Taylor Swift – evermore (2020), recenzja Kacpra Pelo

Inne recenzje

Ona znów to zrobiła. Taylor Swift nigdy nie przestanie zaskakiwać swoich fanów. Pod koniec lipca ogłosiła wydanie swojego nowego albumu… dzień przed premierą. Minęło kilka intensywnych miesięcy, a historia zatoczyła koło. Evermore to siostrzany projekt folklore. Powiedziałbym, że podniosła poprzeczkę jeszcze wyżej, ale w tym przypadku, bardziej się już chyba nie da.

Rok 2020 zdecydowanie należy do Taylor Swift. Choć początkowe plany dotyczące ogromnej trasy koncertowej po Europie zakończyły się na etapie przygotowań, artystka szybko zajęła się czymś innym. Stworzyła studio nagraniowe we własnym domu i rozpoczęła proces tworzenia. Nie dość, że cały czas pracuje nad ponownym nagraniem dawnych piosenek, by mieć do nich pełnię praw, to wspięła się na wyżyny swojej twórczości przez folklore i wydała film z utworami w wersji akustycznej. Nikt nie spodziewał się tego, że ma w zanadrzu coś jeszcze – evermore, który bez dwóch zdań jest jeszcze bardziej wyrazisty, eksperymentalny i klimatyczny.

Podobnie jak folklore, evermore nie jest albumem łatwym. Sam potrzebowałem kilkunastu (o ile nie kilkudziesięciu!) przesłuchań, by dogłębnie wejść w jego świat. Bo nie chodzi tu tylko o muzykę. Taylor znów wcieliła się w rolę narratorki, która opowiada nam kilka łapiących za serce historii. Oczywiście, nie mogło się obejść bez odniesień do siostrzanego projektu oraz jej dawnej twórczości. Myślę, że sam jeszcze nie odkryłem wszystkich niespodzianek, które są ukryte gdzieś pomiędzy wersami. Jedno jest pewne – z każdym kolejnym odsłuchaniem wchodzimy coraz głębiej w uniwersum evermore, a dopiero wtedy da się zrozumieć i ocenić to, co chciała przekazać artystka, która jak zwykle sama napisała wszystkie teksty.

Zatrzymując się jeszcze przy tekstach (które współtworzyli niezawodni Aaron Dessner i Jack Antonoff), nie są to zwykłe piosenki. Podpiąłbym to raczej pod kategorię poezji śpiewanej. Taylor w folklore udowodniła, że jest niesamowicie utalentowaną tekściarką. W evermore jedynie to podkreśla i daje upust tkwiącym w niej emocjom, przez wyśpiewywanie historii innych ludzi. Choćby w osobistej balladzie majorie, która traktuje o babci artystki. Za to ‘tis the damn season oraz dorothea to ta sama opowieść miłosna, jednak przedstawiona z dwóch różnych perspektyw – mężczyzny z małego miasta oraz kobiety, która żyje teraz w świetle reflektorów i wraca do niego raz do roku. Podobnych nawiązań jest na tym albumie znacznie więcej. Świadczy to jedynie o tym, jak dopracowany projekt stworzyła Taylor i współproducenci w stosunkowo krótkim czasie. Jest to również oczko puszczone w stronę fanów, bo artystka dobrze wie, że kochają rozwiązywać zagadki, ukryte między wierszami i łączyć je w całość.

Mówiąc o muzyce, nie da się nie porównywać jej przez pryzmat folklore. Lipcowy projekt był dość spójny i spokojny. Stworzenie albumu folkowego było wystarczającym szaleństwem na tamten okres. Teraz Taylor mogła śmiało rozwinąć skrzydła, ponieważ evermore jest bardziej zróżnicowane i eksperymentalne. Mamy te wolne, klimatyczne ballady, ale znajdzie się też coś szybszego. Poza tym, sam podkład świetnie wpasowuje się w teksty. Ten z cowboy like me nie przywodzi mi na myśl niczego innego jak Dziki Zachód, a z coney island momentalnie przenosi mnie nad samotne wybrzeże. Słychać, że Taylor poczuła się pewniej w tej stylistyce, bo pozwoliła sobie na muzyczne szaleństwa.

Tym razem nie jedna, a aż trzy kolaboracje. I to jakie! Niezawodny Bon Iver, który tym razem zaprezentował, że brzmi magicznie nie tylko w niskiej, ale również wysokiej tonacji. I znów tytułowe evermore to jeden z najbardziej emocjonalnych, doprowadzających do łez kawałków na płycie. Ale żeby nie było aż tak dramatycznie, współpraca z zespołem HAIM pod wymownym tytułem no body, no crime opowiada o zemście i zbrodni. Na deser jeszcze kolejna ballada z The Nationalconey island o tęsknocie. Wszystkie tak samo wyśmienite.

W evermore Taylor zanurza się w ludzkiej psychice i wyciąga z niej to, co najciekawsze. Nawet zazdrość, pustkę po rozstaniu, czy brak bliskiej osoby opakowuje w piękne słowa i okrasza ciekawą muzyką. Dzięki temu powstaje całość idealna, a emocje aż kipią! Mimo, że jak sama wspomniała, jest to siostra-bliźniaczka folklore, ani trochę nie wieje nudą! Oba twory łączy jedynie klimat i wysoki poziom produkcji, poza tym traktują o zupełnie czymś innym. Ale żeby się tego dowiedzieć, trzeba zatonąć w tej produkcji bez pamięci.

Taylor Swift - evermore
  • Data premiery: 11 12 2020
  • Single: willow
Najlepsze utwory: gold rush, champagne problems, dorothea, coney island
Najsłabsze utwory: brak


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Kacper Pelo
Kacper Pelo
Student lingwistyki, beznadziejnie zakochany w muzyce pop i artystycznych kawałkach.

Czytaj również

Ona znów to zrobiła. Taylor Swift nigdy nie przestanie zaskakiwać swoich fanów. Pod koniec lipca ogłosiła wydanie swojego nowego albumu… dzień przed premierą. Minęło kilka intensywnych miesięcy, a historia zatoczyła koło. Evermore to siostrzany projekt folklore. Powiedziałbym, że podniosła poprzeczkę jeszcze wyżej, ale w...Taylor Swift - evermore (2020), recenzja Kacpra Pelo