Alvaro Soler – Eterno Agosto (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Każdy z nas ma taki okres, kiedy po prostu nic mu się nie chce. Jest też inna opcja – źle się czujesz, gdy masz świadomość, że na zewnątrz mróz, w pomieszczeniach ciepło, lecz ty jesteś w jakiś sposób zmuszony spędzić długi czas na zewnątrz. Kto z nas nie chciałby wtedy sobie pomarzyć o tym, by było cieplej? A może lato? Nie powiem – ciekawa perspektywa. Ja mam swój osobisty sposób na zrekompensowanie sobie tej temperaturowej niedoskonałości – sięgam po wydający się z pozoru fajny krążek. Padło na Alvaro Solera.

W zeszłym roku mniej więcej o tej porze (może z 2 miesiące później) stacje radiowe zaczęły grać solową wersję El Mismo Sol. Niezbyt skomplikowana kompozycja natychmiast miała zadanie przywrócić myślenie o przyjemnych rzeczach. No wiecie – lato, piasek, wakacyjna miłość. Hiszpańskiemu wokaliście udało się tę atmosferę oddać znakomicie i chwilami zastanawiałam się, po co kilka miesięcy później wydano wersję z Jennifer Lopez, skoro pierwotny utwór raczkował w drodze na szczyt popularności? Odpowiedź na to pytanie oczywiście może być trywialna – by jeszcze bardziej uprawdopodobnić tezę, że El Mismo Sol stanie się ogólnoświatowym ogólnoeuropejskim hitem. Jak widać, udało się to na tak zwane dwa razy, no ale… jak na debiutanta na scenie muzycznej przygoda dziewiczego utworu artysty wypadła całkiem nieźle.

Oczywiście, ktoś z Was mógłby mi w tym momencie zarzucić jakąś nieprawdę w wyżej wymienionych słowach, gdyż Soler występował z bratem oraz kolegą w grupie Urban Lights, która w swojej twórczości łączyła muzykę elektroniczną z indie rockiem. Przesłuchując chociażby Tokyo Skyline ma się jednak wrażenie, że mieli parcie na komercyjność. Fakt, panowie mieli na koncie występ w pierwszej ósemce ogólnokrajowego talent show ¡Tú sí que vales! oraz trochę mniejsze sukcesy, chociażby wygraną w konkursie uniwersyteckim. Na pewno to doświadczenie pomogło starszemu z braci Soler pomyśleć o karierze solowej.

I nie można było sobie wyobrazić lepszego otwarcia płyty jak wspomniane wcześniej El Mismo Sol. W dalszej części dziełka jakim jest Eterno Agosto również słychać wpływy przeszłości. Z tą jednak różnicą, że jest jeszcze większe parcie na komercyjność, a indie rock zamieniono na typowe hiszpańskie granie, takie jak słyszymy od czasu do czasu u Pitbulla, Enrique Iglesiasa czy Shakiry. Nie zamierzam ukrywać, że po prostu lubię raz na kilka miesięcy posłuchać takiej muzyki, gdyż po prostu poprawia mi to nastrój. Tak jak Kendji Girac, który nadal czasami gości na mojej playliście…

Zacznę może od plusów tego wydawnictwa.  Są one niezliczone. Mamy Tengo El Sentimento, który wręcz zachęca do tańca. Można zarzucić lekkie podobieństwo do numeru wcześniej – zrozumiałabym to, gdyż chyba jest bardziej radiowy niż El Mismo Sol. Dobra, nie rozumiem dlaczego track otwierający był pierwszym promującym solowe poczynania wokalisty. Tym bardziej nie ogarniam, z jakiego powodu wybrano Agosto. Domyślam się jednak, że to z powodu stylistyki, w jakiej poprowadzono zwrotki, przypominającej intymne wyznanie. Na tle płyty nie da się ukryć, że numer się wyróżnia – ale w taki sposób, w jakim bym nie chciała. Innym słowem, kompletnie mi nie przypadł do gustu.



