyczna podróż pełna bólu, wiary i miłości. Choć niektóre kompozycje mogą wydawać się mniej odkrywcze, ich autentyczność i emocjonalny ładunek rekompensują wszelkie niedoskonałości.

Nick Cave & The Bad Seeds po raz kolejny udowadniają, że potrafią tworzyć albumy, które poruszają duszę i serce. Wild God to świadectwo ich niezwykłego kunsztu – przejmujące teksty, niesamowite chóralne aranżacje i oszczędne, ale przemyślane instrumentarium tworzą dzieło, które zostawia trwały ślad. To podróż, która nie tylko oczyszcza, ale też przypomina, że muzyka potrafi być balsamem dla duszy.

Black Sabbath po raz ostatni, czyli o pożegnalnym koncercie grupy

Birmingham, czyli miejsce, w którym wszystko się zaczęło, i w którym wszystko miało się zakończyć. Po latach niepewności, niedopowiedzeń i niepełnych pożegnań, Black Sabbath zrobili to, na co czekało kilka pokoleń fanów – zagrali ostatni koncert w oryginalnym składzie. I było warto czekać.

Choć trudno w to uwierzyć, od czasu pierwszego „ostatniego” koncertu w 2017 roku minęło osiem lat. Przez ten czas legenda metalu milczała. Gdy jednak ogłoszono jednorazowy występ Back to the Beginning w rodzinnym Birmingham, nikt nie miał wątpliwości: to będzie coś więcej niż tylko zwykły koncert.

Wielkie nazwiska – od Metalliki, przez Slayera, Alice in Chains, Pantera po Guns N’ Roses – przyjechały tego wieczoru nie tylko zagrać, ale złożyć hołd. Artyści, którzy nie mogli pojawić się osobiście, przesłali nagrania wideo, w których dziękowali Ozzy’emu za jego wkład w świat muzyki. Wśród nich znaleźli się m.in. Billy Idol, Dolly Parton, AC/DC oraz – wywołując spore kontrowersje podczas transmisji na żywo – Marilyn Manson. Prowadzący wieczór Jason Momoa zapowiadał kolejne zespoły z entuzjazmem godnym największego fana.

Bez Black Sabbath nie byłoby Metalliki. Dziękujemy wam, chłopaki, za nadanie sensu naszemu życiu.

mówi James Hetfield

Niespodzianką był też występ YUNGBLUDA, który zaśpiewał Changes. Pojawił się jako reprezentant nowego pokolenia, szczery i pełen pasji. Porwał tłum, który mógł go wcześniej nie znać, doprowadzając do wspólnego śpiewu całego stadionu. Jednym utworem zdołał skraść pierwszą część koncertu i zniknął ze sceny.

To, co uczyniło ten koncert wyjątkowym, nie było tylko zestawieniem największych hitów czy emocją tłumu. Kluczowy był skład. Po raz pierwszy od dekad na scenie pojawili się razem Ozzy Osbourne, Tony Iommi, Geezer Butler i Bill Ward.

Warda zabrakło w 2017 roku. Tą historie trzeba było jednak zakonczyć razem. Ward, który zmagał się z problemami zdrowotnymi i finansowymi, pojawił się na scenie jak duch przeszłości. Zagrał z mocą, która wykraczała poza technikę.

Choć wszyscy wiedzieli, że Ozzy nie wytrzyma całego koncertu, jego pojawienie się na scenie i wykonanie War Pigs, Iron Man i Paranoid było czymś w rodzaju obrzędu przejścia. Wokalista, wyraźnie osłabiony, wspierany przez techników i rodzinę, nie próbował udawać dawnej wersji siebie. Ale nie musiał. Wystarczyło, że był. Publiczność zareagowała nie tylko owacjami, ale autentycznym wzruszeniem.

Ten jeden wieczór był wszystkim, co chcieli powiedzieć – fanom, sobie nawzajem, a może nawet muzyce jako takiej.

Cały sens tego ostatniego koncertu polegał na tym, by zakończyć to w oryginalnym składzie. (…) Teraz chodzi o coś więcej – o domknięcie historii.

powiedział Geezer Butler

Jeśli istnieje koncert, po którym naprawdę nie ma już nic więcej do dodania – to był właśnie ten. Black Sabbath wrócili, żeby się pożegnać. Tym razem naprawdę. I zrobili to tak, jak przystało na pionierów gatunku. Nie będzie trasy. Nie będzie bisów. Ale będzie legenda, która tego wieczoru zamknęła się z hukiem

Deszczowe rozpoczęcie wakacji w rytmie disco, czyli koncert Foster The People w Polsce. Relacja Sebastiana Dziudy

Czy ktoś jeszcze pamięta Foster The People? Indie-popowa kapela z USA co prawda czasy świetności ma już dawno za sobą, jednak w latach 2011- 2012 grupa dowodzona przez Marka Fostera osiągnęła szczyt popularności, będąc tym samym dopiero na początku swojej światowej kariery. Wkroczyli do mainstreamu 14 lat temu przebojowym albumem Torches. Płyta zaliczyła ogromny sukces komercyjny, a na szczytach list przebojów plasował się singiel Pumped Up Kicks, charakteryzujący się pogodną, wpadającą w ucho melodią, która kontrastuje z ponurym tekstem. 11 lat od poprzedniego, w dodatku festiwalowego koncertu w Polsce i 8 lat od ostatniego tournée po Europie, zespół wystąpił nad Wisłą 27 czerwca na Letniej Scenie Progresji w Warszawie, a mnie nie mogło tam zabraknąć.

