Roy Orbison – A Love So Beautiful: Roy Orbison & The Royal Philharmonic Orchestra (2017), recenzja Marty Muśko

0
580

Muzyczna droga tego skromnego mężczyzny ukrytego za ciemnymi okularami, w czasach, gdy artystami kierowały nieco inne priorytety, była niezwykle intensywna. Obdarowywał słuchaczy nowymi płytami nawet w słabszych momentach, gdy ci wykazywali nim mniejsze zainteresowanie ze względu na coraz szybciej zmieniające się muzyczne trendy. Chociaż nigdy nie wysuwał się przed szereg, dziś Roy Orbison należy do elity najwybitniejszych muzyków, a dla wielu kolegów po fachu jest inspiracją dla ich własnej twórczości. Królewska Orkiestra przekazuje w nasze ręce płytę z nowymi aranżacjami kultowych przebojów  artysty, których historia sięga ponad półwieku.

Sława Roya Orbisona nadeszła podczas panowania Beatlemanii. Dorównywał, a chwilami wręcz przewyższał popularnością Fab Four. Artysta bez trudu umieszczał kolejne nagrania singlowe na szczytach list przebojów, pomimo faktu, że tworzył z reguły nostalgiczne piosenki. W 1963 roku został zaproszony do uczestnictwa w trasie koncertowej po Wielkiej Brytanii podczas której jego koncerty były połączone z występami The Beatles. Zarówno Orbison, jak i chłopcy z Liverpoolu wzbudzali wielki entuzjazm publiczności. Muzyk zaprzyjaźnił się wtedy z Johnnem Lennonem i George’em Harrisonem, z którym na o wiele późniejszym etapie, znajomość przerodziła się we wspólny muzyczny projekt Traveling Wilburys. Była to kolejna charakterystyczna cecha Roy’a – jego osobowość przyciągała do siebie najlepszych. Barry Gibb, Larry Gatlin, Tom Petty, Jeff Lynne, Carl Perkins, Jerry Lee Lewis i wielu innych. Sam Elvis Presley twierdził, że wspólny występ z nim byłby dla niego – Króla – szczytem marzeń. Był on też jednym z niewielu muzyków, którym udało się utrzymać wysoką popularność po dotarciu Beatlemanii do Stanów Zjednoczonych w połowie lat 60. Pod koniec 1969 roku latach zainteresowanie jego muzyką coraz bardziej gasło. Na scenę wkroczyły nowe zespoły i twórcy, związani z ruchem hippisowskim i kontrkulturą, do których niezbyt przemawiały miłosne ballady artysty. Jednak jego gwiazda na nowo rozbłysła ponad dekadę później…

null

A Love So Beautiful to kolejny muzycznie rozbudowany projekt brytyjskiej Królewskiej Orkiestry. W odróżnieniu od wcześniej zaprezentowanych wydawnictw z udziałem Elvisa Presleya, gdzie przed szereg w przeważającej ilości wysuwała się liryka i bliżej zapomniane utwory, podczas ich pierwszego spotkania z kolejnym reprezentantem rockabilly – Royem Orbisonem, postanowiono stworzyć zbiór największych przebojów artysty i nadać im jeszcze szlachetniejsze ubarwienie dźwięków.

W podróż przez trzy dekady zabiera słuchacza rozmarzone In Dreams z czwartego albumu o tym samym tytule. Fakt ten jest o tyle istotny, iż był to początek nowego etapu w twórczości muzyka, a mianowicie tworzyła ona najwcześniejszą formę rock and rolla zwaną rockabilly. Wróćmy jednak o rok wstecz, do 1962 roku i premiery trzeciego studyjnego wydawnictwa – Crying. Z jego ścieżki sprowadzono do studia orkiestry trzy niesamowite kompozycje. Pierwszą z nich jest tytułowy singiel, nagrodzony pośmiertnym Grammy. Pełen wzruszenia, zwłaszcza jego odnowiony wariant z 1987 roku, nagrany na potrzeby filmu Hiding Out niedługo przed nieoczekiwaną śmiercią artysty. Kolejną niezapomnianą balladą jest Love Hurts, którą zna, a przynajmniej każdy powinien ją kojarzyć co najmniej z jednego wykonania grupy Nazareth. Ci dodali countrowej kompozycji rockowego brzmienia dopiero w latach 70., jednak jej historia sięga 1960 roku. Napisał ją Boudleaux Bryant i pomimo późniejszego rozchwytywania ballady, pierwszym wykonawcą, który doprowadził ją do miary przeboju został Roy Orbison. Później do swojego repertuaru piosenkę włączyli wcześniej wspominani Nazareth, a także Cher. Wydawnictwo z 1962 roku zamknęło Running Scared, które w nowej, jeszcze bardziej dynamicznej aranżacji niezmiennie trzyma słuchacza w napięciu.

https://www.youtube.com/watch?v=YKZ6hDUVW_0

Pretty Woman z 1964 roku jest na tyle ponadczasowym i kultowym punktem w muzyce rozrywkowej, że absolutnie nie wymaga jakichkolwiek dodatków – wręcz odwrotnie, mogą one jedynie zaszkodzić czego doskonale jest świadoma Królewska Orkiestra, która wyróżniła kompozycję jedynie poprzez delikatne muśnięcia smyczków. Bez przebarwienia, lekko i wciąż kuszące swoim rock and rollowym, energicznym brzmieniem.

