Podczas największego okresu świetności – czyli przy wydaniu debiutanckiego albumu „I Cry When I Laugh”, artystka promowała materiał jedynie na terenie Wielkiej Brytanii. Chwilę po opublikowaniu drugiego krążka – „Always In Between”, Jess Glynne zdecydowała się na podjęcie kolejnego kroku – EUROPEJSKA TRASA KONCERTOWA, podczas której wystąpiła w warszawskiej Progresji. Jakie wrażenie wywarła rudowłosa Brytyjka i dlaczego po koncercie przepraszała naszych fanów na Instastory?
Trudno jednoznacznie ustosunkować się do tego co zobaczyłem i usłyszałem w minioną sobotę, w warszawskiej Progresji. Z jednej strony śledzę jej kroki muzyczne od wydania solowych singli i kocham ją z całego serca – za wyjątkowy głos i charyzmę, a z drugiej jest wiele rzeczy, które sprawiły, że po koncercie nie jestem już zapatrzony w Nią jak w obrazek. To nie był zbyt udany występ.
Oczywiście na swoim koncie zapisałem zdarty głos i czerwone ręce od klaskania, ale można powiedzieć, że zabawiałem się sam. Odniosłem wrażenie, że wszyscy bawili się lepiej od Jess Glynne – zaczynając od zebranej publiczności, przez dobrze zgrane chórki, a kończąc na klawiszowcu i perkusiście. Pomiędzy artystką a (co trzeba przyznać) aktywnymi słuchaczami nie było żadnego połączenia, żadnej chemii. Tak jakby wokalistka weszła na scenę za karę, odśpiewała to co miała odśpiewać i zeszła na backstage. Można śmiało powiedzieć, że komunikacja była zerowa – autorka wielu znanych hitów przemówiła łącznie dwa lub trzy razy i po jednym czy dwóch zdaniach przechodziła do następnego utworu.
Pomimo że scena miała sporo przestrzeni, to nie została wypełniona charyzmą, którą zdawała się mieć Jess Glynne. To, co uderza nas w studyjnym materiale, w większym stopniu nie przekłada się na jej prezencję sceniczną. Początkowo winę zrzucałem na fakt, że może wokalistka nie czuje się jeszcze pewnie na scenie, ale później zdałem sobie sprawę, że na swoim koncie ma już setkę występów – w tym kilka największych festiwali muzycznych, gdzie nie przychodzi około 300-400 słuchaczy, a grube tysiące. Widziałem też zapiski z innych koncertów, na których artystka zachowywała się zupełnie inaczej. Może to gorszy dzień?
Momentami czułem się jak na próbie przed koncertem. Jedyna interakcja, jaka zachodziła – była pomiędzy Glynne i zespołem oraz zespołem i słuchaczami. Gdyby nie dynamiczne i naprawdę bardzo żywe chórki, to przestrzeń dzieląca scenę a fanów, byłaby zamknięta.
Setlista, która obowiązywała na wszystkich dotychczasowych koncertach, została lekko zmieniona. Podobnie jak w przypadku Anne-Marie, Jess Glynne nie zaśpiewała wszystkich utworów, które śpiewała w innych miastach. Szkoda, bo jestem pewien, że nie tylko ja czekałem chociażby na Right Here. Niezbyt udanym pomysłem było też zrobienie z największych hitów mash-up’ów – linie melodyjne ładnie się łączyły, ciekawe aranżacje, ale wolałbym usłyszeć je w pełnym wydaniu.
Co trzeba przyznać, Jess Glynne ceni sobie punktualność i weszła na scenę równo o 21:00. Jej głos brzmi jeszcze lepiej na żywo, niż na nagraniach studyjnych. Mocno nieokiełznany i dość ostry. To właśnie przez wokal pokazała swoją moc i pewność siebie. Artystka wyciągała wszystkie dźwięki i tym właśnie najbardziej mi zaimponowała. To był gwóźdź programu i jeżeli takie było odgórne założenie – że słuchacz ma skupić się na głosie, przekazie, to po co ten cały blichtr i blask?
Jeżeli ktoś nie oczekuje zbyt wiele od artysty i zwyczajnie chce go zobaczyć, i usłyszeć na żywo największe przeboje, przyjemnie się przy tym bujając i śpiewając w niebo głosy, to Jess Glynne spełnia te warunki. Ja natomiast oczekuje nieco więcej i sporo podczas tego występu mi zabrakło.
PS. Brytyjska artystka przepraszała za to, że nie była w stanie wyjść do czekających po koncercie fanów, ponieważ bardzo się spieszyła. Dodała, że kocha nasz kraj i naszą energię, i nie może doczekać się aż do nas wróci.


