„Tchu mi brak, tchu mi braknie”, czyli Olsztyn Green Festival oczami Michała Szuma

0
514

Choć to czterdzieści kilometrów dalej odbywał się największy festiwal reggae w Polsce, słoneczny klimat rodem z plaż w Kingston nie ominął również Olsztyn Green Festival – jednego z największych festiwali z polską muzyką w naszym kraju. Co prawda wizja dominacji na lokalnym podwórku jest póki co jedynie prognozą, ale organizatorzy są na dobrej drodze, aby stała się ona faktem.

To właśnie Olsztyn przez dwa dni był stolicą polskiej muzyki, a wszystko to za sprawą wielu gwiazd występujących w ramach Zielonego Festiwalu (i bynajmniej nie chodzi o perseidy!). Sierpniowy weekend okazał się doskonałą okazją do tego, aby w sprzyjających okolicznościach przyrody, tuż nad wspaniale zagospodarowanym jeziorem Ukiel, zorganizować imprezę z pompą i rozmachem. Różnorodność gatunkowa zachęciła liczne grono odbiorców do zakupu biletów, zatem zupełnie nie dziwi fakt wcześniejszego ich wyprzedania. Tyle teorii.

Praktyka bywa natomiast czasami bardzo brutalna i obiecywane złote góry okazują się ledwo odrośniętymi od ziemi pagórkami. Na szczęście w przypadku OGF zderzenie z rzeczywistością nie było aż tak drastyczne, choć kilku niedociągnięć nie udało się uniknąć. Wśród publiki dało się słyszeć głosy, że największym z nich było fatalne ulokowanie sceny Red Bulla. I o ile w przypadku małych koncertów, gdy tłum zazwyczaj umiejscawiał się bliżej sceny, nie było żadnego problemu, o tyle już w trakcie tych większych, kiedy morze ludzi sięgało niemal do samego ogrodzenia, następowało wzajemne zagłuszanie się dźwięków (co było szczególnie uciążliwe dla słuchaczy z dalszych rzędów).

Z innych rzeczy na minus należy również wymienić niedzielne opóźnienia i słabo zorganizowaną scenę Olsztyn Stage. To pierwsze być może byłoby potraktowane bardziej ulgowo, gdyby nie brak jakiejkolwiek informacji ze sceny o powodzie poślizgu. Całej sytuacji nieco pikanterii dodają nieprzyjemne warunki termiczne, z którymi musieli się zetknąć festiwalowicze, przez co wielu z nich zwyczaje zrezygnowało z dalszego oczekiwania na ostatnie występy. Co się natomiast tyczy Olsztyn Stage, to primo: scena była zdecydowanie za mała; secundo: jej nagłośnienie pozostawiało sporo do życzenia (zwłaszcza w bocznych strefach publiki, gdzie bas był tylko słodkim marzeniem). Na szczęście rekompensatą za te lekkie potknięcie, jak i za pozostałe wtopy, były wspaniałe koncerty.

Fot. https://www.facebook.com/olsztyngreenfest/

Tych na Olsztyn Green Festival nie brakowało, bo praktycznie każdy niósł za sobą jakieś emocje. Pomijając te negatywne, słów kilka o największych pozytywach. Jako pierwszego należy pochwalić pana Marcina Zabrockiego, który swą konferansjerką mógłby obdarować niejedno wesele. Jako jeden z niewielu wyłamał się poza schemat standardowego dziękowania po każdej piosence, w miejsce czego pojawiły się anegdotki, historyjki czy zaczepki w kierunku innych muzyków tudzież ludzi „dobrej woli”. Wodzirejski występ pana Marcina został jednak okraszony sporą ilością dobrej muzyki, która była równorzędnym partnerem dla jego zawadiackiej gadki.

Fot. https://www.facebook.com/olsztyngreenfest/

Wspomniana już różnorodność była wielkim atutem festiwalu, bo obok spokojnych i kojących duszę występów, można było znaleźć również te z dużą dozą pozytywnego szaleństwa Do tej pierwszej grupy niewątpliwie zaliczyć należy łagodne dźwięki grane przez Piotrka Ziołę, Krzysztofa ZalewskiegoLeskiego czy Korteza (szczególnie ci dwaj ostatni zagrali niezwykle kojąco, a wręcz usypiająco). Wszyscy panowie brzmieli jednak tak perfekcyjnie, że na chwilę człowiek mógł w niezwykle pozytywnym nastroju w pełni napawać się pięknem otaczającego krajobrazu. Swoje trzy grosze do chilloutowej części dołożyły też Domowe Melodie, które jednocześnie zagrały kilka nieco bardziej energetycznych piosenek. A jeżeli już o energii mowa…

Fot. https://www.facebook.com/domowemelodie/

Łona, Webber & The Pimps! Zdecydowanie najbardziej porywający koncert na całym festiwalu. Po występie na Przystanku Woodstock, to właśnie Olsztyn okazał się dla nich kolejnym testem sprawdzającym ich prawdziwe możliwości, bo byli oni jedynymi reprezentantami szeroko rozumianego rapu na OGF. Wspaniałe aranże nowych numerów (publiczność bardzo dobrze przyjęła Nawiasem Mówiąc), genialna interakcja z tłumem zgromadzonym pod sceną, a do tego masa pozytywnych harców płynąca od chłopaków sprawiły, że Olsztyn choć przez chwilę stał się Hip-Hop Kempem.

Energetycznie było również podczas koncertu Pustek, kwintetu Wojtka Mazolewskiego czy na ostatnim show całego festiwalu – występie Brodki. Niechętnie wracająca do swych poprzednich płyt, Monika zagrała głównie materiał z najnowszego Clashes (fakt – mało energetyczny materiał), lecz nie obyło się bez tańców, hulanek i swawoli podczas Dancing Shoes czy Varsovie. Było to bardzo godne zakończenie całej imprezy.

Fot. https://www.facebook.com/olsztyngreenfest/

Czy zatem jest za co ganić organizatorów Olsztyn Green Festival? Tak. Ale nie od razu Rzym zbudowano i zamiast znęcać się nad słabymi stronami, należy czerpać z nich lekcje. Potencjał w OGF jest ogromny, dlatego warto dokładnie śledzić dalsze losy tego pięknego wydarzenia. Oczywiście: gdyby na terenie festiwalu było pole namiotowe, gdyby strefa gastro była większa, gdyby słońce nie świeciło prosto w oczy, gdyby nie te opóźnienia, gdyby… STOP! Nie dajmy się zakuć w „gdyby”. Do zobaczenia za rok, Olsztynie! Było pięknie!