Site icon All About Music

Best of 2013 redakcji All About Music – Najlepsze albumy i utwory według Filipa Wiącka

Klikając w ten obrazek przeniesiesz się do podstrony, gdzie znaleźć możesz wszystkie podsumowania roczne redaktorów All About Music.

Tak jak reszta redakcji przygotowałem listy najlepszych albumów i utworów tego roku. Co się na nich znajdzie? Trochę popu, trochę rocka, gdzieniegdzie soul, a także mnóstwo Woodkida oraz Tarji.

Przypominamy, że to zestawienie, jak i wszystkie kolejne okraszone jako „Best of 2013 redakcji All About Music” są w pełni subiektywnymi odczuciami i zestawieniami danego redaktora. To lista piosenek i albumów, które dany redaktor polubił i pokochał najbardziej w roku 2013.

Najlepsze albumy roku 2013

Gdy po raz pierwszy przesłuchiwałem The Golden Age, nie dałem się oczarować. Uznałem, że to po prostu dobry krążek, który po genialnym Iron trochę rozczarował. Dziś jednak diametralnie swoje zdanie zmieniłem. Woodkid stworzył dzieło, które nie jest zwyczajną płytą. Ona zostanie z nami na wiele lat i mogę to nawet zagwarantować. Kto bowiem inny tak odważnie sięga po taką gamę instrumentów, tworzy tak tajemniczy, a przy tym wspaniały i uzależniający klimat? Ja nikogo takiego nie znam. Tak więc, jeśli jeszcze nie znacie, to KONIECZNIE musicie tę muzykę przesłuchać. Nieopisane przeżycie.

Już przy pierwszym przesłuchaniu Colours in the Dark wiedziałem, że będzie to jeden z najlepszych albumów 2013 roku. Tarja Turunen nagrała swój najdojrzalszy, najbardziej symfoniczny i zdecydowanie najlepszy krążek. Podczas gdy jej koledzy z Nightwish nie mogą znaleźć odpowiedniej wokalistki, ona pokazuje, że solowo radzi sobie nie gorzej. Nawiązując do tytułu płyty, kolory w ciemności wyglądają jeszcze piękniej i bardziej okazale.

Po sukcesie Candy obawiałem się, że Robbie Williams pójdzie za ciosem i nagra coś podobnego. Na szczęście prawda okazała się zupełnie inna. Wokalista nie tyle nagrał nową wersję Swing When You’re Winning, co wyciągnął wszystko co najlepsze z tego albumu i dodał rewelacyjne, własne kompozycje. Dodajmy do tego niebanalne, niedzisiejsze, jazzowo-swingowe melodie, bardzo dobry wokal Williamsa oraz inteligentne teksty, a mamy materiał idealny. A przynajmniej bardzo zbliżony do ideału.

Od premiery krążka przeczytałem już wiele recenzji tego dzieła. Większość (jak nie wszystkie) bardzo chwaliły Monae. I ja też to zrobię. Inaczej się po prostu nie da – The Electric Lady to album niemal idealny. Równie dobry (no może ociupinkę słabszy, ale naprawdę nieznacznie) co The ArchAnoid. Artystka bardzo imponuje mi swoją wyobraźnią i pomysłami – choć utworów na longplayu sporo (aż 19), to nie czuć zmęczenia ani znudzenia. A nawet więcej: do każdej kompozycji można by dopasować trzy określenia: oryginalność, nowość, geniusz. Brawo, Janelle, tak trzymać.

