Gwiazdozbiór rocka. Na początku był chaos… Krótko o The Rolling Stones

Jako ze to mój pierwszy tekst dla All About Music to chciałbym zacząć od czegoś co również oscyluje w okolicach początku, początku wszystkiego, na którym był chaos. Potem chaos ujarzmiony, czyli brzmienie gitary elektrycznej. To były dobre czasy dla tej dziedziny sztuki, bo suto obstawione. Chuck Berry, The Animals, Elvis, Beatlesi i oczywiście „antybeatlesi”, skandaliści XX wieku, którzy często przeciwstawiani Beatlesom na zawsze pozostali z nimi w świetnych stosunkach towarzyskich. Zespół, który do dziś wypełnia po brzegi największe stadiony i hale na świecie, kochani i nienawidzeni: The Rolling Stones.

Wyobraźmy sobie coś, co można by nazwać czystym rock’n’rollem, taki abstrakcyjny twór „pure rock’n’roll„. I kiedy mamy już go na myśli to z łatwością można dojść do wniosku, że w swym znaczeniu jest to synonim The Rolling Stones. Powstali kiedy muzyka rockowa jeszcze raczkowała i z niepewnością oddzielała się od bluesowych nurtów amerykańskich standardów. Energiczna i z każdą chwilą bardziej pewna siebie machina ruszała, aby przez następne dziesięciolecia nie zatrzymać się już nawet na chwilę i stworzyć repertuar, który wielką czcionką zapisał się w historii muzyki rozrywkowej. Taką swoistą podróż w czasie zafundował nam Martin Scorsese w swym filmie z 2010 roku pt. „Shine a Light„, który serdecznie polecam – nie tylko ze względu na koncert Stonesów – ale i świetne wykonania m.in. Jacka White, Buddyego Guya i – co ciekawe – Christiny Aguilery. Świetne zdjęcia i konfenansjerka Billa Clintona daje odczuć, że nie jest to „jeszcze jeden koncert”, lecz dzieło niepowtarzalne.

Świat poszedł do przodu. Hipisi to już raczej dziadki poukrywani na obrzeżach miast i na prowincjach. Era rock’n’rolla dobiegła końca, tak jak era disco i parę innych. Beatlesi wydają się być reliktem z innej epoki, legendy upadają i reaktywują się z chęci zarobku lub w nadziei przywołania minionych lat. Stonesi wciąż grają swoje i choć czasem ich płyty leżą u mnie pod grubą warstwą kurzu to nie chciałbym żyć w świecie na którym nie ma The Rolling Stones, bo to będzie prawdziwy koniec epoki rock’n’rolla.

Czytaj również