Pentatonix – Pentatonix (2015), recenzja Michała Szuma

Biorąc się po raz kolejny za popową płytę, jaką niewątpliwie jest najnowsze dzieło Pentatonix, podszedłem do podnóża niemałej górki, którą postanowiłem pokonać. Co prawda sprawa jest nieco prostsza, bo mamy tutaj do czynienia z tworem a capella, jednak niech Was to nie zmyli, gdyż na Pentatonix można znaleźć więcej popu niż na niejednej stricte popowej płycie. Co zatem wyszło finalnie?

Ni to pop, ni to a capella.

Wyszła hybryda, która zdaje się miała taka wyjść. Bo z jednej strony grupa chce przeforsować swój unikalny i niepowtarzalny styl, natomiast z drugiej – robią to najczęściej przez pop. Nie mówię, że to źle – swoich słuchaczy znajdą – jednak zastanawiam się, czy gdzieś po drodze nie zatracili tego pierwiastka, za który tak bardzo ich polubiłem. Mam tu na myśli niepowtarzalność. Fakt – piosenki nie brzmią banalnie, ale cały czas ma się wrażenie, że gdzieś się to już słyszało. Że wszystko jest śpiewane (lub wypluwane) na jedno kopyto. Że czegoś tam brakuje. Eksperymentów? Nowych brzmień? Ciekawych fuzji? Nie wiem. Być może sprawa jest podobna do tej z najnowszą płytą Adele, z tym, że pani Adkins faktycznie mogłaby się nie sprawdzić w innej stylistyce, a Pentatonix – owszem. Ba! Oni już to kiedyś pokazali! Przypomnijcie sobie pewną kolaborację z przepiękną skrzypaczką…

W powyższym przypadku wzięto na warsztat piosenkę z pogranicza alternatywy, rocka i popu. Tandem PTX i Lindsey Stirling zagrał tutaj niesamowicie, nie tylko ze względu na smyczek i jego posiadaczkę, lecz także dlatego, że kawał dobrej roboty odwalił sam zespół. Całość zabrzmiała jak dar od niebios, który zupełnie obrócił oryginał do góry nogami, nadając mu charakterystyczne brzmienie grupy.

Tutaj kółko nam się nieco zamyka i wracamy do punktu wyjścia. Czemu zatem najnowsze dzieło Amerykanów jest moim zdaniem tak przeciętne? Poprzez brak odciśniętego piętna. Piosenki brzmią jednostajnie, są momentami wręcz nudne, a to, co drażni najbardziej, to fakt, iż podobny krążek mogłoby wydać 3/4 gwiazdek popu. Co więcej, momentami aż przykro słuchać, jak grupa starała się naśladować lub wręcz duplikować pewien patent lub fragment od kogoś innego. Sing, Na Na Na, Misbehavin’ – czujecie jakieś inspiracje, huh?

A najgorsze jest to, że powyższe piosenki są najlepszymi na płycie. Być może podświadomie wyczułem w nich coś, co już znam i lubię czy też szanuję, dlatego wydały mi się one tymi, które wychodzą przed szereg. Zespół miał pewnie inne plany, gdyż wyróżniającą się kompozycją miała być zapewne ta z Jasonem Derulo (If I Ever Fall In Love) czy chociażby singlowe Can’t Sleep Love, jednak te utwory w moich oczach poległy na całej linii. Zniknęły gdzieś między pozostałą zgrają nicości.

Na koniec mała dygresja. Biorąc płytę Pentatonix na warsztat spodziewałem się tego, że jak zwykle zaskoczą mnie oni czymś niesamowitym, czego wcześniej nie słyszałem. Po pierwszym odsłuchu faktycznie zdawało mi się, że coś takiego otrzymałem, jednak po dokładnej analizie wydawnictwa stwierdzam, że pozory mylą. Nie chodzi tutaj bynajmniej o moje uprzedzenia czy też zniechęcenia co do pewnych gatunków, bo z tego już dawno wyrosłem, lecz wydaje mi się, że ta płyta jest po prostu przeciętna. Nie ważne, którą ramką ją potraktujemy – czy tą a capella, czy tą popową – vanitas vanitatum et (prawie) omnia vanitas.

PS. Propsy za produkcję, bo chociaż to im wyszło!

Czytaj również