Album Beyoncé jest wprost fenomenalny. Zachwycił mnie przede wszystkim dlatego, że to powrót do najlepszych czasów wokalistki. Sporo tu więc r&b, hip hopu, nieco też soulu (Heaven, Blue). Wokalistka brzmi niezwykle seksownie, a utwory pod względem melodyjnym i tekstowym są erotyczne. W niektórych momentach (Partition, Rocket) nawet nieco wyuzdane. Ale bez przesady. Bey odpowiednio wie, ile odkryć, ile pokazać, by działać na zmysły, jednocześnie nie przekraczając granicy dobrego smaku

Choć z początku płyta znudziła mnie, udało mi się do niej przekonać. Michael Bublé stworzył rewelacyjny, jazzowowo-popowo-swingowy krążek, który brzmi, jakby był wyjęty z innej epoki. Nic dziwnego – aż 10 z 14 utworów to covery. Jednak i piosenki napisane specjalnie na To Be Loved brzmią tak cudownie niedzisiejszo. Wiadomo – w 2010s króluje już inna muzyka. Dlatego utwory artysty cenię jeszcze wyżej.

Dziewiętnasty studyjny album Black Sabbath zawierający niemal cały oryginalny skład grupy. To musiał być krążek fantastyczny. I taki rzeczywiście jest. Na płycie bardzo dobrze czuć ducha pierwszych nagrań grupy. Jak więc nie kochać czegoś co tak bardzo przypomina nieśmiertelne Black Sabbath i Paranoid? Plus Ozzy Osbourne na wokalu – miód dla uszu.

Już poprzednia płyta wokalistki podobała mi się. Ta jednak tym bardziej mnie powaliła. Jest doskonała. Dużo o niej jednak powiedzieć nie potrafię. Utwory są dobre, bardzo dobre, w większości nawet świetne. Trzeba ich po prostu posłuchać i samemu odkryć piękno Fire Within. A to jak Birdy śpiewa… ach, mam kolejną wokalistkę, w której będę się skrycie podkochiwał…

Choć piosenki nagrane przez Johna i Joy na soundtrack do Igrzysk śmierci zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie, to nie sądziłem, że aż tak spodoba mi się ich studyjny album. A jednak cuda się zdarzają. Jednym z nich jest właśnie drugi longplay grupy The Civil Wars. Choć niektórzy przy słuchaniu The Civil Wars mogą się zanudzić, ja uwielbiam taką muzykę. Naprawdę pomaga mi się zrelaksować. I cóż – jeśli folk w Ameryce brzmi właśnie tak, to ja już zamawiam sobie bilet lotniczy.

Ketevan to prawdziwe, gruzińskie imię artystki. Gdy tylko usłyszałem, że postanowiła tak nazwać szósty studyjny longplay, od razu pomyślałem, że szykuje bardziej osobisty materiał. I tak właśnie się stało – szósty studyjny album Katie Meluy zawiera cudowne, bardziej osobiste niż wcześniej teksty. A dodając do tego naturalne, piękne melodie i zjawiskowy wokal, otrzymujemy iście fantastyczny longplay.

Krążki 11-15 to kolejne zacne, aczkolwiek już nie tak zachwycające pozycje. Mamy tu pierwszy tegoroczny album Justina Timberlake’a – bardzo udany, aczkolwiek nieco mi się już znudził. Idąc dalej – świetny krążek Depeche Mode, uzależniający John Legend, album na żywo Apocalyptici oraz relaksujące Goldfrapp.

W dalszej części zestawienia znajdziemy m.in. chilloutowy, nieco dyskotekowy materiał od Daft Punk (bo nie tylko samym Get Lucky żyją!), przebojowe Paramore oraz bardziej nostalgiczną Celine Dion. Nie dorównują oni jednak EP-ce Halestorm czy też niesamowitemu, osobistemu (aczkolwiek gorszemu od koleżanki Bey) albumowi Kelly Rowland.

Kolejna dziesiątka to m.in. trzy polskie albumy: Hunter (dobry, ale mimo tego mocno rozczarowujący album), instrumentalny, interesujący Atek Radaj czy też smętny (ale pozytywnie smętny) Dawid Podsiadło. Nie zabrakło także świetnych, rockowych Arctic Monkeys, Kings of Leon oraz Alter Bridge. I w końcu bardziej popowe (a tak różne!) wokalistki – Skylar Grey i Katy Perry.

