Throwback Review: Lady Gaga – ARTPOP (2013), recenzja Christiana Cieślaka

0
1136

Lady Gaga. ARTPOP. Jak już dzisiaj wiemy, nie był to najcieplej przyjęty album jednej, jak nie największej gwiazdy pop XXI wieku. Gdy promocja krążka dopiero startowała, a jeszcze nie ujawniono pierwszego singla, moje oczekiwania rozbijały się gdzieś pomiędzy stylistyką Björk i bliżej niewyobrażonym nowym wcieleniem Lady Gagi inspirowanym popartem oraz innymi współczesnymi nurtami w sztuce oraz modzie. Wraz z Applause i całym krążkiem, przekonaliśmy się, że rzeczywiście, tak sztuka, jak i sam tytuł albumu, znaczyć mogą cokolwiek. Wracając do ARTPOP po blisko czterech latach od jego premiery, nadal nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to właśnie ten album Lady Gagi jest jak do tej pory najlepszym jej muzycznym tworem jako spójna i jednolita całość. Oto recenzja, choć w tej sytuacji bardziej pasuje słowo refleksja, na temat tego, czego Lady Gaga dokonała w 2013 roku pod tytułem ARTPOP.

Aura to fantastyczny początek albumu. Niczym starcie superbohaterów z superzłoczyńcami. Szybkie motory, samochody i tiry mknące po autostradach i pustyniach. Sceny walki na dachach tychże tirów. Wybuchy wystrzeliwanych pocisków rakietowych uderzających o wszystko co tylko napotkają na trasie swojego śmiercionośnego lotu. Walące się budynki. Wybuchające stacje benzynowe. Wszystko niknie w płomieniach. Teledysk do piosenki kosztowałby bardzo dużo. I pomyśleć, że to dopiero początek albumu.

Venus, czyli niedoszły drugi singiel. I może lepiej. Charakterystyczny do całego albumu elektroniczno-chemiczny bit, który zapewne powstał dzięki komputerowi zażywającemu niebotyczną ilość halucynogenów. Najprawdziwszy trip po świecie intergalaktycznej miłości.

G.U.Y. – trzeci singiel, który okazał się niezbyt interesujący dla szerszej publiczności i zupełnie nie wiem dlaczego. Chyba najspójniejszy ze wszystkich utworów na płycie, pozbawiony zbędnych i przytłaczających ucho momentów, zresztą kiedy przy udziale tylko dwóch osób (Lady Gaga, Zedd) to zawsze lepiej dla ostatecznego efektu. Barszcz bez uszek też jest dobry, ale trzeba umieć to docenić.

Słuchając Sexxx Dreams naprawdę ma się ochotę wskoczyć na jakieś łóżko i porobić różne dziwne mniej lub bardziej seksualne pozy w świetle purpurowego światła, więc jak dla mnie zadanie w pełni wykonane.

Jewels N’ Drugs to najgorszy utwór na płycie i chyba najgorszy w całej karierze Lady Gagi, więc nie ma się czemu dziwić, że posłużył tylko za wstawkę między kolejnymi zmianami kostiumów Lady Gagi podczas trasy „artRAVE”. Może był to utwór z niesławnego ARTPOP Act 2 ze względu na swoją wieloczęściową melodię, która każda z osobna mogłaby stworzyć przynajmniej trzy zupełnie nowe utwory, a skoro druga część albumu miała się jednak nie ukazać, to trzeba było ratować co się da z tego projektu. Niestety, z marnym skutkiem.

MANiCURE, czyli kolejny energetyczny numer i niestety, nieco przeprodukowany, szczególnie w ostatnim refrenie, gdzie bit zagłuszany jest przez całą resztę, no właśnie, komputerów? Instrumentów? Instrumentów pochodzenia komputerowego? Pomimo tego, to dobry utwór i nadal słucha się go z przyjemnością.

Do What U Want – już samo zaproszenie R.Kelly’iego do piosenki o takim, a innym tytule jest dość kontrowersyjne, a zrobienie do niego teledysku przez Terry’ego Richardsona to przepis na teledysk niezdolny do upublicznienia, ale to nic. Piosenka z gatunku spokojniejszych, ale przyjemnych w słuchaniu. Na tle całego albumu, jakoś znika.

ARTPOP – tytułowa piosenka. Kolejny spokojniejszy utwór. Enigmatyczny, ale to dobrze. Nie można wykładać wszystkiego prosto na tace. To nie mięsny. To ARTPOP, a co to znaczy, nie wie nawet sama Lady Gaga.

Swine to chyba właśnie ten utwór najbardziej kojarzy mi się z pojęciem rave. Impreza totalna. Bez hamulców. Trochę płynów. Trochę sypkiego. Na głowę wielka maska, albo neonowe dredloki. I można się bawić. Jak świnia. W lokalnym korycie.

Donatella, czyli z koryta na wybiegi. Świat wielkiej mody – podejście numer jeden. Trochę zabawny i bardzo taneczny utwór, który bez zbędnej spinki wychwala i składa swoisty hołd Donatelli Versace, szefowej domu mody Versace, którą z pewnością można określić jako jedną z ulubionych kreatorek mody samej wokalistki, tuż obok Alexandra McQueena, ale jak już pamiętamy, to było na poprzedniej płycie.

Fashion! Świat wielkiej mody – podejście numer dwa. Tym razem w rytmie inspirowanym(?) Let’s Dance Davida Bowiego. Kojący i sympatyczny. W temacie stylu i szyku, dla mnie przegrywa z królową włoskiego haute couture, ale zdecydowanie wygrywa z utworem Fashion z ścieżki filmowej „Wyznania zakupoholiczki” więc nie jest źle.

Mary Jane Holland – kolejny akcent w stylu rave. Ciężki i ekstremalnie elektroniczny bit zapewne tworzony w oparach marihuany, więc jest to piosenka tylko dla koneserów, niekoniecznie używek do których się odnosi.

Dope to chyba moja najmniej ulubiona ballada w wykonaniu Lady Gagi. Wydaje się nie umywać do takich tuz jak Speechless czy Yöu & I, ale i tak na tle reszty utworów z tego albumu to miła i emocjonalna odskocznia od tych wszystkich szalonych tańców w świetle stroboskopu i innych dyskotekowo-ravowych bajerów.

Gypsy – kiedyś bardzo lubiłem ten utwór, chyba najbardziej z całego albumu. I nadal go bardzo lubię, ale obecnie, w porównaniu z resztą utworów, gdzieś zanika na tle pozostałych kompozycji i nie wiem czy to kwestia tego, że jest za mało szalony, czy jest po prostu średni.

Applause, czyli główny singiel i nie ma się czemu dziwić. Energetyczny i fantastyczny. Po prostu. Mam tylko jeden problem. Dlaczego musiało go napisać aż osiem osób?

Podsumowując, album ARTPOP to niewiarygodnie muzyczne doświadczenie z pogranicza narkotycznego snu i współczesnej POPkultury. Żeby zrozumieć o co w nim tak naprawdę chodzi, to trzeba to po prostu poczuć. Jeśli czujesz, że „NIE”, to lepiej zostaw go w spokoju, tak jak spora część widowni. Dla mnie jest to album niewiarygodny i niepowtarzalny, i będąc kompletnie szczerym, to chyba mój ulubiony twór powstały z rąk Lady Gagi. Cóż więcej powiedzieć, wracam na swoją Venus w dźwięku oklasków i gitary, ubrany w ciuchy od Versace, trzymając w ręku jointa.