Justin Timberlake – The 20/20 Experience (2013), recenzja Łukasza Mantiuk

W sumie nie wiedziałem jak zacząć tę recenzję. Od razu przeszedłbym do zachwalania tego krążka, ale jakoś tekst zacząć trzeba. No więc… Dobra, wymyśliłem: oto recenzja pierwszego pretendenta do tytułu Album of the Year. Wszędzie, w każdych nagrodach. Panie i panowie, powraca ten dobry Justin.

Na początku nie było łatwo. Przy Suit & Tie miałem mieszane uczucia, jednak po pewnym czasie przekonałem się do tego kawałka. Po pierwszym przesłuchaniu albumu stwierdziłem: wielkie rozczarowanie. Byłem zły, bo czekałem na ten album naprawdę długo – FutureSex/LoveSounds to jeden z najlepszych albumów minionej dekady, a jednocześnie jeden z moich ulubionych krążków, które połykam w całości. Liczyłem na bezpośrednią kontynuację tego albumu. Przeliczyłem się, Justin nagrał znów po swojemu.

Krążek The 20/20 Experience jest dokładnie odwrotnością tego, czego oczekiwalibyśmy po artyście, którego nie było z nami sześć lat. Oczekiwaliśmy popowych, popowo-rnb-owych utworów, które idealnie wpasują się w panujące klimaty, będą dobrze brzmiały w rozgłośniach radiowych, przy tytułach znajdą się topowi producenci i songwriterzy. No i jeszcze będzie szczypta dubstepu. Krążek ten nie ma nic z powyższych – przede wszystkim w całości jest wyprodukowany przez Justina i Timbalanda – obecnie już zapomnianego i lekko nielubianego. Justin się tym nie przejmował, wziął swojego dobrego znajomego i nagrał z nim kolejny krążek.

justin

Album jest anty-radiowy. Utwory trwają po 6-7 minut (najkrótszy ma 4:48, najdłuższy 8:05), ciągną się, mają długie początku, długie zakończenia. Nie mają ‘nośnych’ refrenów, nie mają dubstepu, powtarzających się elementów tylu ‘na na na’ czy ‘la la la’. Mają za to mnóstwo ciekawych elementów, świetne teksty (serio – proste są, ale urocze i błyskotliwe). W Pusher Love Girl znajdziemy elementy retro, inspiracje muzyką filmową, kinem lat 50. Don’t Hold the Wall ma najmocniejszy i najbardziej charakterystyczny bit na całej płycie, plus mnóstwo elementów egzotycznych – Karaiby, Hawaje czy Indie? Wszystko razem. Dużo na płycie też czegoś, co mógłbym nazwać futuryzmem – dźwięków komputerowych, przetworzonych sto razy – takie detale są m.in. w Tunnel Vision czy w Spaceship Coupe (jak sama nazwa mówi). Mało tego, są tutaj nawet klimaty salsy! Let the Groove Get In to najbardziej klimatyczny i przebojowy utwór tego albumu. Gdy się go słyszy nogi pod stołem od razu się ruszają. Jest jeszcze Mirrors, kawałek, który jako jeden z nielicznych dobrze brzmi w radio, jeszcze lepiej  na żywo, co Justin pokazał podczas gali BRIT Awards. Krążek zamyka siedmiominutowa ballada, Blue Ocean Floor. Jest ona bardzo smutna, nawet przygnębiająca, jednak bardzo piękna. Bardzo cieszę się, że na tym albumie nie zabrakło i takiej piosenki.

Celowo w akapicie powyżej unikałem słów „moja ulubiona”, „tę lubię najbardziej” czy „tę mniej”. Wszystkie utwory dla mnie stoją mniej więcej na tym samym poziomie, wszystkie lubię mniej więcej tak samo. Jak już napisałem, za pierwszym razem byłem rozczarowany, jednak po tygodniu słuchania albumu jestem nim wprost zachwycony, oszołomiony i zdumiony. Gdzieś naprzód wysuwa się Mirrors, Pusher Love Girl oraz Spaceship Coupe – z tych najbardziej ukochanych (nie zgadzam się z Zuzanną, która twierdzi w swojej recenzji, że ten utwór jest zapychaczem, o nie nie), a gdzieś tam z tyłu jest Don’t Hold the Wall i That Girl. Nie jest jednak tak, że o którymkolwiek z utworów mogę powiedzieć: nie lubię. Cała płyta jest doskonała.

http://www.youtube.com/watch?v=NXtEnURrlBY

Justin dokonał czegoś naprawdę spektakularnego. Nie było go sześć lat, po czym ni stąd ni zowąd wydał nowy singiel, teraz wydaje nowy album i osiąga sukces. Pierwsze prognozy mówią o sprzedaży na poziomie pół miliona kopii w USA. Jest to nie lada wyczyn, jeśli spojrzymy na gwiazdy, które również wracały po jakimś czasie np. spektakularna porażka Nelly Furtado w tym roku czy nijaka sprzedaż albumu Christiny Aguilery. Jestem pewien, że i o tym albumie usłyszmy podczas Grammy 2014.

Podsumowując, nie poddawajcie się po pierwszym przesłuchaniu albumu. Wiem, że boli. Nie poddawajcie się również przy trzecim i piątym przesłuchaniu. Dajcie temu krążkowi czasu, kilku dni, kilkunastu przesłuchań. Warto naprawdę, gdy się już odkryje jego wewnętrzne, ukryte piękno (dobra, teraz to poleciałem, ale nie żartuję) to zadomowi się on na dobre w waszych playlistach.

The-20-20-Experience-Justin-Timberlake

* * *

To druga recenzja albumu Justina Timberlake’a na All About Music. Wczoraj mogliście przeczytać recenzję Zuzanny, która oceniła krążek na 7.5, jutro natomiast recenzję zaprezentuje Filip Wiącek.

Czytaj również