Ostatnia dziesiątka to krążki zarówno dobre, którym zabrakło miejsca wyżej, jak i takie, z których podobało mi się jedynie kilka utworów. Do tej pierwszej grupy należą zaskakujący album One Direction, nudzące się po kilku przesłuchaniach ReVamp czy też będąca sporym progresem płyta Hurts. Na drugim biegunie mamy natomiast nieco nijaką Sylwię Grzeszczak, drugą część Timberlake’a oraz nieco przeładowany longplay Hollywood Undead.

Honorable Mentions

* * *

Najlepsze utwory roku 2013

The Other Side to arcydzieło. Koniec kropka. Dźwięki pianina i instrumentów smyczkowych pojawiające się na początku przywodzą na myśl balladę. Nic bardziej mylnego. Choć utwór do szybkich nie należy, spokojnym też nazwać go nie można. Jego epickość i geniusz potęgują dźwięki jakby bijącego zegara i potężny chór.

Ostatnim singlem Mariah Carey zszokowała mnie bardziej niż Miley Cyrus. Nie spodziewałem się, że zdecyduje się na powrót do lat 90. The Art of Letting Go to cudowny utwór r&b/soul brzmiący jak wyjęty z Butterfly. Za co ogromny plus. Rewelacja.

Pierwszy utwór po powrocie Black Sabbath. Sprawił mi ogromną radość. To długa, rozbudowana kompozycja pełna zmian tempa i zwrotów akcji. Miażdżąca, wgniatająca w fotel tekstem, klimatem, wykonaniem… Wszystkim.

Choć Imperium jako całość rozczarowało, to Imperium trujki wypadło genialnie. Trzyma w napięciu do ostatniej sekundy. Szczególnie partie elektrycznych skrzypiec, które nadają piosence sporo dramatyzmu i powagi. Najbardziej zachwyca jednak porażający tekst.

Zaczyna się zaskakująco – nawiązaniem do klasycznego Bolero. Przez chwilę można nawet pomyśleć, że Tarja sięgnęła po muzykę poważną. Jednak już przy refrenie Victim of Ritual się rozkręca i w rezultacie otrzymujemy świetny, metalowy kawałek. Największe wrażenie robi w nim sam wokal artystki – wciąż pokazuje, że jej operowego głosu można pozazdrościć.

Po udanym Hit Me Like a Man EP The Pretty Reckless dalej zaskakują. Going to Hell to najostrzejszy utwór w całej ich twórczości. Z diabelskim, ciężkim tekstem, zachwycającymi solówkami i zjawiskowym wokalem Taylor Momsen.

To, że Birdy nagrywa wspaniałe ballady, wiadomo od dawna. Do takich należy chociażby singiel Wings. Jednak to Strange Birds – dla mnie jego swoista kontynuacja – jest jeszcze bardziej jeszcze bardziej powalająca, emocjonalna i rozbudowana. Wokalistka napisała ją razem z Sią. Wyszła im niesamowicie poruszająca i przepiękna ballada.

Drugi utwór Woodkida w TOP10. Run Boy Run to mroczny, tajemniczy (szczególnie początek robi takie wrażenie) numer będący jednocześnie bodajże najbardziej dynamicznym utworem na The Golden Age. Wersja albumowa nie nadaje się jednak do poskakania. Słucha się jej w skupieniu. Dopiero podczas koncertu można zaszaleć…

Cover utworu The Smashing Pumpkins, który to jednak w wykonaniu The Civil Wars zachwyca dużo bardziej. To prawdopodobnie najlepszy pod względem wokalnym utwór na płycie. Niskie partie Johna pięknie komponują się z wyższymi rejestrami Joy. Moją uwagę zwróciła także końcówka tego kawałka – niesamowicie wzruszająca i emocjonalna.

