Willow – ARDIPITHECUS (2015), recenzja Zuzanny Janickiej

Co robiliście, gdy mieliście piętnaście lat? Ja w tym wieku uczęszczałam do gimnazjum, stawiałam pierwsze kroki w blogosferze (jednak nie tej muzycznej) oraz nie myślałam wiele o swojej przyszłości. Spoglądając na mającą piętnaście lat na karku Willow nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo już ukształtowana i świadoma swoich celów jest ta młoda dziewczyna. Zaczynanie kariery w młodym wieku nie jest czymś niespotykanym. Swoje pierwsze piosenki będąc nastolatkami nagrywały m.in. Britney Spears, Selena Gomez i Miley Cyrus. Z tą jednak różnicą, że ich twórczość kierowana była do podobnych wiekiem osób. Piosenek Willow równolatki raczej nie polubią.

Mając za rodziców aktorów Willa i Jadę Pinkett Smith’ów a za brata również odnajdującego się w świecie filmów Jadena, Willow nie mogła nie żyć w błysku fleszy. Miała ułatwione zadanie – nie musiała zabiegać o popularność, bo idzie ona w parze z byciem dzieckiem sławnych rodziców. Tata i mama zapewnili  Willow finansowe bezpieczeństwo, dzięki czemu młoda wokalistka nie musi martwić się tym, czy jej płyta się sprzeda, czy też nie. Pozwoliło jej to na muzyczne eksperymenty.

Pierwszy raz o Willow usłyszeliśmy w 2010 roku. Artystka podpisała kontrakt z wytwórnią Roc Nation i wypuściła popularny, radosny singiel Whip My Hair.  Później przyszła pora na utrzymane w podobnym klimacie 21st Century Girl i Fireball (feat. Nicki Minaj). Panna Smith jednak czuła, że popowy świat jej nie pociąga i już w 2014 roku zaskoczyła epką 3. Niespodzianki leżą chyba w jej naturze, bo debiutancki album ARDIPITHECUS ukazał się bez zapowiedzi. Willow szokowała nie tyle okładką i tytułem, który zaczerpnęła z podręcznika o ewolucji człowieka, co muzyką, o której powiedzieć jedynie, że jest mieszanką elektroniki, hip hopu i r&b to jak nie powiedzieć nic. To jedna z tych płyt, których trzeba posłuchać, zamiast się nad nimi rozwodzić.

I’m just a teenager, but I feel angrier than a swarm of hornets (PL: Jestem tylko nastolatką, lecz czuję się bardziej zła niż rój szerszeni)

Takie słowa padają w otwierającym album nagraniu Organization & Classification, nerwowym, lecz pozbawionym pewnego rozdrażnienia utworze. Piosenka należy do najlepszych kompozycji na ARDIPITHECUS, a w pamięci zostaje głównie wiele recytowanych fragmentów i dźwięki przypominające… ostrzenie noży. Kolejne piosenki pokazują nam, że pomysłów Willow starczyło nie tylko na pierwszy numer. Rozedrgana, trącąca egzotyką opowieść o tubylcach z wietrznego lasu Natives of the Windy Forest; mroczne, wsparte instrumentami smyczkowymi dRuGz czy w końcu chylące czoła przed czarną muzyką z lat 90. Cycles. Ta dziewczyna wie, co robi i nie gubi się w gąszczu swoich wymysłów nawet wtedy, gdy spokojne, oparte na dźwiękach m.in. harfy i plumkającej gitary elektrycznej F Q-C #8 zamienia na hipnotyczny, klubowy numer.

https://www.youtube.com/watch?v=4aPxlJ6R2I0

Na co jeszcze warto zarezerwować sobie czas? Nawiązujące do klubowych numerów Marceline Pt. 2 jest nie tyle drugą częścią piosenki Marceline, która widnieje przed nią na trackliście, co zupełnie nową jakością, zupełnie inną bajką. Powolne, soulujące wykonanie zastąpione zostało czymś mniej wyrafinowanym, ale niesamowicie się wkręcającym. W pamięci zostaje także bujające Star oraz nowoczesne, popowo-rhythm’and’bluesowe Wait a Minute!, podczas słuchania którego pierwszy raz uwierzyłam, że Willow ma tylko piętnaście lat. Zamykający ARDIPITHECUS utwór Why Don’t You Cry idealnie spina cały materiał w klamrę, będąc jednocześnie najlepiej zaśpiewanym, najbardziej przebojowym i najbardziej ekspresyjnym numerem na debiucie wokalistki.

Wiek jest tylko liczbą – przekonywała nas przeszło dwadzieścia lat temu piętnastoletnia Aaliyah. Powiedzenie to wbiło mi się w pamięć, gdyż często zestawić je można z muzyczną rzeczywistością, w której dobiegające pięćdziesiątki wokalistki chcą uchodzić za małolaty, a nastolatki zaskakują olbrzymią dojrzałością i świadomością swoich umiejętności. Willow miała być następczynią Rihanny, gdyby ta przestała tworzyć taneczną muzykę, a tymczasem na spokojnie stanęła przed Fenty w szeregu. ARDIPITHECUS to porządna dawka alternatywnych brzmień. Słucha się tego świetnie, choć nieraz w połowie krążka odnoszę wrażenie, że młoda wokalistka chciała „aż za bardzo”. Brakuje mi także większej ilości emocjonalnych momentów. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że to pierwszy taki debiut od czasu… A niech Willow na to pytanie odpowie. W końcu to ona nazwała swoje wydawnictwo na cześć najstarszego przodka naszego gatunku.

Czytaj również