Słysząc pierwsze takty Mi corazón miałam jak najbardziej uzasadnione obawy , że w dalszej części będziemy słyszeć Agosto. Jednak nic z tych rzeczy. Piosenka lekka, przyjemna w odbiorze… czego chcieć więcej? Nie inaczej jest z następną. Volar typowałabym na następny singiel… Niestety patrząc na metodologię wyboru utworów wysyłanych do stacji radiowej chyba się nie doczekam z jednego prostego powodu – w pierwszej kolejności idą te ciężkostrawne.

W jednym szeregu z tej kategorii mogę śmiało wymienić jeszcze trudne w odbiorze Esta Noche czy Lucia. Ten ostatni chyba przeszedł wszystkie moje najgorsze wyobrażenia. Podchodzi pod nasze polskie disco polo – kiczowate chwilami brzmienia, śmieszny tekst piosenki. Lucia Lucia/Wszyscy pragną czegoś więcej… no kurcze, odkrywcze! Proponuję przeczytać cały, gdyż będziecie mieli więcej powodów do uśmiechu. Ulgę w tym wszystkim przynosi ballada La vida seguirà. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że jest to najlepszy utwór na całej płycie. Tu akurat do niczego nie można się przyczepić. Bez nachalności, genialnie poprowadzony monolog będący ofertą a’la przepis na życie. Ja jestem skłonna takie rozwiązania przyjąć. Następna dwójka, czyli Si no te tengo a ti oraz Que pasa określiłabym mianem średniaków, lecz po wysłuchaniu poprzedników można się po prostu ucieszyć, że jest to taki poziom. W porównaniu z ostatnio wymienioną trójką numerów pozostałe utwory słyszane wcześniej na krążku mogą po prostu się chować.




Kończący na pozór koszmarek Cuando volverás nie pasuje do całości. Biorąc pod uwagę całokształt zaprezentowanego materiału na Eterno Agosto jest jak doklejony na siłę puzzel. Kołysanka i el mariachi w jednym utworze? Udało się to doskonale i nawet bez tłumacza można zrozumieć o co chodziło – smutek, tęsknota. El camino, mieszczący się również w ramach zakończenia kompozycyjnego również wpisuje się w wymieniony wcześniej nastrój, lecz to chyba bardziej szanta niż latin pop, a w takim gatunku zdefiniowane jest całe wydawnictwo. Mogłabym tu jeszcze dopisać pominięty (niecelowo) Esperándote, który nie jest dobrą, ale nie również złą kompozycją… No, bardziej dobrą, gdyż niezwykle ciężko jest mi uzasadnić niczym niewymuszoną sympatię do tego numeru.




Eterno Agosto to w połowie koszmarek, a w połowie i nawet chwilami ciekawe doświadczenie. Nie da się ukryć, że mam mieszane uczucia co do tego, co usłyszałam. Z jednej strony mam ochotę się zadźgać (tak, oczekiwałam przysłowiowej marchewki zachęcającej do przesłuchania całości, a ta czynność przychodziła mi z trudem biorąc pod uwagę tak złą i tak odpychającą połówkę wydawnictwa, chociaż jeszcze pisząc wstęp miałam taką nadzieję ), z drugiej jednak uświadamiam sobie bezsensowność takiego działania. Album śmiało można polecić tym, którzy nie przywiązują wagi do wartości artystycznych, których próżno szukać na dzień dobry. Jednak bez zrozumienia jednej ważnej rzeczy, jaką jest fakt, że po prostu mamy przy tym się bawić (oczywiście mam na myśli siestę) próżno słuchać całej płyty.  A i jeszcze jedna rzecz: nigdy nie zrozumiem wyboru utworów takich jak El Mismo Sol i Agosto na single – przecież debiutancki krążek zawiera kilka ciekawszych kompozycji, które bardziej powinny zasługiwać na uwagę niż te zaproponowane przez specjalistów do spraw promocji… Alvaro Soler w solowym wydaniu przypomina poczynania Marquess sprzed dekady – wystarczy spojrzeć, jaką drogą idzie ten niemiecki zespół teraz i wypada mi błagać: nie idź tą drogą i skręć na najbliższym skrzyżowaniu w stronę dalszego rozwoju.

Czytaj również