Lou Doillon to artystka, którą na pewno znacie, nawet jeśli nie kojarzycie jej nazwiska. Chodzi na wybiegach, zasiada w pierwszych rzędach na fashion shows, gra w filmach i serialach (wystąpiła gościnnie np. w Plotkarze), pojawia się regularnie na okładkach największych światowych magazynów, maluje, a niedawno wydała trzecią płytę – „Soliloquy”.
Jej mama śpiewała kiedyś ze swoim partnerem słynne „Je t’aime, moi non plus”, a teraz jest autorką najdroższej torebki na świecie – Birkin Bag. Jej ojciec, Jacques Doillon, to francuski reżyser nagrodzonym trzema złotymi palmami.
Spotykamy się dziewiątego marca, zaledwie dzień po warszawskim strajku kobiet przeciwko nienawiści. Lou przychodzi w kolorowym garniturze, ciężkich butach i z mnóstwem biżuterii. Emanuje pewnością siebie, ale żeby to osiągnąć musiała przejść długą drogę. Nie zawsze było łatwo, dlatego dziś tym bardziej wierzy w siłę kobiet.
Marta Umiejewska: Miałaś czas świętować Dzień Kobiet?
Lou Doillon: Świętuję go każdego dnia!
MU: W jaki sposób?
Zaczęłam już bardzo dawno temu, kiedy w wieku 14 lat uciekłam z domu. Od tego czasu utrzymuję się z pieniędzy, które sama zarabiam i jednocześnie wychowuję syna. Każdego dnia uczę się, jak być silna. Mam wielkie szczęście, że wyrobiłam sobie taką pozycję, w której nie jestem zależna od żadnego mężczyzny.
MU: Twoja rodzina Cię w tym wspiera czy Ci to utrudnia?
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Moja babcia była bardzo silną osobą i nauczyła mnie pewnej etyki pracy. Jak na lata 40 i 50, była zupełnie niezwykła. Miała 184 centymetry wzrostu, co w tamtych czasach musiało szokować. Pracowała jako aktorka, bo tego chciała, mimo że mojemu dziadkowi się to nie podobało. Co wieczór sama jeździła samochodem do teatru grać spektakle. Zarobione pieniądze częściowo odkładała „na czarną godzinę”, czyli na moment, kiedy musiałaby uciec od mężczyzn i zacząć żyć na własną rękę. Kiedy wybuchła wojna, babcia nie chciała się ukrywać; zamiast tego chodziła ze swoim „zestawem bezpieczeństwa” – czerwoną szminką i flakonikiem perfum. To mnie zawsze rozbrajało. W dodatku znała na pamięć nazwiska wszystkich poetek, a kiedy miałam 16 lat, dała mi tomik Dorothy Parker. Co ciekawe, moja mama nie jest aż tak silna. Jak umarł dziadek, to mama miała obawy, że babcia się załamie, a ona już po dwóch dniach wyszła na imprezę. Zawsze chciałam być jak ona. Chciałam się przeciwstawiać, bo babcia zawsze się przeciwstawiała mężczyznom. Inne kobiety w mojej rodzinie takie nie są. Jestem jedyną, która postanowiła walczyć o to, żeby nie być gorszą od żadnego mężczyzny i nie poprzestawać tylko na urodzie. Wydaje mi się, że ta próba zdominowania innych własnym intelektem pochodzi właśnie od niej.
MU: Ten bunt słychać też w nowym kawałku „Soliloquy”, gdzie śpiewasz, że masz dość swojego nazwiska i swojej twarzy…
Myślę, że wszyscy czasem tak się czujemy. Od dawna intrygują mnie pytania: co jest zapisane w genach?, co jest w naszej świadomości, a co jest podświadome?, na co mamy wpływ?, czy możemy się stworzyć na nowo? czy możemy się wyzwolić z naszego pochodzenia?. Bardzo lubię książkę Jodorowsky’iego, który stara się odpowiedzieć na te pytania i twierdzi, że imię to pierwszy stygmat, który nas ogranicza. Zgadzam się z tym w stu procentach. Ja mam na imię Lou po Lou Andreas-Salomé i to z pewnością wpłynęło na moje życie. To była muza rozkochana w mężczyznach, którzy jej nie chcieli, samotna artystka – nic dodać, nic ująć. Fascynuje mnie to, co dotyczy nas wszystkich, czyli pytanie, na ile jesteśmy wolni.
MU: No tak – choć uciekłaś z domu, to i tak poszłaś w ślady swoich rodziców.
Dokładnie! To siedziało we mnie od najmłodszych lat. Już jako pięciolatka przeżywałam stany lękowe czy ataki paniki i uciekałam w sztukę. W moich tekstach i rysunkach przewijały się tematy przemijania, miłości… Ludziom wydaje się, że cudownie być dzieckiem znanych rodziców, ale w rzeczywistości to wcale nie pomaga w życiu. Media mają obsesję na punkcie takich osób, ale z artykułów w gazecie nie ma pieniędzy i nie przekładają się one na liczbę odbiorców ani branżę. Wytwórnia muzyczna nie wyda twojego albumu tylko dlatego, że twoja mama jest sławna – musisz na to sama zapracować. Potrzeba dużo pewności siebie i dumy z tego, co się robi. Nieważne kim jesteś, powinieneś znaleźć to, co cię interesuje, ciężko pracować i być dumny z tego, co ci się udało.
MU: Życie w takiej rodzinie jest dla Ciebie przekleństwem?