Foster The People to ścisła czołówka moich ulubionych zespołów. Grupę cenię przede wszystkim za melodyjne utwory, pozytywną energię, unikatowy styl i kalifornijski luz, a to wszystko okraszone brzmieniem disco i funku. W twórczości kapeli, brzmień wyjętych rodem z „Soul Train” lat 70. i 80. można usłyszeć sporo, zwłaszcza na ostatnim albumie Paradise State of Mind z 2024 roku. Warto jednak zaznaczyć, iż zespół nie odszedł zupełnie od indie-popowych i synth-popowych korzeni, serwując funkową energię w alternatywno-elektronicznym wydaniu. Amerykanie może obecnie nie są najczęstszymi gośćmi w moich głośnikach i słuchawkach, jednak kilka lat temu ich muzyka towarzyszyła mi bardzo często, toteż informację o ich koncercie w Polsce przyjąłem z dużą ekscytacją i niemałym zaskoczeniem.

Znane piosenki nieznanej grupy

Schemat rozmów odnośnie koncertu zawsze był taki sam. Gdy oznajmiałem, że jadę na Foster The People, sama nazwa zespołu niewiele mówiła moim rozmówcom. Dopiero zanucenie Pumped Up Kicks wywoływało w każdym przypadku niemal jednakową reakcję na zasadzie: „Aaa to są ci, no to znam”. To tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że Foster The People jako zespół jest już nieco mało kojarzony powszechnie, jednak najpopularniejszy utwór Amerykanów nadal nie pozwala im odejść zupełnie w niepamięć. Wystarczy przytoczyć statystyki: ponad dwa miliardy streamów na Spotify i ponad miliard odtworzeń teledysku na YouTube, a także regularna obecność w rozgłośniach radiowych. Viralowy singiel z pierwszej płyty zapewnił Kalifornijczykom nieśmiertelność, jednak wcale nie oznacza to, że zespół odcina kupony od sukcesu sprzed niemal 15 lat. Wręcz przeciwnie, dalej rozwija się brzmieniowo i wydaje nowe albumy. Kapela ma już na koncie cztery longplay’e, z których każdy muzycznie ma do zaoferowania coś innego, a najnowsza odsłona Foster The People to zaproszenie do niczym nie skrępowanej, tanecznej zabawy w rytmie disco w cekinowych dzwonach.

Faktyczny skład zespołu liczy obecnie dwie osoby. Jedną z nich jest oczywiście Mark Foster – wokalista, producent, tekściarz i lider od momentu powstania grupy, bez którego trudno sobie wyobrazić sens jej istnienia. Tym drugim, mniej oczywistym członkiem duetu, jest Isom Innis. Schowany za instrumentami klawiszowymi muzyk koncertuje z Foster The People niemal od zawsze, oficjalnym członkiem grupy został w 2017 roku. Pełnię instrumentalnego doświadczenia zapewniła kilkuosobowa ekipa muzyków sesyjnych, która, wnioskując po tym co usłyszałem, naprawdę zna się na swoim fachu.

Letnia sceneria i letnie granie

Miejsce koncertu dawało klimat jakiegoś festiwalu, podobnego do Letnich Brzmień czy Zorzy. Letnia Scena Progresji, bo właśnie tam odbyło się wydarzenie, dokładnie to ma w swoim założeniu – oferowanie muzycznych doznań pod gołym niebem przez całe wakacje. Poza sceną z malowniczym laskiem w tle, mieliśmy do dyspozycji także punkty gastronomiczne, stoisko z merchem oraz dosyć spore parasole, które skupiały pod sobą grupki koncertowiczów, pragnących uchronić się przed deszczem.

