O tym, że You Me at Six wydają i nagrywają czwarty studyjny album, wiedzieliśmy już od lipca. Od tego czasu informacji było sporo, ujawniali kolejne wiadomości ze studia, nowe kawałki, teledyski… No i opłaciło się – Cavalier Youth to ich pierwszy numer 1 na brytyjskiej liście przebojów. Pytanie tylko: czy płytę rzeczywiście opłaca się kupić?
Początek 2014 roku był stosunkowo spokojny. Ci, co mieli wydać krążki, wydali je w listopadzie lub wydadzą je w marcu. Jak już żaliłem się przy okazji recenzji Williama Fitzsimmonsa, niewiele płyt zachwycało. Stanu tego nie zmienili You Me at Six.
Z dyskografią zespołu nie jestem jakoś bardzo dobrze zaznajomiony. O uszy obiły mi się głównie single – Bite My Tounge, Save It for the Bedroom, Stay With Me – raz przesłuchałem także album Sinners Never Sleep. Źle nie było. Szczególnie pierwszy z wymienionych utworów przypadł mi do gustu. Grupa dotychczas wykonywała głównie rockowe utwory z pop punkowymi elementami. Na Cavalier Youth znacznie wygładzili brzmienie – poszli w pop rockowe granie.
I może dlatego nie polubiłem longplaya. Za pop rocka nie przepadam i kropka. Jak dla mnie to zwyczajny pop z gitarami i ambicją do bycia czymś więcej. Ale tym „czymś” nie jest. I tak z grubsza przedstawia się Cavalier Youth. To przebojowe kawałki, które mogłyby zająć miejsca na listach przebojów. Brak im jednak pazura, a produkcja sprawia wrażenie wręcz do przesady wygładzonej, idealnej.
Na albumie dominują kawałki, które niby są rockowe, niby dynamiczne… a jednak monotonne, bez polotu. Weźmy otwierające płytę Too Young to Feel This Old. Zwrotki jeszcze jakoś przejdą, rozwleczony refren bardzo drażni. Podobne zdanie mam o singlowym Lived a Lie. Ten utwór nadrabia jednak ciekawym tekstem:
And if I’ve lived a lie,
will someone meet me on the other side?
Fresh Start Fever ma ciekawy początek zagrany na pianinie. Potem jednak kawałek staje się nudny, zbyt pospolity.
Przy pierwszym przesłuchaniu albumu zwróciłem uwagę na utwór Room to Breathe. Charakteryzuje się spokojniejszym brzmieniem, rozkręca się dopiero w refrenie. Uważam, że to jedna z lepszych, a już na pewno najbardziej charakterystycznych pozycji na krążku. Podobnie jak następujące po niej Win Some, Lose Some. Temu zadziornemu numerowi mogłyby pozostałe przebojowości pozazdrościć. Ciekawym utworem jest także Be Who You Are. Trochę country’owe, delikatne… swobodne i chilloutowe. Bardzo romantyczne (jesteś moją małą gwiazdą, nie zmieniaj się…), ale udane. Niestety to ostatni kawałek, o którym mógłbym tak napisać. Znośne są jeszcze Carpe Diem oraz Wild Ones. Nie zachwycają, ale też nie wywołują grymasu.
Nad innymi kawałkami naprawdę nie warto się rozwodzić. Są podobne do siebie, niczym się nie wyróżniają, a momentami myślę o jednej piosence, a okazuje się, że leci zupełnie inna. Teksty też nie powalają, ale po takiej dawce nudy i nijakości nawet one robią dobre wrażenie. Mamy tu głównie o miłości, czasem spełnionej (Be Who You Are), innym razem smutnej, klimaty typu: uuu, proszę nie odchodź (Cold Night). Szczególnie spodobał mi się refren Carpe Diem, niby nic takiego, a cieszy:
Carpe diem till the very end
I have no regrets
Carpe diem till the bitter end
Całe Cavalier Youth przesłuchałem ze cztery, pięć razy. I co? I nic. Nie porwało mnie, ani trochę. Mam wrażenie, że to płyta, na którą pomysł był, ale szybko się skończył. Rozumiem, że zespół zapragnął grać trochę lżej i zagościć na listach przebojów. Ale skoro tak, to niech popatrzy sobie na Franz Ferdinand, Arctic Monkeys czy Editors. Ci, łagodząc brzmienie, zachowali świeżość i to „coś”. You Me at Six postawili natomiast na bezpłciowe, szybko się nudzące, momentami irytujące piosenki. Nie są może złe, aczkolwiek oczekiwałem czegoś dużo lepszego. Oj, nieładnie.


