Variete – Nie wiem (2017), recenzja Karoliny Młynarskiej

0
330

Zawsze jestem pod wrażeniem artystów, którzy przygodę z muzyką zaczynali kilka dekad temu, a po dziś dzień kontynuują swoją działalność. Dalej, nieprzerwanie wydają nowe płyty, koncertują, zachwycają swoich wieloletnich fanów i zdobywają nowych. Przykładem takiego zjawiska jest bydgoski zespół Variete. Ich dyskografię otwiera album Bydgoszcz z 1986 roku, a zamyka wydana we wrześniu bieżącego roku płyta Nie wiem.

Koncertowa prapremiera najnowszego albumu Variete miała miejsce podczas tegorocznej edycji festiwalu w Jarocinie. Zdaje się, że to wyjątkowe miejsce dla zespołu, bowiem to właśnie tam debiutował ponad trzydzieści lat temu. Prekursorzy gatunku cold wave zachwycili wtedy swoją otwartością i innowacyjnością, co więcej – wciąż niezmiennie to robią. Nie wiem to stylowa, wciągająca i czarująca opowieść o życiu i o różnych jego ujęciach. Składa się z dziesięciu utworów, trwających łącznie nieco ponad czterdzieści minut. Ta niespełna godzinna podróż niesamowicie oddziałuje na słuchacza i wciąga go do swojego świata.

Na rozgrzewkę jawi się utwór Palę pod, w którym w fantastyczny sposób wykorzystano saksofon – urozmaica on kompozycję i nadaje jej nowy charakter. Piosenka jest dobrym zwiastunem tego, co czeka nas w kolejnych częściach płyty. A czekają nas utwory miękkie, rozmarzone, ale nie miałkie i błahe. Słychać spory przekrój różnorakich instrumentów oraz dźwięków. Twórcy nie ograniczają się i nie zamykają w bezpiecznym i znanym otoczeniu. Zgrabnie eksponują swoją wolność oraz niezależność – w piosenkach wyraźnie słychać, że robią oraz tworzą dokładnie to, co chcą. I to jest świetne.

Ciekawym aspektem płyty jest jej warstwa liryczna, a właściwie jej lakoniczność. Teksty są krótkie i zwięzłe, często nieoczywiste oraz niebanalne. Dzięki ich oszczędności jest sporo miejsca na instrumentalne solówki, co też muzycy skrzętnie wykorzystują. Zasadniczo każdy utwór na płycie możemy podzielić na dwie części: w pierwszej pojawia się tekst, druga przeznaczona jest w całości na muzykę. Bo to właśnie ona gra na tej płycie pierwsze skrzypce – linia melodyczna, bardzo bogata i różnorodna, łącząca w sobie elementy elektroniczne oraz instrumenty żywe (jak wspomniany już saksofon). Pomimo sporej różnorodności instrumentalnej, płyta jest niezwykle spójna. Chwilami nie wiadomo, kiedy kończy się jedna piosenka, a kiedy zaczyna kolejna.

Najmocniejszymi momentami albumu są utwory Nadruk, Trasa W-Z i Foliowe worki. Nadruk to prawdziwa podróż w lata 80., stanowi wprost esencję tej dekady w muzyce. Dla każdego fana stonowanych, elektronicznych i relaksujących dźwięków ta piosenka będzie idealnym towarzyszem podczas jesiennych (i nie tylko) wieczorów. Trasa W-Z jest już ostrzejsza niż poprzednik, choć wciąż emanuje pewnym spokojem. Słychać w niej delikatne wpływy hip hopu, a nienachalnie skomputeryzowany wokal dobrze wypada na tle saksofonu i gitary akustycznej. Foliowe worki ma w sobie coś, co nakazuje czerpanie przyjemności z obcowania z tym utworem. Nie potrafię precyzyjnie określić, co to jest – może ten nieco orientalny wydźwięk? Może po prostu sam ogół?

 

Pomimo wielu pozytywnych stron albumu Nie wiem, trudno mi go jednoznacznie ocenić. Chwilami męczyło mnie słuchanie tak podobnych do siebie utworów – miałam przesyt tak zrównoważonych, doprecyzowanych kompozycji. Wiedziałam, czego mogę się spodziewać po każdej kolejnej piosence; nie było żadnego elementu zaskoczenia, czyli czegoś, co jest dla mnie istotne i czego zawsze szukam w muzyce. Tego mi zabrakło. I choć podoba mi się ogólna koncepcja albumu, jego konsekwentność oraz intrygujące brzmienie, nie podbił on mojego serca w stu procentach.

Niemniej muszę przyznać, że jest to płyta niecodzienna i bardzo przemyślana. Na pewno znajdzie (choć pewnie już znalazła) sporo swoich zwolenników. Jeżeli ktoś lubi odprężającą, choć wymagającą muzykę, Nie wiem będzie dla kogoś takiego stworzone. Ja jednak podziękuję jej za nowe dla mnie doświadczenie, jakim było pierwsze, bardzo przyjemne spotkanie z muzyką nurtu cold wave, a także za przyjemny relaks z jej dźwiękami, za jej nieoczywistość oraz wymaganie od słuchacza pełnej koncentracji. To było ekscytujące oraz intrygujące przeżycie, ale mimo wszystko jednorazowe.