Festiwalowy anturaż korespondował z samym koncertem, zespół grał bowiem godzinę z hakiem. Licząca 19 numerów setlista skrojona była na modłę greatest hits, a kawałków z najnowszej płyty usłyszeliśmy tylko cztery. Z pewnością nie był to koncert nastawiony na promocję nowego albumu, a bardziej celebrację powrotu do regularnego koncertowania po modyfikacjach w składzie. To nie było żadne „Paradise State of Mind Tour”, a bardziej „Summer Hits with Foster The People – Europe Leg”. Takiego rozwiązania jednak się spodziewałem i właśnie takie otrzymałem, czyli lekki, przyjemny koncercik pod chmurką do potuptania i poskakania. Wszystko się zgadzało – z wyjątkiem pogody, ale co do tego trudno mieć do kogokolwiek pretensje. Jednak gdybym miał już się do czegoś przyczepić, to doboru utworów, ale oczywiście wiadomo, że nie zawsze usłyszy się swoje ulubione piosenki. Setlista ma obfitować przede wszystkim w przeboje i energetyczne numery, a niekoniecznie zapomniane b-side’y sprzed dekady. Ponadto więcej miejsca w setliście poświęciłbym albumowi Sacred Hearts Club, z którego wybrzmiały tylko dwa single. Należy jednak docenić ogólną selekcję utworów, w miarę równe potraktowanie każdej z płyt i zachowany balans między momentami wytchnienia i szaleństwa tak, aby każdy znalazł coś dla siebie. Były psychodeliczne podróże z albumem Supermodel, indie-popowa impreza do utworów z Torches oraz funkowa dyskoteka przy piosenkach z ostatniej płyty, a wszystko zakończone bisem z dwoma największymi przebojami – synthowym Sit Next to Me oraz oczywiście przebojowym Pumped Up Kicks, bez którego koncert właściwie nie miał prawa się wydarzyć.

„It feels like a coming of age”… ale jeszcze nie tym razem

Amerykanom daleko do poziomu popularności, jaki osiągnęli na początku swojej kariery, zaś wydany w ubiegłym roku krążek jakby przeszedł jakby bez echa. Mimo, że kapeli nie udało się powtórzyć komercyjnego sukcesu debiutanckiego albumu, ani tym bardziej wyprzedać koncertu w Polsce, to i tak pod sceną zgromadziło się grono wiernych odbiorców. Nawet niekorzystna tego dnia pogoda nie przeszkodziła fanom w zabawie, którzy z pewnością bardzo długo czekali, aby móc wreszcie zobaczyć i usłyszeć swoich ulubieńców na żywo. Publiczność tego dnia nie była liczna, lecz zdawało się, że mało osób przyszło tu z przypadku. Można było wyczuć, że na koncercie zjawili się naprawdę oddani fani, którzy są z zespołem lat naście.

Foster The People są dla mnie niejako synonimem lata i beztroskiego wypoczynku na plaży w cieple. W takich okolicznościach najczęściej ich słuchałem i taka właśnie jest twórczość zespołu – przystępna, pogodna, spalona kalifornijskim słońcem zachodzącym między palmami w Los Angeles. Toteż symboliczne było to, że dzień koncertu wypadał w dniu zakończenia roku w szkołach, a tym samym w początek wakacji. Tego dnia było nieco wietrznie, a to dlatego, że w powietrzu unosił się powiew nostalgii. Przez nieco ponad godzinę mogłem poczuć się ciut młodziej i przejmować się trochę mniej prozą życia. W myślach znów miałem 13 lat, cały wakacyjny dzień spędziłem z ziomkami na rowerze, zjadłem ulubione lody w osiedlowym sklepie, a po powrocie wieczorem do domu odpaliłem Fifę 12 i trenowałem nowe zmyłki Kaką w Realu do Call It What You Want.

Siostry Grabowskie przejmują parkiet

Pamiętacie je? Poważna Zuzanna, frywolna Cecylia i nieśmiała Irenka, będące kolejnym projektem sanah powracają po długiej ciszy i serwują swoim fanom Boogie Woogie. Poznajcie szczegóły!

Dla tych, którzy nie pamiętają kim są Siostry Grabowskie śpieszymy z przypomnieniem, jest to projekt sanah, w którym artystka prezentuje swoje trzy alter ego. Wspomniane wyżej Zuzanna, Cecylia i Irena w swojej stylistyce nawiązują do nurtu retro, dzieląc się swoją nostalgią do lat 60. ubiegłego wieku. Siostry Grabowskie zadebiutowały w marcu 2024 singlem Cała sala śpiewa!, który trafił na listy przebojów i zdobył status złotej płyty. Nowa premiera wskazuje, że sanah zamierza kontynuować swoją retro‑wizję, łącząc zabawę, swingowe brzmienia i poczucie humoru.

Premierowy kawałek miał premierę w piątek 4 lipca, utrzymany jest w stylistyce elektro‑swingowej, z elementami muzyki retro, a całość uzupełnia teledysk, który także oddaje dawny klimat. Ta premiera pokazuje, że sanah nie próżnuje i stara się realizować wiele pomysłów jednocześnie, bowiem w maju tego roku ukazała się druga część albumu ze śpiewanymi poezjami, pod tytułem Dwoje ludzieńków, projekt ten już we wrześniu trafi na Stadion Narodowy w Warszawie. Czy Siostry Grabowskie zamierzają też pojawić się na scenie?