Najbardziej zaskakujący utwór na zaskakującym albumie Beyoncé. I tym samym najbardziej porażający. Po tak mocny i, hmm, nazwijmy to psychodeliczny bit Beyoncé nigdy nie sięgała. Dzięki niemu kawałek hipnotyzuje i uzależnia. Jak narkotyk.

W kolejnej piątce znajdziemy wspaniały duet Janelle Monaé z Miguelem, utwór Coldplay do soundtracku drugiej części Igrzysk śmierci, trzymającą w napięciu balladę Tarji z Justinem Furstenfeldem, orkiestralnego Michaela Bublé’a czy też wciągający singiel Johna Legenda. Szkoda, że w TOP10 zawrzeć można jedynie dziesięć kawałków. Ta piątka również zasługuje na te najwyższe miejsca.

Idąc dalej – znajdziemy tu kolejny utwór Woodkida. Dzięki temu może on, jako jedyny, cieszyć się aż trzema kawałkami w TOP20 listy. Nie mogło zabraknąć miejsca także dla kolejnego The Pretty Reckless, wzruszającej ballady Justina Timberlake’a, osobistego numeru Kelly Rowland czy też sensualnego duetu Robbiego Williamsa z Rufusem Wainwrightem.

Póki co chyba najbardziej różnorodna dziesiątka. Mamy i subtelne Goldfrapp, i marzycielski utwór Tarji, i thrash metalowego Huntera, i pozytywną Janelle Monaé. A na dokładkę surową kompozycję Paramore i kilka przepięknych ballad.

31-40 to kolejne utwory Tarji oraz Woodkida – tym razem wzruszające ballady. Mamy także debiutancki solowy singiel Anette Olzon, dyskotekowy kawałek Katy Perry, pierwszy utwór Katie Meluy (za chwilę kolejne) na liście czy też hitowy, pełny złości singiel Johna Newmana.

Tu małe zaskoczenie. Pojawia się Get Lucky. Tyle że nie raz, ale dwa. W oryginale i świetnym coverze Halestorm. Wyżej cenię jednak chociażby duety Janelle Monaé, Robbiego Williamsa i Marii Carey (z Miguelem; artysta pojawia się na liście dwukrotnie, jednakże tylko jako 'feat.’).

Kolejna dziesiątka – kolejne utwory Tarji i Woodkida. Cóż poradzić – oni są po prostu fenomenalni. Mamy także małe Destiny’s Child Reunion, dwa utwory z Catching Fire oraz – w samym środeczku – piękną balladę Skylar Grey.

Teraz mamy dwie popowe gwiazdki: udane ballady Lady Gagi oraz Katy Perry. Znalazły się tu także drugi singiel Johna Newmana, zabawny utwór Robbiego Williamsa, kolejny kawałek Tarji czy też jedyny udany numer z okropnej reedycji Ellie Goulding.

W kolejnej dziesiątce zrobiło się nieco bardziej rockowo. Znalazły się tu bardzo udane single Black Sabbath, Alter Bridge czy też nieco spokojniejsze kawałki The Civil Wars i The National. A na dokładkę wielki hit Lorde oraz kolejna wspaniała piosenka Beyoncé.

W zestawieniu nie mogło zabraknąć utworów z soundtracku do Gatsby’ego. Mamy więc zjawiskową Florence + the Machine, genialną Się i fantastycznego Jacka White’a. Znalazło się także miejsce dla dwóch kolejnych coverów: Halestorm oraz Tarji.

Na samym końcu listy nie mogło zabraknąć przebojowego singla Céline Dion, mocnego Huntera, szalonej Janelle Monaé czy też ballady Editors. Nie są to może najlepsze tegoroczne utwory, jednak to wciąż bardzo dobre kawałki. Szkoda, że zabrakło dla nich miejsca wyżej.

Honorable Mentions

(bo 100 to nadal zbyt mało)
Exit mobile version