Black Sabbath po raz ostatni, czyli o pożegnalnym koncercie grupy

Birmingham, czyli miejsce, w którym wszystko się zaczęło, i w którym wszystko miało się zakończyć. Po latach niepewności, niedopowiedzeń i niepełnych pożegnań, Black Sabbath zrobili to, na co czekało kilka pokoleń fanów – zagrali ostatni koncert w oryginalnym składzie. I było warto czekać.

Choć trudno w to uwierzyć, od czasu pierwszego „ostatniego” koncertu w 2017 roku minęło osiem lat. Przez ten czas legenda metalu milczała. Gdy jednak ogłoszono jednorazowy występ Back to the Beginning w rodzinnym Birmingham, nikt nie miał wątpliwości: to będzie coś więcej niż tylko zwykły koncert.

Wielkie nazwiska – od Metalliki, przez Slayera, Alice in Chains, Pantera po Guns N’ Roses – przyjechały tego wieczoru nie tylko zagrać, ale złożyć hołd. Artyści, którzy nie mogli pojawić się osobiście, przesłali nagrania wideo, w których dziękowali Ozzy’emu za jego wkład w świat muzyki. Wśród nich znaleźli się m.in. Billy Idol, Dolly Parton, AC/DC oraz – wywołując spore kontrowersje podczas transmisji na żywo – Marilyn Manson. Prowadzący wieczór Jason Momoa zapowiadał kolejne zespoły z entuzjazmem godnym największego fana.

Bez Black Sabbath nie byłoby Metalliki. Dziękujemy wam, chłopaki, za nadanie sensu naszemu życiu.

mówi James Hetfield

Niespodzianką był też występ YUNGBLUDA, który zaśpiewał Changes. Pojawił się jako reprezentant nowego pokolenia, szczery i pełen pasji. Porwał tłum, który mógł go wcześniej nie znać, doprowadzając do wspólnego śpiewu całego stadionu. Jednym utworem zdołał skraść pierwszą część koncertu i zniknął ze sceny.

To, co uczyniło ten koncert wyjątkowym, nie było tylko zestawieniem największych hitów czy emocją tłumu. Kluczowy był skład. Po raz pierwszy od dekad na scenie pojawili się razem Ozzy Osbourne, Tony Iommi, Geezer Butler i Bill Ward.

Warda zabrakło w 2017 roku. Tą historie trzeba było jednak zakonczyć razem. Ward, który zmagał się z problemami zdrowotnymi i finansowymi, pojawił się na scenie jak duch przeszłości. Zagrał z mocą, która wykraczała poza technikę.

Choć wszyscy wiedzieli, że Ozzy nie wytrzyma całego koncertu, jego pojawienie się na scenie i wykonanie War Pigs, Iron Man i Paranoid było czymś w rodzaju obrzędu przejścia. Wokalista, wyraźnie osłabiony, wspierany przez techników i rodzinę, nie próbował udawać dawnej wersji siebie. Ale nie musiał. Wystarczyło, że był. Publiczność zareagowała nie tylko owacjami, ale autentycznym wzruszeniem.

Ten jeden wieczór był wszystkim, co chcieli powiedzieć – fanom, sobie nawzajem, a może nawet muzyce jako takiej.

Cały sens tego ostatniego koncertu polegał na tym, by zakończyć to w oryginalnym składzie. (…) Teraz chodzi o coś więcej – o domknięcie historii.

powiedział Geezer Butler

Jeśli istnieje koncert, po którym naprawdę nie ma już nic więcej do dodania – to był właśnie ten. Black Sabbath wrócili, żeby się pożegnać. Tym razem naprawdę. I zrobili to tak, jak przystało na pionierów gatunku. Nie będzie trasy. Nie będzie bisów. Ale będzie legenda, która tego wieczoru zamknęła się z hukiem

Czytaj również