Dzisiaj miałem podzielić się z Wami uzupełnieniem do felietonu sprzed tygodnia, w którym chciałem przedstawić kilka swoich pomysłów, które może nie zlikwidowałyby zupełnie koników handlujących biletami za wyższe stawki, ale na pewno uszczupliłyby ten proceder. Ale jest to temat na tyle neutralny czasowo, że jak napiszę o tym np. w październiku, to nie straci on zbytnio na swojej świeżości. A w zeszłym tygodniu wydarzyło się coś naprawdę ważnego, coś co chciałbym jak najszybciej odnotować i skomentować – Kanye West wystąpił na festiwalu w Glastonbury.
Nie zamierzam oceniać całego występu, bo go nie oglądałem. Nie jestem fanem hip hopu, a tym bardziej Kanye, który nie dość, że nie dodaje temu gatunkowi niczego pozytywnego i świeżego, to jeszcze sprawia, że osoby takie jak np. ja, które nie lubią zadufanych w sobie buców z łańcuchami na szyi grubości nogi Roberta Burneiki, tracą wobec tego gatunku jakikolwiek szacunek.
Ale teraz już przejdę do sedna mojego dzisiejszego wywodu. W pewnym momencie swojego koncertu Kanye West wpadł na genialny pomysł zaśpiewania utworu Bohemian Rhapsody grupy Queen. Nie jest dużą tajemnicą, że Queen to jeden z moich ulubionych rockowych zespołów, a Freddie Mercury to moim zdaniem najlepszy rockowy wokalista wszech czasów. To pewnego rodzaju świętość. Świętość, którą amerykański raper zbezcześcił.
Zacznijmy od samego wejścia rapera w piosenkę. Kanye słowo mama zaśpiewał tak bezpłciowo i bez pasji jak pracownica poczty, która przyjmuje setną kopertę do wysyłki pod koniec swojego dnia pracy. Potem West dał coś więcej od siebie, ale co z tego, skoro zamiast zaśpiewać put a gun against his head pomylił tekst i zawył put a gun up to (nie mam pewności, że jest to fraza up to, jednak na pewno nie używa wyrazu against) his head. Część z Was pomyśli, że się czepiam i że pomyłka jest tylko w jednym wyrazie, ale sorry – Bohemian Rhapsody to piosenka kultowa. Zna ją chyba każdy. To tak, jakby zaśpiewać highway to heaven albo stairway to hell. Wstyd. Po dziesięciu sekundach wyłączyłem filmik. To rekord – nawet teledysk do kawałka Marihuana Gangu Albanii obejrzałem do dwudziestej sekundy. Lecz niesmak i poczucie bezsensownego zmarnowania kilkudziesięciu sekund swojego życia był, i tu i tu, bardzo podobny.
Zastanawiam się, po co Kanye zaśpiewał Bohemian Rhapsody? Gdyby tu chodziło o jakiegoś żółtodzioba raczkującego w świecie show biznesu pomyślałbym, że chciał zaistnieć w mediach – odwalić jakąś głupią i żenującą sytuację, aby jego nazwisko lub pseudonim pojawiło się w nagłówkach artykułów. Ale West to już nie jest jakiś no name – jest znanym wykonawcą muzyki… nie wiem jak zdefiniować jego twórczość, więc zostańmy przy tym, że jest po prostu wykonawcą. A w dodatku jego żoną jest Kim Kardashian, z którą ma córkę (drugie dziecko jest chyba już w drodze), dzięki czemu ma zapewnioną dożywotnią obecność w mediach. Więc ta droga interpretacji jest chyba bezsensowna.
To może West od małego był fanem Queen, a w młodości przed niedzielnym obiadkiem wraz z rodziną odśpiewywali sobie Don’t Stop Me Now acapella? Chyba nie. Przetrzepałem Internet w poszukiwaniu idoli oraz inspiracji Kanye i wśród odnalezionych wykonawców nie było Queen. Jakoś mnie to szczególnie nie zaskoczyło.
Najbardziej logiczna wydawała się więc chęć podlizania brytyjskiej publiczności. Anglicy kochają Queen. W głosowaniu na najważniejszy zespół w historii tego kraju to właśnie zespół dowodzony przez wąsatego wokalistę zdobył pierwsze miejsce, pokonują The Beatles i Led Zeppelin. Album z największymi hitami Queen jest obecnie najlepiej sprzedającą się płytą w Wielkiej Brytanii z wynikiem przekraczającym dziewięć milionów sprzedanych egzemplarzy. Dlatego każdy, kto lubi Queen, jest z automatu lubiany przez wyspiarzy. Hołd oddany tej wielkiej grupie był genialnym zabiegiem nie tylko PR-owym, ale też artystycznym. Lecz to, co zrobił Kanye nie było przecież hołdem. Bardziej pastiszem, parodią. A wystarczyło na telebimie odpalić nagranie Bohemian Rhapsody np. z Live Aid, gdzie Queen zagrało krótszą wersję tego utworu. Publiczność byłaby zachwycona, a krytycy i internauci zamiast mieszać Kanye z błotem, doceniłyby jego szacunek wobec legendarnego zespołu.
Jedyne co mnie cieszy to właśnie fakt, że wszyscy, jak jeden mąż, skrytykowali Westa za jego krótki, ale zapadający w pamięć wykon. Ludzie nie szukają jakiś głupich wytłumaczeń dla tego głupiego występu, a fani Westa posypują głowę popiołem i nie starają się szukać wyssanych z palca pozytywów tego „coveru”. Furorę już robi zmontowany filmik, na którym Freddie zaśmiewa się z interpretacji BR Westa.
Cieszy mnie to, bo po tym jak nazwali Kanye odkrywcą talentu Paula McCartneya, nic by mnie już nie zaskoczyło.
https://www.youtube.com/watch?v=nwN6dPNXklg


