X Ambassadors – VHS (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Błądząc enty raz po internetach, codziennie szukam inspiracji, nowych odkryć muzycznych. Czasami jednak zdarza się tak, że przegapia się coś ważnego. W takiej sytuacji byłam, gdy przyszło mi napisać notkę o nowym singlu X Ambassadors. Nutka była tak dobra, że zaczęłam szperać po EP-kach grupy. Te, co znalazłam – przesłuchałam. Pora więc zmierzyć się z debiutanckim krążkiem o tajemniczym tytule VHS. Ta dziwna kaseta wideo, która podbija powoli serca Amerykanów – tak jak kiedyś ich koledzy z Imagine Dragons

Po przesłuchaniu dwóch EP-ek, Love Songs Drug Songs oraz The Reason (niestety, do Ambassadors z 2009 roku się nie dokopałam) ciągle miałam wrażenie, że mało mi. Utwory na krótkich płytkach co prawda były na dość wysokim poziomie produkcyjnym, ale… nadal mi czegoś brakowało. Sądziłam, że mój niedosyt w jakimś stopniu zrekompensuje debiutancki album X Ambassadors. Pobieżnie popatrzyłam: 20 utworów… no nieźle, ale jak przypatrzyłam się szczegółom, to właściwie prawie połowa albumu poszła się gonić, gdyż aż 7 z nich to interlude’y trwające w porywach do 1,5 minuty. Ja rozumiem, że tytuł zobowiązuje do tego, by zmobilizować słuchacza do przeniesienia się w lata 90’s, lecz w mojej ocenie te nagrania na krążku są zbędne. Z jednej strony – szkoda, bo mniej do słuchania. Z drugiej jednak strony – mam mniej do opisywania :D .

Swoją podróż po albumie rozpoczęłam tym razem… od początku. I naprawdę, każdy z tych utworów zasługuje na to, by znaleźć się na wydawnictwie. Raczej nie będzie niespodzianką, jeżeli do tych 13 kawałków dopisałabym przymiotniki: fajny, super, wart Twoich i moich uszów, gdyż po pierwsze jest to nieprofesjonalne. A po drugie – gdy padają takie słowa brzmią dość fałszywie, gdyż krążki, które spodobały nam się tak bardzo, że dotąd o nich pamiętamy w przeciągu całego życia możemy policzyć na palcach jednej ręki. Po prostu ciężko będzie Wam w to uwierzyć.

Ale spróbujmy. Na dzień dobry drugi singiel, Renegades. Widać tutaj wpływ kolegów z Imagine Dragons, którzy przez te kilka lat wyciągali pomocną dłoń mniej znanym kolegom. Jeżeli ktoś z Was jest fanem Dana Reynoldsa i spółki – ten kawałek sprawi, że właściwie nie odczujecie różnicy. Nurkując głębiej mamy do czynienia z kompozycją Unsteady znaną z EP-ki The Reason. Nie wyobrażam sobie innego wyboru kawałka z tego wydawnictwa do powtórnego umieszczenia na debiutanckim longplay’u. Zachwyca on prostotą, chęcią przekazania mądrości życiowej, a przede wszystkim ma TO COŚ. Tą nieokreśloną bliżej cząstkę, która sprawia, że nie możesz obojętnie przejść przez przycisk „replay”.

Jest oczywiście kilka kawałków, których nie rozumiem. Jednak biorę na to margines poprawności… do przesłuchania pewnych utworów po prostu trzeba dojrzeć. Takie utwory mogę wymienić chyba jednym tchem: Hang On, Superpower oraz Naked, z czego ten drugi kompletnie nie pasuje do całej reszty i chyba zasługuje na miano najgorszego z najgorszych utworów z całej parszywej trzynastki. Wiem, przeczę temu, co napisałam w poprzednich akapitach, lecz gdy przesłuchujesz różne utwory które pozornie układają się w całość, każdy z nich jest świetny… to bilansując wszystko, nagle okazuje się, że jeden z nich musi być siłą rzeczy tym najsłabszym. I tu właśnie trafiliśmy na taką sytuację.

Przejdźmy może lepiej do rzeczy bardziej przyjemnych, gdyż to nie wszystko, co krążek ma nam do zaoferowania. Mamy przecież nagrany ze wspomnianym Imagine Dragons singiel Fear czy fenomenalne Loveless. Oczywiście chyba zapomniałam jeszcze dodać kilka dobrych słów o Nervous. Sprawia on wrażenie oderwanego od rzeczywistości, jakbym nicością przenosiła się w czasie. W przeciwieństwie do wspomnianego wcześniej Superpower jest to „wyrzutek”, z rodzaju perełkowych. Każdy album przecież ma co najmniej jedną perełkę, którą w swoim odtwarzaczu powtarzasz zdecydowaną większą ilość razy niż cały krążek.

 

Niezwykle rzadko i przede wszystkim ciężko jest pisać o czymś, co po pierwsze wpada w ucho wymagającego słuchacza, po drugie – jest prawie idealne. Aż w końcu, po trzecie – właściwie nie mam do czego się przyczepić. Być może te kilka akapitów to za mało, by wyrazić, co naprawdę czuję pisząc o albumie. Proszę wybaczyć, ale ubolewam nad tym, że akurat przy tym krążku najzwyczajniej brakło mi słów. VHS to rzeczywiście podróż w czasie, a przede wszystkim – w głąb siebie, by odpowiedzieć na pytania: Kim i gdzie jesteśmy? Czy rzeczywiście jesteśmy wolni i szczęśliwi?

A czy Wy jesteście gotowi, by zmierzyć się ze swoimi słabościami?

Czytaj również