null

Kolejne trzy propozycje pochodzą z drugiej płyty Lonely and Blue z 1961 roku. Cała muzyczna treść czarnego krążka posiadała swój specyficzny, przekładając na obecne czasy, wręcz chilloutowy wyraz z klasyczny anturażem – płynący wokal, charakterystyczne chórki opierające się na motywie hey hey, whoa-whoa, oh dum, wah-wah-wah-wah, obrały w nowym wcieleniu Only The Lonely (Know The Way I Feel), I’m Hurtin’ i Blue Angel jeszcze lżejszej i muzycznie odprężającej melodii. Przy niektórych kompozycjach obecność orkiestry jest niemal niezauważalna, ale jednocześnie doskonale wyważona i wpasowująca się w tło tak jak w bluesowym Dream Baby, lekko jazzowym Uptown oraz mocno roztańczonym Mean Woman Blues, wcześniej porywane do rytmu przez Elvisa Presleya. Mamy też czarujące Pretty Paper na coraz bliższą atmosferę świąt.

Dekada lat 70. nie była dla Orbisona udana pod względem artystycznych odkryć i komercyjnych sukcesów. Pomimo różnych stylistycznych zmian, jego muzyka nie zdołała zyskać większej popularności, najlepiej zaś sprzedawały się kompilacje starych hitów. Muzyk kilkukrotnie musiał zmieniać wytwórnie muzyczne, co z pewnością także wpłynęło na brak komfortu pracy. Mimo kłopotów cały czas intensywnie koncertował. Dopiero w 1977 roku zrobił sobie dłuższą przerwę po tym, gdy doznał ataku serca i musiał przejść poważną operację. Lepsze czasy nadeszły wraz z latami 80. i odradzaniem się mody na rockabilly. Rozpoczął pracę nad nowym materiałem. Okazało się, że Roy najlepsze lata miał jeszcze przed sobą. Najnowsze wydawnictwo poświęca część swojego miejsca właśnie ostatnim największym przebojom artysty. Szczególną uwagą obdarzono pełne dynamizmu i rockowego ducha I Drove All Night, które uważam za jeden z najlepszych elementów w jego bogatym repertuarze. Piosenkę nagrano w 1987 roku krótko przed nagłym odejściem, a do szerszej publiczności trafiła ona dopiero w 1992 roku na pośmiertnym wydawnictwie King Of Hearts. Fakt tak późnego wydania uważam za ogromny nietakt, ponieważ z kretesem miażdży wcześniej spopularyzowaną wersję Cyndi Lauper i nieco lepszą, aczkolwiek wciąż daleką od oryginału Celine Dion. Są również momenty, które od pierwszych dźwięków wywołują uśmiech na twarzy, podobnie jak u samego wykonawcy na scenie. Mowa o You Got It z ostatniej płyty nagranej za życia The Big O pod tytułem Mystery Girl. Niestety dwa miesiące przed jej premierą, 6 grudnia 1988 roku odszedł nagle na atak serca. Piosenka przepełniona radością powstawała we współpracy z cenionymi muzykami jak Tom Petty i Jeff Lynn, jednak to kojący i radosny głos głównego bohatera na stałę wkrada się do pamięci i serducha jej odbiorcy. Nowa aranżacja stonowała całość delikatniejszym brzmieniem, co niekoniecznie było potrzebne, aczkolwiek jest ciekawym urozmaiceniem wielkiego klasyka. Z tego samego albumu pochodzi tytułowa kompozycja A Love So Beautiful, którą w późniejszym czasie do swojego repertuaru dołączył inny wokalista o roli muzycznego romantyka, Michael Bolton. Oba wykonania zupełnie różne, a jednak po raz kolejny cover cieszył się większą sławą. Roy poniekąd był często niedostrzegany przez słuchaczy opierających się na komercyjnych dokonaniach, jednak koledzy z branży po dziś dzień go cenią wspominając w swoich wypowiedziach, jak wiele mu zawdzięczają.

Subtelny, jedwabisty głos Roya Orbisona świetnie uzupełnia poszczególne utwory. On, zdaje się śpiewać bez wysiłku, ale zawsze czynił to w typowy dla siebie, fascynujący sposób. To trafny przykład, że nie tylko potężny głos i jego skala budują emocje, a szczere uczucia. One tworzą jedność z warstwą tekstową oscylującą wokół tęsknoty, strachu przed samotnością, a miłością. Jego twórczość wprowadza spokój, uwodzi melodyjnością, potrafi też w moment zabrać nas na parkiet w rytm klasyki rock and rolla. Artysta przychodzi do słuchaczy i opowiada swoją historię, który jak w życiu każdego doświadczonego człowieka, mierzy się z wieloma trudnościami. Pomimo straty w nieszczęśliwych wypadkach pierwszej żony i ich dzieci, on znajdywał w sobie siłę i ogromną przestrzeń na radosne chwile, nową miłość i odrodzone życie rodzinne. Opowiada z niezwykłym spokojem, ogromną (nieuzewnętrznioną) pasją i duszą. Nie jest za późno, by ją odkryć.

null