Wyobraźmy sobie coś, co można by nazwać czystym rock’n’rollem, taki abstrakcyjny twór „pure rock’n’roll„. I kiedy mamy już go na myśli to z łatwością można dojść do wniosku, że w swym znaczeniu jest to synonim The Rolling Stones. Powstali kiedy muzyka rockowa jeszcze raczkowała i z niepewnością oddzielała się od bluesowych nurtów amerykańskich standardów. Energiczna i z każdą chwilą bardziej pewna siebie machina ruszała, aby przez następne dziesięciolecia nie zatrzymać się już nawet na chwilę i stworzyć repertuar, który wielką czcionką zapisał się w historii muzyki rozrywkowej. Taką swoistą podróż w czasie zafundował nam Martin Scorsese w swym filmie z 2010 roku pt. „Shine a Light„, który serdecznie polecam – nie tylko ze względu na koncert Stonesów – ale i świetne wykonania m.in. Jacka White, Buddyego Guya i – co ciekawe – Christiny Aguilery. Świetne zdjęcia i konfenansjerka Billa Clintona daje odczuć, że nie jest to „jeszcze jeden koncert”, lecz dzieło niepowtarzalne.
Świat poszedł do przodu. Hipisi to już raczej dziadki poukrywani na obrzeżach miast i na prowincjach. Era rock’n’rolla dobiegła końca, tak jak era disco i parę innych. Beatlesi wydają się być reliktem z innej epoki, legendy upadają i reaktywują się z chęci zarobku lub w nadziei przywołania minionych lat. Stonesi wciąż grają swoje i choć czasem ich płyty leżą u mnie pod grubą warstwą kurzu to nie chciałbym żyć w świecie na którym nie ma The Rolling Stones, bo to będzie prawdziwy koniec epoki rock’n’rolla.

