Niechęć – Niechęć (2016), recenzja Michała Kaźmierczaka

0
173

Wiele się tu dzieje – tak krótko można by opisać drugą długogrającą płytę warszawskiej formacji Niechęć. Jest tu na czym zawiesić ucho, jest nad czym podyskutować, bo jest tu coś, obok czego nie sposób przejść obojętnie – osiem arcyciekawych utworów.

O tym, że jazz w Polsce ma się dobrze nie trzeba nikogo przekonywać. Mamy wybitnych instrumentalistów, świetnych wizjonerów i eksperymentatorów. Do której z tych grup zaliczyć można Niechęć? Otóż do każdej. Piątka muzyków udowadnia dodatkowo, że bezkompromisowość i podążanie własnymi ścieżkami, choć ryzykowne, bardzo się opłaca. To z pewnością jedna za najciekawszych formacji na polskiej scenie nie tylko jazzowej, bo przecież nie tylko ze źródeł jazzu czerpie inspiracje – to jedna z najciekawszych formacji ogólnie rozumianej sceny alternatywnej.

Drugi krążek, zatytułowany po prostu Niechęć, zaczyna się od utworu zatytułowanego Koniec. Ciekawa to koncepcja, ale to nic w porównaniu z tym, co otrzymujemy już na starcie. Ta prawie dziewięciominutowa kompozycja to istny rollercoaster – od wstępu z mrocznym saksofonem, przez delikatne solówki gitarowe, aż do totalnego free jazzowego szału. Ten utwór to również bardzo wyraźny znak – jeśli nie przebrniesz Końca, nie bierz się za resztę. A jak prezentuje się reszta? Otóż na płycie mamy jeszcze dwa długie utwory – zamykający Trzeba to zrobić oraz, z numerem cztery, Metanol. Ten pierwszy z wymienionych to przede wszystkim popis saksofonisty Macieja Zwierzchowskiego oraz perkusisty Michała Kaczorka. Ciągnące się przez niemalże pięć minut improwizacje w doskonały sposób zamykają całość. Natomiast drugi ze wspomnianych utworów pachnie zdecydowanie progresywnym rockiem, w który w sprawny sposób wpleciono elementy jazzowe – to kolejny dowód na potwierdzenie kunsztu muzyków.

Druga na płycie Rajza daje trochę odpocząć po mocnym wstępie. Utwór ten dopiero w końcowej fazie nabiera impetu, natomiast w większości koi dźwiękami klawiszy i powtarzanym motywem gitary. Kolejny pozycja to Echotony. To właśnie tutaj pojawia się wiolonczela obsługiwana przez Karolinę Rec. Jej brzmienie dodaje psychodelicznego klimatu, który nawet bez niej wybrzmiewa intensywnie, a wraz z nią – owszem, mrocznie, ale też kojąco.

Free jazz jest tym, co najbardziej pociąga mnie w twórczości Niechęci – przyznaję. I dlatego miano najlepszego utworu całego krążka otrzymuje ode mnie Krew. To za sprawą wrzeszczącego saksofonu już od pierwszych sekund czuć tu bijącą niebanalność. W dalszej części porywają klawisze, ale przede wszystkim całość koncepcji – z jednej strony poruszająca, z drugiej rozrywająca, ale przemyślana w każdym najmniejszym elemencie. Tutaj trzeba zatrzymać się na dłużej.

Widzenie, które następuje zaraz po Krwi, jest już utworem nieco lżejszym z bardzo dobrze poprowadzoną perkusją i klawiszami. Został jeszcze Atak. Przedostatni utwór na płycie to kolejny dowód na wszechstronność muzyków. Dlaczego? Otóż mamy tu do czynienia z elektroniką, wręcz dubstepową, w której główny motyw ciągnie saksofon. Zręcznie wykonany pomysł, na tym etapie albumu, sprawdza się znakomicie.

Drugi album – ponownie podniesiona poprzeczka. Z pewnością niełatwo zabrać się do nagrywania następcy świetnie przyjętego debiutu, ale zespół Niechęć zabrał się do tego zadania, mam wrażenie, bez najmniejszej presji. I co najważniejsze – bez niechęci, ale ze świeżością, z głową pełną ciekawych pomysłów. W momencie, w którym, wydawać by się mogło, wymyślono już wszystko, Niechęć jest zespołem bezcennym.