Przedostatni z redaktorów prezentuje Wam swoje najbardziej kochane albumy i wielbionych artystów. Poznajcie Joannę, naszą recenzentkę. :)
- Imię i nazwisko
- Joanna Gulewicz
- Wiek
- 26 lat
- Miasto
- Katowice
- Zajęcie
- Recenzentka AAM
- Drugie hobby po muzyce
- Literatura. I jeszcze więcej muzyki.
Trudno byłoby opisać w kilku słowach, czy choćby wymienić wszystkich artystów, którzy są dla mnie istotni, skupiłam się więc na tzw. „kamieniach milowych”, smaczkach które ukształtowały mnie muzycznie, poszerzyły horyzonty, obudziły czujność na zjawiska wcześniej mi nieznane. Nie spodziewajcie się niczego sztampowego, bo tak naprawdę tylko to, co odstaje od spopularyzowanych kanonów jest w stanie otworzyć nas na niekończące się spektrum możliwości, jakim jest muzyka.
Artyści
Pink Floyd
Legenda rodzinna głosi, że słuchałam ich jeszcze będąc w brzuchu swojej mamy. Tego akurat nie pamiętam. Pamiętam za to zarumienione policzki i roziskrzone ekscytacją oczy, kiedy przeszło 20 lat temu, gdzieś w przerwie między „Bulinkami” a „Pszczółką Mają” natknęłam się przypadkiem na The Wall. Animacja animacji nierówna, a wizja świata 6-latki z całą pewnością nie była w stanie pomieścić zawartości The Wall, niemniej jednak takie właśnie były moje muzyczne początki. Minęło kilka lat, a ja zamiast czerwonych kokardek zaczęłam się stroić w ciężkie buty i zamiast Britney Spears, która była obecna w sercach i na plakatach wszystkich moich koleżanek, sięgnęłam po Pink Floyd. Aż trudno uwierzyć, że podczas gdy chłopcy z The Beatles o nienagannych fryzurkach karmili pół świata swoimi nienagannymi melodiami, Pink Floyd podbijało drugie pół czymś dzikim, nieprzewidywalnym, czego świat ani nie słyszał ani się nie spodziewał.
Począwszy od The Wall, poprzez Division Bell, Wish You Were Here a na Final Cut skończywszy – każda płyta to absolutne, skończone i niepodważalne arcydzieło. Niekwestionowani czarodzieje nastrojów, mistrzowie formy, ci, bez których muzyka jaką znamy dzisiaj nigdy by się nie narodziła. Proszę spróbować sobie wyobrazić techno, noise, czy goa trance bez uklepanego gruntu Floydowskiego On The Run. Da się? Chyba jednak nie.
- Meddle (1971) – Echoes
- Dark Side Of The Moon (1973) – Time, Eclipse
- Wish You Were Here (1975) – Welcome To The Machine, Wish You Were Here
- The Final Cut (1983) – One Of The Few, The Final Cut, Not Now John
Steven Wilson (Porcupine Tree)
Multiinstrumentalista, kompozytor, producent, członek siedmiu formacji, złote dziecko sceny progresywnej. Chyba nie będzie przesadnym określenie tego niepozornego, wątłego blondyna geniuszem. Tak się złożyło, że mój najbardziej buntowniczy, młodzieńczy a więc i najbardziej kruchy okres zbiegł się w czasie z premierą In Absentia wydanego jeszcze pod flagą Porcupine Tree. Miłośc wybuchła, życie nabrało kolorów a rock progresywny przestał mieć dla mnie tajemnice. Zaczęłam wchłaniać kolejne płyty, odkrywać następne projekty, by nareszcie zobaczyć na własne oczy jak bosostopy Wilson wywija piruety na jednym z koncertów. Pomimo niespokojnej, napiętej i pełnej wewnętrznego drżenia aury rodem z Fear Of A Blank Planet ciążącej nad rockiem progresywnym Wilson doskonale radzi sobie również z tą jaśniejszą, bardziej kontemplacyjną i subtelniejszą stroną tego gatunku, czego najlepszym przykładem niechaj będzie właśnie In Absentia.
- The Sky Moves Sideways (1995) – The Moon Touches Your Shoulder, Stars Die
- Stupid Dream (1999)- Piano Lessons, Pure Narcotic, Slave Called Shiver, Don’t Hate Me
- In Absentia (2002) – Blackest Eyes, Trains, Heartattack In A Layby, Collapse The Light Into Earth
- Fear Of A Blank Planet (2007) – Fear Of A Blank Planet, Anesthetize, Sentimental, Way Out Of Here
The Prodigy
Oczywiście w swoim osobistym okresie “burzy i naporu” nie mogłam obojętnie przejść wobec twórczości the Prodigy. W odróżnieniu od większości bliskich mojemu sercu formacji, panowie z the Prodigy bodaj jako jedyni potrafią wykrzesać tak wiele pozytywnej i całkiem konstruktywnej agresji i przerobić każdy feralny stan w niekończące się źródło możliwości. Muzyka doskonała zarówno pod względem technicznym jak i konceptualnym. Rytmiczna, mocna, pełna emocji i absolutnie ponadczasowa, bo przecież odgrzewany po raz setny kawałek No Good (Start the Dance) króluje na parkietach do tej pory, mimo że od wydania płyty minęło już 20 lat! Pozwolę sobie pominąć podawanie poszczególnych utworów (musiałabym wymienić niemal wszystkie) i podam jedynie najważniejsze dla mnie tytuły płyt.
