Czy potrafisz sobie wyobrazić jak to jest nie móc wyjść z czterech ścian swojego domu? Jeśli nie, to dzięki albumowi Hikikomori autorstwa Poli Rise być może będziesz wstanie pojąć stojące za tym stanem emocje. Oto dogłębna i poruszająca opowieść o tym jak strach może totalnie zapanować nad ludzkim życiem.

Pseudonim artystyczny Pauliny Miłosz, czyli Pola Rise, przewijał się w polskiej przestrzeni muzycznej od dobrych paru lat. Tym sposobem również i do mnie dotarł, choć muszę przyznać, że nie miałem przyjemności wysłuchać jej debiutanckiego albumu Anywhere But Here czy jej wspólnego projektu z niejakim Andy Wardem, czyli To The Bone. Wraz z premierą teledysku do piosenki Chyba, Facebook nieustająco podrzucał mi jego reklamę, abym w końcu go obejrzał. Nie ugiąłem się, czekając na premierę całego krążka, mimo, że kolejne zapowiedzi były coraz to bardziej intrygujące. Przyszedł w końcu dzień premiery Hikikomori i jedno trzeba przyznać – warto było.
Pola Rise próbuje zrozumieć pobudki bliżej niesprecyzowanego ja lirycznego, które poza tym, że jest zamknięte w sobie, zamyka się też w swoim mieszkaniu, odseparowując się od ludzi. Dla niewtajemniczonych, wywodzące się z języka japońskiego pojęcie hikikomori oznacza właśnie zupełne odcięcie się od wszelakich relacji społecznych. Tak jak w realnym świecie może to być spowodowane wieloma czynnikami, w kontekście Hikikomori tym powodem są zmagania ja lirycznego zdepresją, co dostrzegalne jest również przy towarzyszących albumowi elementach wizualnych. Pola Rise doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji w jakiej się „ja” znalazło, co rusz wahając się między tym, czy jest już gotowe na zmiany, czy jednak jest zbyt słabe, żeby zrobić ten pierwszy, przełomowy krok.
Muszę przyznać, że Hikikomori podejmuje bardzo odważny temat, w szczególności w kontekście funkcjonowania na polskim rynku muzycznym. By tego było mało, Pola Rise nie waha się pięknie pokazać tych, mówiąc wprost, gównianych emocji, które mogą dotyczyć w zasadzie każdego z nas. Co cieszy, Hikikomori nie czyni z tego tematu czegoś tak trywialnego, jak prosty post w mediach społecznościowych. Zresztą nie jest to album stricte do słuchania, bo dopiero zagłębiając się w jego treść, w pełni pokazuje swoje atuty, czyli ogromną emocjonalność. Pola Rise stworzyła kompleksowe dzieło, który wymaga od swojego słuchacza skupienia, wynagradzając to z nawiązką, gdy już go zrozumiemy.
Od strony produkcyjnej, Hikikomori zaskoczył mnie swoim przywiązaniem do alternatywnego brzmienia. Od razu na myśl mi przyszła mi twórczość Björk, FKA twigs czy Sevdalizy, które w bardzo podobny sposób konstruują swoje piosenki. Niemniej, uważam, że Poli Rise zabrakło co nieco melodyjności i lekkości, co wyróżnia twórczość chociażby takiej FKA twigs. Mogę to jednak usprawiedliwić tym, że ciężar dźwiękowy danego utworu odzwierciedla to, co zostało w nim zawarte od strony lirycznej. To jak już wspomniałem, to właśnie słowami Hikikomori stoi, realnie prowokując mnie do rozważań co by było gdyby to mnie dotknął ten problem.
Trudno jest wskazać na najlepsze momenty albumu, gdzie każdy utwór na swoje miejsce i w zasadzie tworzą jedną spójną całość. Dlatego też w przypadku Hikikomori moje wybory będą bardzo osobiste i podyktowane głównie wzbudzonymi we mnie emocjami. Wśród singli na moje słowa uznania zasługują Chyba, Bez Tchu oraz Bez, zaś wśród pozostałych kompozycji Moment, Uciekaj oraz Ostatni (KCB).
Chyba fantastycznie otwiera cały album, stanowiąc pierwszą oznakę problemów z jakimi ja liryczne będzie się mierzyć w trakcie swoich emocjonalnych zmaga. Bez natomiast to najbardziej poruszająca kompozycja spośród wszystkich dwunastu propozycji, którego melodia tylko potęguje współczucie wobec bohaterki portretowanej przez Polę Rise. Bez Tchu oraz Uciekaj świetnie łączą alternatywny charakter albumu z próbą ich osadzenia w klasycznych popowych klimatach. Zaś Moment oraz Ostatni (KCB) są wręcz epickie, próbując ukazać zatapianie się duszy w bezkresny mrok strachu i zwątpienia.
Pola Rise stworzyła totalnie nieszablonowy i absolutnie eksperymentalny kawałek muzyki, który jest rzadkością na naszym polskim rynku muzycznym. Co prawda Hikikomori nie opowiada o prostych sprawach, ale robi to w sposób budzący moje zainteresowanie oraz emocje. Oby więcej takich dzieł – zarówno intrygujących muzycznie, jak i ważnych społecznie.
PS Jeśli chcecie więcej twórczości Poli w tym konkretnym temacie, już za parę dni dojdzie do premiery książki „Hikikomori. Historie o uciekaniu w samotność” – a nuż znajdzie w niej kolejne powody do zachwytu nad muzycznym obliczem Hikikomori.


