Rover – Odźwierny (2013), recenzja Marty Mrowiec

Dawno pierwszy odsłuch albumu tak mnie nie powalił. Ilość emocji, jakie dostarcza nam Rover na swoim albumie jest gigantyczna. Każdy kawałek to emocjonalny zastrzyk, który miejscami przyprawia nas o ciarki wzdłuż całego kręgosłupa, który sprawia, że na chwilę się zatrzymujemy i zastanawiamy nad życiem.

Po konceptualnym albumie 24 przyszedł czas na Odźwiernego. Najnowszy album Rovera to  dawka bardzo dobrych tekstów osadzonych na mistrzowskich bitach. To album kompletny. Krążek rozpoczyna Autobiografia – numer, w którym raper otwiera się na słuchacza. Dotyka rzeczy ważnych w jego życiu, niełatwych. Poprzez takie otwarcie się na słuchacza artysta pozwala silniej odczuwać emocje, których na tym krążku jest niemało. Porusza się w sferze problemów zarówno tych przyziemnych jak i duchowych. To niejako próba odnalezienia sensu. Emocje potęguje bit. Rover przyznaje w numerze, że dużo czyta i niewątpliwie wpływa to na jego narracyjną lekkość oraz stylistykę pisanych tekstów, które naszpikowane przeróżnymi środkami stylistycznymi. Podobnie w kawałku Konfesjonał, który jest do bólu szczery. Bit jest tak dramatyczny, że słuchacz wpasowuje się w klimat kawałka, ma niejako wrażenie, że bierze czynny udział w rozmowie Rovera z Bogiem. Raper uzewnętrznia się, jednak nie popada w patos a tym samym nie przytłacza słuchacza swoimi problemami.

Ledwie stajemy na nogi a już chcemy latać słyszymy w Surrealiźmie, który traktuje o wiecznej gonitwie człowieka, o niesprawiedliwości oraz o iluzji ludzkiego życia. W kolejnym kawałku gościnnie udzielił się Luka, którego słyszymy również w następnym numerze. W numerze Prestidigiator Luka odpowiada za refren, który jest godny uwagi. Numer to opowieść o flircie jako swego rodzaju sztuce. (Prestidigiator to iluzjonista). Leniwi bit pozwala nam nieco odsapnąć po poprzedniej gonitwie za dźwiękiem i nawijką Rovera. Następnie dostajemy Wizję, w którym wokal Rovera przypomina mi Bukę. Numer uspokaja kolejny refren Luki. W kawałku Motyle  na pierwszy plan  wysuwa się bit. Niesamowita energia, tempo i genialnie wykorzystane dźwięki gitary.

Po takiej porcji emocji, które wręcz kipią z każdego numeru, które pozwalają nam podróżować razem z Roverem po jego świecie, dostajemy dwa kawałki bardziej radosne. Pierwszy Dźwięki z zabawnymi momentami, jak chociażby nawiązanie do arii operowych i wyśpiewanych słów Anna Maria Jopek cieniutkim głosikiem (brzmi dziwnie, ale to trzeba usłyszeć). Tekst idealnie komponuje się z bitem. Rover świetnie odnajduje się na bicie i dzięki temu jest on spójny. Nawiązuje w nim również do porównywania jego osoby do Bisza, który w zeszłym roku debiutował mocnym albumem.

Na forach piszą, że będę drugim Biszem a nie kumają, że tu chodzi o muzykę

Drugi bardziej pozytywny numer to Roadtrip 2 z obrazowym klipem. Koszyk to spokojniejszy kawałek zawierający kilka prawd głównie na temat mężczyzn, a tytułowy Koszyk to metafora życia, które jest równie kruche i czasem wystarczy tylko małe zaprószenie ognia i można wszystko stracić.

Nie wiem co mnie przeraża bardziej twoja łatwowierność czy moje kłamstwa / mężczyzna zawsze ma dwie twarze jedna to prawda druga to kłamstwa

Życie jak wiklinowy koszyk od uderzeń losu nie pęknie, ale zaprósz ogień między sploty a stracisz wszystko co najcenniejsze

Po wcześniejszej wycieczce z Roverem (nie mylić wycieczki z rowerem), wyluzowani i odprężeni nie spodziewamy się tego, co w nas zaraz uderzy. Tak, uderzy! Dosłownie. Kawałek Koperta to jeden z mocniejszych tracków. Numer odnosi się do prawdopodobnie najgorszych dla człowieczeństwa czasów. To numer trudny.

Cenzura jak pies bezpieczeństwa (…) choć krematoria ścierały ludzi na proszek (…) na przedramieniu czuję ból cyfer hańby

W szkole średniej omawiano lektury poruszające ten temat, jednak to było o wiele za wcześnie i niejeden z nas nie zdawał sobie z wagi poruszanych tematów. Kiedy dostajemy to w wersji muzycznej jest to jeszcze inne, bardzo specyficzne doznanie.

W Pęknięciu gościnnie udziela się Wdowa, która pasuje do numeru i swoim wokalem dodaje mu klimatu. Lot to z kolei mistrzowski bit stworzony przez Pawbeatsa. Z przeraźliwie prawdziwymi i trafnymi wersami, jak chociażby:

A spokój żołądka i smak na języku to wszystko o co się staram.

Rutyna trwania bez zbędnych polemik

Kiedy mamy do czynienia z tak świetnie dopracowanym i dopieszczonym, w każdym calu, albumem trudno wybrać najlepszy track. Na tej płycie nie ma faworyta. Album jest spójny, równy i kompletny. Rover potrafi pisać w sposób ujmujący i nieszablonowy. Porusza się w obrębie tematów wszystkim dobrze znanych, jednak pokazuje je ze swojej perspektywy. Mądre teksty to jeden z elementów, który stawia album na wysokim poziomie. W tekstach nie ma co doszukiwać się drugiego dna, ponieważ zwyczajnie go tam nie ma. Prosty, jasny przekaz, który może wywołać różne reakcje czy też emocje u słuchacza. Emocje z tekstów przekładają się również na głos i flow Rovera. Dostajemy delikatne kawałki oraz te, z których wylewają się emocje. W obu przypadkach pierwsze co nasuwa się na myśl to szczerość. Bije po uszach, co stanowi główną zaletę tego wydawnictwa. Album jest trudny i wymaga wielu przesłuchań, aby w pełni odkryć jego wartość. I jak najbardziej nie jest to czas stracony. Każda minuta odsłuchu jest wartościowa. To 50 minut i 35 sekund, które warto przeżyć z Roverem i jego Odźwiernym.

Czy można już teraz nazwać tą płytę płytą roku? Bo czy możemy już w październiku  rzucać hasła „płyty roku”? Tego nie wiem, jednak niewątpliwie jest to jeden z pretendentów do tego miana. W moim podsumowaniu roku znajdzie się bardzo wysoko. Pozycja obowiązkowa!

rover odzwierny

Czytaj również