- Music For The Jilted Generation (1994)
- The Fat Of The Land (1997)
- Baby’s Got a Temper (2002)
- Always Outnumbered, Never Outgunned (2004)
https://www.youtube.com/watch?v=n_OhMJrw6H8
Jeff Buckley
Był młody, piękny i zmarł zbyt wcześnie. Nie, nie chodzi o Kurta Cobaina, choć i tego mogłabym na powyższej liście zamieścić. Po krótkim rachunku sumienia dochodzę jednak do wniosku, że chwila uwagi należy się Jeffowi Buckleyowi. Z całą pewnością jest w czołówce najbardziej nietuzinkowych głosów jakie kiedykolwiek słyszałam i zapewne nie bez powodu „Rolling Stone” uznało go za jednego z najwybitniejszych piosenkarzy wszechczasów. Ujmujący a zarazem nieprzewidywalny, czarująco subtelny a jednak drapieżny, świeży i pełen życia a przy tym nie stroniący od posępnej refleksji. Absolutnie olśniewający!
- So Real: Songs from Jeff Buckley (2007) – Forget Her Now, Everybody Here Wants You, So Real, Hallelujah
Tiamat
Do zespołu Tiamat robiłam kilka podejść. Na początku jeszcze jako nierozumna i raczej oporna na wartości artystyczne małolata, później dopiero jako wyrośnięte i pełnoletnie już dziewczę, poszukujące w muzyce czegoś więcej, niż jedynie proste, powtarzające się układy dźwięków i chwytliwe, mizerne instrumentalnie refreny. Tiamat okazał się przerastać moje najśmielsze oczekiwania a krążek Deeper Kind of Slumber bez zastanowienia mogę określić jako jeden z tych albumów, który na zawsze zmienił moją muzyczną percepcję,
- Wildhoney (1994) – Whatever That Hurts, Gaia, Do You Dream Of Me?, A Pocket Size Sun
- Deeper Kind of Slumber (1997) – Teonanacatl, Atlantis As A Lover, Only In My Tears It Lasts, Whores Of Babylon, Deeper Kind of Slumber
- Amanethes (2008) – Summertime Is Gone, Misantropolis, Via Dolorosa, Thirst Snake
Flunk
Na zespół Flunk trafiłam zupełnie przypadkowo podczas jednej z tych nocnych internetowych gonitw o nieokreślonym celu. Niewiele jeszcze wiedziałam o trip-hopie, czy downtempo, ale po pierwszym odsłuchaniu Spring To Kingdom Come wiedziałam na pewno, że nigdy wcześniej nie słyszałam niczego równie uroczego a zarazem pełnego jakiegoś tajonego, subtelnego smutku. Urzekające swoją prostotą a jednocześnie niebanalne, rozsadzane silnymi emocjami kompozycje i prawdopodobnie jeden z najsłodszych kobiecych głosów XXI wieku z tym charakterystycznym chyba tylko dla Skandynawów chłodnym podmuchem znad fiordów gdzieś na marginesie dźwięku. Coś niepowtarzalnego i absolutnie nieporównywalnego z niczym innym!
- Morning Star (2004) – On My Balcony, Spring To Kingdom Come, Blind My Mind, Kemikal Girl
- This Is What You Get (2009) – Cigarette Burns, Love Hearts, Shoreline, Down
- Lost Causes (2013) – Queen Of The Underground, Lost Causes
Albumy
Porcupine Tree – Fear Of A Blank Planet (2007)
Zanim było Storm Corrosion, Blackfield i kilka innych projektów prawdopodobnie jednego z najbardziej zapracowanych ludzi w historii ludzkości – Stevena Wilsona, na świecie pojawiło się Porcupine Tree – jedna z najjaśniejszych gwiazdeczek sceny progresywnej schyłku wieku. Na krążek Stupid Dream natknęłam się co prawda jeszcze jako dziecko ale tak naprawdę moje serce podbił album Fear Of A Blank Planet. Doskonały muzyczny mariaż ciężkiego, progresywnego grania – tutaj chociażby Anesthetize, z kruchymi, pełnymi niekrytego dramatyzmu kompozycjami, jak np. Sentimental, czy Way Out Of Here. Absolutny majstersztyk!
