Mamy nowy rok, więc warto pomyśleć nad jakimiś postanowieniami. Patrząc na liczbę osób będących ostatnio na mojej siłowni stwierdzam, że wielu ludzi postanowiło zrzucić w 2016 roku zbędne kilogramy.
Znalezienie wolnej szafki w szatni graniczy niemal z cudem. Jeżeli chcesz iść pod prysznic, musisz stać w kilometrowej kolejce i podziwiać owłosione pośladki kolesia przed tobą. Gdy już skończysz się myć i wracasz na swoje miejsce z zamiarem usadzenia swoich czterech liter na ławce, jest ona już zajęta przez innego gościa. Nie możesz się należycie wytrzeć, bo w ścisku tym nie jesteś w stanie się poruszyć. Wkurzony i poirytowany wychodzisz z klubu, a krople spływające po niewysuszonych włosach spadają na ziemię w postaci kostek lodu. Zdajesz sobie sprawę, że głowa ci zamarza i twoje zdenerwowanie wchodzi na jeszcze wyższy level. Klniesz pod nosem i wyzywasz tych wszystkich ludzi, przez których cały mokry musisz paradować do domu.
Rok ma 12 miesięcy. Siłownie otwarte są niemal przez 365 dni w roku od godziny 6 do 23. Czasem zdarzają się klubu otwarte 24/7. Zatem jest sporo okazji, by jakiś Janek czy Bartek wykupił sobie karnet w innym dniu, niż 2 stycznia. A cała ta historia prowadzi mnie do ostatnich śmierci dwóch wielkich artystów i wydarzeń, które po nich nastąpiły.
8 stycznia premierę miała nowa płyta Davida Bowiego zatytułowana Blackstar. Po usłyszeniu promujących ją singli Blackstar i Lazarus wiedziałem, że muszę ją sobie kupić w wersji winylowej. W dniu owej premiery jechałem do Rzeszowa, więc żeby album nie pogniótł się w trakcie podroży postanowiłem zakupić go w poniedziałek, gdy wrócę do Krakowa. Jednak z ciekawości poszedłem zobaczyć jak wizualnie prezentuje się to wydawnictwo. Gdy trzymałem je w ręku wiedziałem, że muszę je mieć.
Gdy w poniedziałek rano wsiadłem do autobusu jadącego do Krakowa nie wiedziałem, że David Bowie nie żyje. Dowiedziałem się o tym w trakcie podroży po tym, jak moja dziewczyna napisała mi SMSa z tą smutną informacją. Gdy dojechałem na miejsce poszedłem do jednej z sieciówek oferującej szeroki wachlarz albumów na winylu. Było chyba pięć egzemplarzy Blackstar na „czarnym placku”. Wziąłbym jeden z nich gdyby nie fakt, że nie miałem wystarczającej ilości gotówki przy sobie. Przyjadę jutro i go kupię – pomyślałem.

Następnego dnia pojawiłem się przy tym samym regale, co dzień wcześniej. Blackstara nie było już w zakładce pod literą „B”. W dniu premiery był, kilkadziesiąt minut po śmierci Bowiego też był, ale już w momencie, gdy cały świat dowiedział się o jego śmierci, album zniknął ze sklepowych półek. Poszedłem do faceta z działu płyt i spytałem się, czy nie ma jej czasem na zapleczu. Nie, wszystkie się wczoraj rozeszły – usłyszałem w odpowiedzi.
Album Ace of Spades grupy Motörhead swą premierę miał w 8 listopada 1980 roku. Płyta ta uzyskała wtedy dobre lub bardzo dobre recenzje. Jej wizytówką okazał się utwór tytułowy, który w kolejnych latach zyskał miano jednej z najlepszych piosenek Brytyjczyków w całej ich historii. Jednak kawałek ten nigdy nie dotarł do prestiżowych zestawień Billboardu. Do czasu.
W jednym z ostatnich rankingów na pozycji numer 12 listy Billboard Hot Rock Songs zadebiutowało właśnie Ace of Spades. Ponad 35 lat od dnia, w którym został opublikowany. Dodatkowo również po raz pierwszy pojawił się na 24 miejscu zestawienia Rock Streaming Songs. Śmierć Lemmy’ego sprawiła, że nagle utwór ten uzyskał sukces komercyjny.

Teraz pojawia się pytanie: czy Ace of Spades nie było tak samo dobrą piosenką np. 20 lat temu? Czy album Blackstar nie był na tyle wartym wydania pieniędzy wydawnictwem, by zakupić go w dniu premiery, a nie zaraz po śmierci jego autora? Przecież pozycje te nie zmieniły swojego brzmienia po tym, jak ich twórcy odeszli z tego świata. Były tak samo dobre, jak są teraz.
Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego śmierć jest motorem napędowym do większego docenienia czyjejś pracy. Może przykład Bowiego nie jest w tym przypadku najlepszy, bo jego nowa płyta wydana została 2 dni przed jego odejściem i ciężko będzie na podstawie danych stwierdzić, czy ludzie kupili ją w dniu premiery lub następnego dnia, czy też w poniedziałek, już po informacji o zgonie artysty. Ale już Ace of Spades idealnie pokazuje, jak działa ten mechanizm. To samo było w przypadku Whitney Houston i Michaela Jacksona. Ich ostatnie lata życia były schyłkiem ich karier. Jackson planował serię koncertów w Londynie, po której miał przejść na muzyczną emeryturę. Jego ostatnią studyjną płytą było Invincible wydane 6 lat wcześniej. Lecz nagle, gdy serwisy informacyjne przekazały smutną wiadomość o jego śmierci, słupki sprzedaży jego płyt wystrzeliły w górę niczym pocisk. Fajnie, że albumy Michela znalazły się znów wśród najczęściej kupowanych wydawnictw, ale przecież ich zawartość była na tyle dobra, że mogły się one tam pojawić miesiąc, rok lub dwa lata przed jego odejściem.

Swoje trzy grosze do nakręcania tego całego procesu dorzucają też sami przedstawiciele świata muzyki. Dzień po śmierci lidera Motörhead Dave Grohl z Foo Fighters zrobił sobie tatuaż z napisem „Ace of Spades” i symbolem pik. Gdy świat obiegła informacja o odejściu Davida Bowie’go, Flea z Red Hot Chili Peppers strzelił sobie dziarę na przedramieniu z napisem „Bowie”. Nie mówię, że jest to złe, bo taki tatuaż to swoiste oddanie komuś hołdu. Ale czemu dopiero śmierć sprawiła, że wspomnieni panowie zdecydowali się na taki ruch?
![]()
A co do mojej siłowni – najdalej w połowie lutego wszystko wróci do normalności. Znam to z obdukcji. Ludzie stracą zapał do pracy, a klub odzyska swoją utraconą przestrzeń. Tak samo będzie z Lemmym i Davidem. Popyt na ich muzykę spadnie, pozycje na listach zaczną systematycznie lecieć w dół. I tak do następnej śmierci którejś z gwiazd muzyki. A jak pokazują ostatnie trzy tygodnie, możemy się takowych spodziewać coraz więcej.


