Świąteczne płyty mają to do siebie, że potrafią albo wprowadzić słuchacza w świąteczny nastrój, albo wyprowadzić go z równowagi. Oczywiście – wszystkie tego typu składanki znanych lub mniej znanych „gwiazd” obfitują w piękne aranże, cudowne chórki i niebotycznie długie wyciąganie dźwięków, ale momentami zakrawa to o przesadyzm. Do kompletu brakuje jedynie Rudolfa Czerwononosego i dzieci w strojach ludowych, dlatego opcja numer dwa – wyprowadzenie z równowagi – jest w wielu przypadkach uzasadniona. Alternatywą dla przeciwników tego typu hiperbol powinna być najnowsza płyta wokalnej grupy Pentatonix, dlatego warto jej się dokładnie przyjrzeć.
Zanim o A Pentatonix Christmas, na początek zapoznajmy się z kilkoma faktami związanymi z grupą. Ich dotychczasowe albumy świąteczne, czyli PTXmas oraz That’s Christmas To Me, sprzedały się nakładem ponad 2,5 mln egzemplarzy, teledyski promujące wydawnictwa obejrzano już ponad 340 mln razy, natomiast najnowsze dzieło zadebiutowało na drugim miejscu listy US Billboard 200, wyprzedając się do tej pory w liczbie ponad pół miliona sztuk. Dodając do tego osiągnięcia takie jak podwójna platyna, złoto czy nagroda Grammy, otrzymujemy imponujące portfolio. Nasuwa się zatem pytanie: czy te liczby mają swoje potwierdzenie w muzycznej rzeczywistości?
Wbrew pozorom odpowiedź nie jest taka prosta, bo w Pentatonix działa trochę na zasadzie sinusoidy: wydając w 2015 roku album sygnowany nazwą zespołu, udowodnili, że w ich twórczości jest miejsce na przymiotnik „słaby” (o czym zresztą pisałem w mojej recenzji krążka Pentatonix). Teraz, gdy pora na kolejną odsłonę płyty okazjonalnej, okazuje się, że słownik muzyków jest nieco bogatszy i można w nim natrafić również na wyrazy takie jak „przemyślany”, „spójny” czy po prostu – „dobry”.
A Pentatonix Christmas to zbiór jedenastu świątecznych piosenek, z czego dwie to zupełnie nowe, autorskie propozycje grupy. Zaczynając od samego początku, czyli od O Come, All Ye Faithful, słuchacz stopniowo wprowadzany jest w nastrój suto zastawionego stołu, pięknie przystrojonej choinki i cudownych życzeń. To, co cieszy najbardziej, to charakterystycznie niekonwencjonalne podejście do tematu ów wprowadzania: nie jest to nic, czego można by się spodziewać po świątecznych składankach. Wszak nieczęsto zdarza się, że ich początek stanowi beatbox z soczyście zaznaczonym basem. Genialna rzecz!
A im dalej w las, tym więcej takich rzeczy trafiamy. Co prawda są to smaczki momentami wręcz niezauważalne (cudowne przyspieszenie końcówki w God Rest Ye Merry Gentlemen, pięknie przejście na brzmienie stylizowane na analogowe w utworze I’ll Be Home For Christmas czy kapitalnie osadzony w rytmie kawałek Good To Be Bad), ale to właśnie one budują ten charakterystyczny sznyt nieodłącznie związany z sygnaturą PTX. To właśnie tego pierwiastka zabrakło na poprzednim wydawnictwie.
Co jednak nie udało się osiągnąć na Pentatonix, udało się przy okazji A Pentatonix Christmas. Patrząc prze pryzmat tej pierwszej, ta druga jest zdecydowanie progresem i zdecydowanie należy ją rozpatrywać w kategoriach sukcesu. Abstrahując jednak od coverów (choć o jednym słów parę zostawiłem na koniec), autorskie piosenki, czyli The Christmas Sing-Along i Good To Be Bad, bardzo dobrze wpisały się w konwencję całego krążka, a ten – jakby nie patrzeć – oparty jest o znane i lubiane w kręgu amerykańskim utwory. Dlatego tym większe słowa uznania dla grupy.
I być może wszystko to przez atmosferę, która potrafi udzielić się nawet najzagorzalszym przeciwnikom sztucznych uśmiechów i wymuszonych życzeń, ale co by nie mówić: takich płyt świątecznych po prostu chce się słuchać. Wszystko zrealizowane jest w sposób niebanalny, do tego czuć w tym pewien pomysł i wspólną wizję. A utwór Hallelujah, znany przecież w tak wielu różnych wersjach, wykonywany i przewałkowany przez tabuny muzyków, po raz kolejny nabrał nowego życia – właśnie dzięki Pentatonix.
PS. Na nadchodzący czas życzę Wam przede wszystkim wewnętrznego spokoju, abyście na swój sposób przeżywali te Święta. Wszystkiego dobrego!

