W życiu każdego artysty przychodzi taki moment, kiedy tworzy coś przełomowego. Dzieło, które jest kamieniem milowym w jego całej karierze. Od tego momentu dzieli się jego dorobek na ten przed i po, bo przeważnie wyznacza ścieżkę dalszego rozwoju. Ta chwila właśnie nastąpiła u Taylor Swift wraz z albumem folklore.

Taylor Swift już wcześniej zdążyła udowodnić, że jest twórczynią wszechstronną. W jej dyskografii na próżno szukać dwóch takich samych płyt, bo każda przynosi falę zmian. Wcześniejsza transformacja z country do popu, zakończona niesamowitym sukcesem, była jedną z najgłośniejszych metamorfoz rynku fonograficznego. Dzięki niej wokalistka otworzyła sobie drzwi do globalnej kariery i milionów sprzedanych nagrań. Teraz jesteśmy świadkami kolejnego dużego zwrotu akcji. Wydając album z alternatywnym soft-rockiem pokazała, że nie zostaje w bezpiecznej strefie komfortu i cały czas eksperymentuje. A jak wiemy, wszystko czego dotknie Taylor zmienia się w złoto. W tym przypadku nie mogło być inaczej.
O wydaniu folklore dowiedzieliśmy się dopiero szesnaście godzin przed jego premierą. Co zabawne, nawet wytwórnia artystki nie miała pojęcia o tym projekcie. Wszystko było utrzymane w tajemnicy. Płyta jest efektem pracy wokalistki podczas kwarantanny. Razem z kilkoma producentami, w tym z niesamowitym Jackiem Antonoffem, stworzyła w kilka miesięcy pełnoprawny album. Album, który bez żadnej promocji zdobył w 24 godziny ponad 80 milionów streamów na Spotify oraz zadebiutował na 7. miejscu najlepszych albumów wszechczasów według magazynu Metacritic.
Podczas kwarantanny moja wyobraźnia zaczęła wariować i ten album jest tego rezultatem; kolekcja piosenek i historii, które przepływały jak strumień świadomości. Chwytanie za pióro było moim sposobem na ucieczkę w świat fantazji, historii i wspomnień. Opowiedziałam te historie najlepiej jak potrafiłam, z całą miłością i cudacznością na jaką zasługują.
Folklore jest muzycznie surowy i oszczędny, a zarazem wykonany z ogromnym rozmachem. Niewinne, intymne dźwięki przynoszą ukojenie i przywodzą na myśl jesienny, deszczowy wieczór w ciepłym domu. Nastrojowe tło instrumentalne pozostaje w tej samej konwencji przez wszystkie piosenki, jednak lekko zmienia się w każdym z utworów. Z pozoru niewinna zmiana, zupełnie zmienia odbiór i przekaz kolejnych piosenek. Subtelny akompaniament fortepianu w exile, harmonijka ustna w betty, czy delikatna gra gitary w seven i inne detale definiują album. W tych niewielkich szczególikach tkwi cała magia. To, że jest pisany małymi literami też nie może być przypadkowe, bo folklore nie jest krzykliwy i głośny, a subtelny i eteryczny – tak jak małe litery. Taylor Swift łapie ulotne dźwięki i zamyka je w kilkuminutowych ramach, zawierając w nich zapomniane historie oraz nadal żywe emocje.
Bo właśnie emocje definiują folklore jako album przełomowy. Emocje, które nie są ani trochę wymuszone. Taylor pokazuje na nim ogromną część samej siebie, nie tylko jako wokalistki, ale osoby prywatnej. Przekazuje słuchaczom to, co ją ciekawi, intryguje i inspiruje – nie tylko z własnego życia, a z obserwacji innych. Przybiera postać narratora przypominającego zakurzone historie, choćby życie Rebeki Harkness w the last great american dynasty lub tajemniczą opowieść o miłości i zdradzie, przedstawioną z trzech perspektyw w trzech różnych piosenkach. Lirycznie, Taylor wspięła się na wyżyny swoich umiejętności literackich i kolejny raz udowodniła, że jest ogromnie utalentowaną kompozytorką, która swoimi słowami potrafi dotykać duszy.

Album jest dość długi, trwa nieco ponad godzinę, na którą składa się szesnaście piosenek. Przy tylu utworach łatwo wskazać kilka najsłabszych, będących raczej zapychaczami niżeli wartościowymi tworami. Jednak w tym przypadku każdy kawałek stoi na najwyższym poziomie. Każdy jest potrzebny i bez niego folklore nie byłby kompletny. Od wprowadzającego w klimat płyty the 1, aż do finalnego hoax poziom pozostaje taki sam, a przy niektórych utworach nawet wzrasta ponad skalę. Chodzi szczególnie o kolaborację z Bon Iverem, czyli o exile, który w mojej opinii jest tym najbardziej przejmującym utworem. Nie tylko dlatego, że głosy obojga harmonijnie ze sobą współgrają, ale tragicznego tekstu i gradacji emocji, które osiągają w połowie apogeum. Śmiało mogę o nim powiedzieć jako o tym najsmutniejszym ze wszystkich. Jednego ulubionego nie sposób wybrać. Każdy ma w sobie to coś, jakąś iskierkę, która rozpala ogień nostalgii i nastrojowości.
Folklore to album przepełniony sentymentalizmem, melancholią i ogromną dozą ciężkiej pracy. Wraz z nim narodziła się nowa Taylor Swift. Już nie tylko gwiazda popu a świadoma, dojrzała artystka, która nie musi robić tego, co oczekują od niej inni. Lover zamknęło pewien etap w jej życiu, a folklore otwiera zupełnie nowe drzwi. Już teraz można powiedzieć, że jest to dotychczas najlepszy album w jej karierze. Niesamowicie szczery, prawdziwy i definiujący jej dalszą ścieżkę. Ścieżkę, na której na pewno zaskoczy nas jeszcze nie jeden raz.
- Data premiery: 24 07 2020
- Single: cardigan