Tak, bo pracuję od 20 lat, grałam w 19 filmach, wydałam trzy albumy, a mimo to codziennie rozmawiam o moich rodzicach. Mam 18-letniego syna i czuję się bardziej matką niż córką, ale ludzie postrzegają mnie wciąż w roli córki. A przecież nie zrobiłam nic, żeby znaleźć się w tej rodzinie, więc nie mam o czym opowiadać. Natomiast uwielbiam rozmawiać o pracy, bo wkładam w nią mnóstwo wysiłku.
MU: Porozmawiajmy zatem o Twojej pracy! Masz wiele zawodów i imponujący dorobek, bo w każdym z nich jesteś aktywna. Jak udaje Ci się robić tyle rzeczy naraz?
Tak naprawdę moje życie jest spokojniejsze, niż się może wydawać. Faktycznie dużo pracuję, ale żyję w określonym rytmie, który wyznaczyłam sobie już dawno temu. Większość wieczorów spędzam w domu albo w hotelu na czytaniu książek. Bardzo rzadko gdzieś wychodzę, bo nie potrafię się kontrolować i jak już wyjdę, to zazwyczaj kończę imprezy pijana o piątej nad ranem, a następnego dnia mam pracę. Sporo podróżuję, ale na szczęście mogę pracować w każdym miejscu na ziemi, o ile mam ze sobą swój bagaż. A on nie jest zbyt ciężki – gitara, książki, pamiętnik, akwarele i komputer. Buty mam na sobie, garnitur od czterech dni noszę taki sam, zmieniam tylko koszule. Noszę dużo biżuterii, żeby odwrócić uwagę od stroju. Taki bagaż, moje minibiuro, mogę ze sobą zabrać praktycznie wszędzie i być w swoim świecie.
MU: Przyjaźnisz się z innymi modelkami, aktorkami czy piosenkarkami?
Uwielbiam je spotykać, na przykład na pokazach mody, ale bardzo niewiele z nich nazwałabym przyjaciółkami. Większość z nas ma podobny styl pracy – trasy koncertowe, pokazy, zdjęcia – przez co trudno jest się regularnie spotykać. Kiedy jestem w Paryżu, organizuję niedzielne kolacje, na które zapraszam znajomych. Ale zazwyczaj wpadamy na siebie przypadkiem. Tego typu osoby są o wiele bardziej samotne, niż się ludziom wydaje. Dnie spędzają w otoczeniu setek, tysięcy osób, a wieczorami wracają do hotelu same. Jeżeli człowiek nie lubi sam siebie, to właśnie w tych pustych hotelowych pokojach rozgrywają się dramaty – niektórzy piją, biorą narkotyki albo wcale nie wracają do hotelu, tylko szukają imprez. Są też tacy, którzy godzinami siedzą przed telewizorem, żeby zabić czas. W czasie tras koncertowych jest najgorzej, bo dostaje się ogromne pokoje z podwójnym łóżkiem i pełnym wyposażeniem dla dwojga, co jeszcze bardziej przypomina o samotności i nasila poczucie pustki. Dlatego uwielbiam wyjeżdżać z moim synem. Świetnie się dogadujemy.
MU: Twój nowy album, choć w całości zaśpiewany po angielsku, ma w sobie coś francuskiego…
To prawda, Francuzi nieco inaczej podchodzą do muzyki. Zwracają większą uwagę na wokal i na tekst. Kariera takich osób jak Patti Smith, Leonard Cohen czy Bob Dylan mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej, gdyby nie francuska publiczność. Francuzi może i nie są wierni w miłości, ale są wierni w muzyce, a Brytyjczycy czy Amerykanie non-stop zmieniają upodobania.
MU: Artyści, których wymieniłaś, to nie tylko muzycy, ale i poeci. Ty też tak postrzegasz swoją pracę?
Hmm, na pewno nie zgodziłabym się na wydanie albumu, którego sama nie pisałam czy nie skomponowałam. Wchodzę w różne role na scenie czy przy zdjęciach, ale w muzyce chcę pokazać siebie. Zawsze uwielbiałam piosenki, w których jako teksty wykorzystuje się wiersze.
MU: Wykonywanie piosenek takich jak „Soliloquy” na żywo sprawia Ci przyjemność czy jest bolesne?
Z bólem się je tworzy. Jak już zostaną napisane, to jest w porządku. Czasami przywołują wspomnienia, poruszają do płaczu, bo przypominają zaklęte w nich momenty. Piosenki są jak obrazy – dają nieśmiertelność, sprawiają, że nigdy ich nie zapomnimy, ale też uwalniają, dają kontrolę. Tak było z piosenką I. C. U. – podjęłam decyzję o napisaniu jej, zyskałam kontrolę nad tym momentem i mogłam się od niego uwolnić. Teraz ta piosenka jest moja i nie boję się jej śpiewać. Tak samo się czuję śpiewając „mam dość mojego nazwiska”. Ten nowy album wymaga dużo siły. Nie potrafię zaśpiewać żadnej z piosenek, kiedy czuję się słaba, onieśmielona czy smutna. Dopiero kilka miesięcy po skończeniu pracy nad płytą zdałam sobie sprawę z tego, że postawiłam przed sobą takie wyzwanie. Ta perspektywa mnie przeraża, ale z drugiej strony jestem zachwycona, że sama postawiłam się w takiej sytuacji.
MU: Będziemy mieli okazję Cię usłyszeć w Polsce?
Tak, wracam do was w maju!
MU: To do zobaczenia!


