Był wtorek. To niespodziewane wydarzenie – nowy album Beyoncé – miało miejsce cztery dni temu. Od tamtego czasu u mnie na bok poszły wszystkie piosenki świąteczne, zjawiskowa Kelly Clarkson czy nowy singiel Lei Michele. Non stop, over and over, czternaście utworów Królowej Beyoncé. Oto prawdopodobnie pierwsza w Polsce recenzja najnowszego krążka Mrs. Carter. I to napisana przez jej największego fana na All About Music.
Recenzja napisana 17 grudnia 2013 roku. Dzisiaj mijają dokładnie dwa lata od premiery albumu na świecie.
Nikt się tego nie spodziewał. Rok 2013 był praktycznie już przez wszystkich zamknięty, branżowe gazety już ogłosiły swoje podsumowania, ja powoli zbierałem krążki i piosenki, które zamieszczę w tymże podsumowaniu (na All About Music w styczniu). A tu nagle: boom. Nie da się inaczej tego określić – jedno, wielkie boom. Świat oszalał: rekordy iTunes pękły, rekordy na Twitterze pękły, ilość nagłówków, artykułów i tekstów na temat niesamowitej akcji Miss Bey przeszła najśmielsze oczekiwania. Na samym All About Music od piątku napisaliśmy o niej prawie 10 razy wliczając w to premiery dwóch teledysków.
Album jest na pewno inny. Każdy krążek Queen B to progres, ewolucja i ciągle odkrywanie nowych terenów w muzycznym świecie. Będę szczery – może przy słuchaniu muzyki Pani Knowles mam trochę klapki na oczach, bo jest to moja ulubiona artystka w całym wszechświecie, jednak nie byłem do końca zakochany w tym albumie. O ile Pretty Hurts, XO, Heaven czy Blue od razu podbiły moje serce, tak problem miałem ze środkiem wydawnictwa. Nie zachwyciły mnie No Angel, Jealous, Rocket czy Mine. Nie jest to raczej moja bajka w muzycznym światku. Ale po kolei.
Zachwyciło mnie XO od razu. Zjawiskowe, chociaż bardzo Beyoncowe. Cudowna chrypka na początku refrenu, wspaniały bit. Pretty Hurts ma w sobie tyle dramaturgii i autentyczności, że nie jednak wielka popowa gwiazda mogłaby pozazdrościć Bey. W jednej piosence przekazała tyle emocji, że byłem w szoku. No bo jak to, najpiękniejsza kobieta świata śpiewa, że jednak piękno boli? Wsłuchajcie się w tekst.
…
Perfection is the disease of a nation
…
But you can’t fix what you can’t see
It’s the soul that needs the surgery
Heaven oraz Blue to kawałki, które musiały się znaleźć na tym albumie – mimo, że niczym nie zaskakują, jednak jest to taka twórczość Bey, która na każdy albumie mieć miejsce musi. I gdyby zabrakło Heaven, to nie byłbym spełniony – to przepiękna, emocjonalna ballada, godny następca I Was Here czy Listen – choć tematycznie inna.

Dwa utwory – a właściwie cztery – totalnie rozłożyły mnie na łopatki i nigdy w życiu bym nie powiedział, że zakocham się w takim utworze. Pierwszy Ghost + Haunted. Produkcja tych kawałków rozkłada na łopatki praktycznie większość albumów wydanych w 2013 roku. Szczególnie końcówka Ghost, gdy uderza ten drążący i potężny bit. Haunted również rzuca na kolana. Jest to zdecydowana nowość i innowacja w całej dyskografii Beyoncé. Utworów tego typu nie stworzyła jeszcze nigdy i brawa dla niej za tak odważny, tak nowatorski i interesujący krok. Drugi „składak” to połączenie Yoncé oraz Partition. To niesamowicie seksowny i wpadający w ucho kawałek – szczególnie Yoncé. Tu również wyróżnia się znakomity bit, dopracowana produkcja. Tekst jest mocno zakrapiany erotyzmem, przez co całość wydaje się wyuzdana i pełna rozpusty. Ale kto jej zabroni? Nie będzie przecież non stop śpiewać oooh kochałeś mnie, teraz nieee, co ja zrobię?
Po pewnym czasie dotarło również do mnie No Angel, Jealous oraz Mine z Drake’iem. Może nie są to kawałki, które wielbię, jednak przekonałem się do nich. Wciąż jednak – i tak już na pewno pozostanie – nie podoba mi się Rocket.

Ostatnie dwa utwory (bo Drunk in Love pominę – mimo, że ciekawe i bardzo dopracowane, to jednak kolejna bardzo udana kolaboracja BeyJay, a skoro BeyJey, tzn. że musi być dobrze) to ***Flawless i Superpower. W przypadku pierwszego tytuł mówi sam za siebie. It’s really flawless. Bardzo cieszę się, że użyto tutaj kawałka Bow Down, bo jednak kto jak kto, ale Beyoncé ma prawo śpiewać Bow Down Bitches. I niech śpiewa. A w połączeniu z feministycznymi tekstami i monologami – to naprawdę jeden z ciekawszych kawałków tego roku. Spodobało mi się również swobodne i swawolne Superpower. Bey z Frankiem brzmi naprawdę dobrze.
Warto jeszcze wspomnieć o teledyskach. Nie, wspomnieć to za mało. O nich można by napisać kolejną całą recenzję. Siedemnaście filmów, każdy około 4-5 minut, to jednak prawie półtorej godziny zabawy z ulubioną artystką. Wiecie, że w Stanach są plany, aby to rzeczywiście puścić w kinach jako całość? Polskie kina, żryjcie tej pomysł, będę pierwszym, który kupi bilet. Najbardziej podobają mi się teledysk do Pretty Hurts, XO oraz Grown Woman. Szkoda, że Bey nie zdecydowała się na dodanie studyjnej wersji Grown Woman. To coś, czego mi brakuje.

Najnowszy album Beyoncé to zupełnie nowa Bey. Na Sashy Fierce była szalona i fierce. Na „czwórce” pokazała swoją liryczną, wyciszoną stronę. Czym zatem jest piąty krążek? Niczym z powyższych. Na Beyoncé artystka eksploruje nowe tematy lub poszerza te, o które gdzieś tam zahaczyła. Mnóstwo tutaj seksualności, ponętności, namiętności. Jest erotyzm, ale jest też i wyuzdanie – chociaż wszystko to na odpowiednim, „beyoncowym” poziomie. To nie jest naga Miley Cyrus na jakiejś kuli, to Beyoncé, która jeśli już pokazuje pupę czy inne swoje walory – to robi to odpowiednio, namiętnie i działa na zmysły. Ona wie, że nie sztuką jest zdjąć wszystko. Wie, że lepiej działać na zmysły i wyobraźnię, a nie tylko na zwykły popęd i ludzkie instynkty. I w końcu – to niesamowicie dopracowany i dopięty na ostatni guzik album, w którym zgadza się wszystko: zjawiskowy i jedyny w swoim rodzaju wokal, produkcja na najwyższym światowym poziomie oraz niepowtarzalne i wyjątkowe teksty.
To album, który jednoznacznie wskazuje – Beyoncé jest na tym świecie jedna i nie ma sobie równych. No, może równać się jedynie może Justinowi Timberlake’owi, którego The 20/20 Experience jednak będzie chyba moim numerem jeden roku 2013. Ostatecznej decyzji jeszcze nie podjąłem, dowiecie się w styczniu. :)