Utwory: Fear Of A Blank Planet, Anesthetize, Sentimental, Way Out Of Here
Pati Yang – Silent Treatment (2005)
Dawno, dawno temu, w czasach gdy na polskich listach przebojów królowała jeszcze Gosia Andrzejewicz bijąc się o pierwsze miejsce z Mandaryną, a o trip-hopie było u nas wiadomo tyle, ile się zasłyszało Massive Attack na legendarnej liście „30 Ton”, pewna urocza, blondynka z Wrocławia nagrywa rewelacyjną, a z całą pewnością rewolucyjną płytę. Silent Treatment to była miłość od pierwszego odsłuchania, od pierwszego wejrzenia a chyba najbardziej od pierwszej emisji All That Is Thirst. Płyta zaskakująca, pełna kontrastów a jednak doskonale przemyślana i spójna. Gracja, z jaką Pati Yang lawiruje między niepokojącymi, dusznymi i odurzającymi smutkiem trip-hopami, jak chociażby Soul For Me a pełnymi wigoru kompozycjami w rodzaju Pretty Fin wciąż budzi mój podziw, zaś idealne wyważenie proporcji niejednemu mogłoby służyć jako lekcja. Myślę, że nie będzie dużą przesadą jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że to właśnie tutaj zaczyna się nasza rodzima współczesna elektronika, choć ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu krążek pozostał niemal niezauważony.
- Utwory: Soul For Me, All That Is Thirst, Easy Flow, Pretty Fin, 19:53 North West
Sigur Rós – Takk… (2005)
Mój pierwszy raz z Sigur Rós miał miejsce w tym magicznym okresie życia, kiedy otwiera się przed nami nieograniczony ocean możliwości. Jesteśmy już na tyle duzi, że możemy wszystko, wystarczy jedynie wykonać gest i brać od życia co tylko się da a zarazem na tyle mali, by wciąż jeszcze przez ten gest przebijała urocza w swej młodzieńczej naiwności ufność i wiara w to, że to, co wyciągniemy będzie równie dobre jak sama intencja. Taka jest właśnie muzyka Sigur Rós – pełna możliwości, opalizująca nadzieją, zarówno wokalnie jak i instrumentalnie unosząca się w górę, wciąż wyżej i jeśli miałabym obstawiać po której ze stron krakowskiego Sacrum Profanum Festival mogliby się plasować bez namysłu odpowiedziałabym – sacrum!
- Utwory – Sæglópur, Hoppípolla, Gong
Black Sun Empire – Driving Insane (2004)
O ile przed monotonnymi, namolnymi i irytująco skrzekliwymi dubstepami broniłam się długo i właściwie bronię się po dziś dzień, do drum’n’bassów długo namawiać mnie nie trzeba było. Zawsze miałam słabość do elektronicznych, silnie zrytmizowanych i przestrzennych brzmień, a mimo wszystko krążek Driving Insane był dla mnie sporą rewolucją. Niepokojące darkstepowe syntetyzatorowe wiraże, pulsująca echami, rozchwiana a zarazem silnie zdynamizowana przestrzeń nabrzmiała od skłębionej agresji – to było coś co, porwało mnie bez reszty i otworzyło oczy na nowe horyzonty muzyczne.
- Utwory – Arrakis, B Negative, Driving Insane
https://www.youtube.com/watch?v=vTPflw2vogM
Suicide Commando – Axis Of Evil (2003)
Zestawienie wypadałoby chyba zamknąć stosunkowo najświeższym odkryciem, a więc w pełni uzasadniony wybór musi paść na agresywną i kipiącą od furii scenę EBM i aggrotech. Oczywiście te ciężkie klimaty jakoś tam przez całe życie mi towarzyszyły ale chyba nie okłamię ani samej siebie ani was jeśli przyznam, że to właśnie krążek Axis Of Evil raz jeszcze wstrząsnął moim światem. Potocznie uważa się scenę gotycką za pełną zdziwaczałych nudziarzy strojących się w zatęchłe żaboty i koronki, co być może nie było takie dalekie od prawdy jeszcze 20 lat temu, teraz natomiast nijak nie przystaje do rzeczywistości. Podobnie jak na całej scenie muzycznej wraz z rozszerzeniem się i spopularyzowaniem elektroniki, również i „pod ciemną gwiazdą” zawrzało i zaroiło się od nowoczesnych mocnych bitów, stechnicyzowanych, przepuszczonych przez syntetyzatory wokaliz i niepokojących wizualizacji. Warto o tym pamiętać, kiedy następnym razem myśląc o scenie gotyckiej będziecie mieli na uwadze jedynie Closterkeller.
- Utwory – Cause Of Death: Suicide, Face Of Death, The Reformation, Neuro Suspension

